Przejdź na stronę główną Interia.pl

Pokonać złość

Jestem wściekła. Często. Naciskam klakson jak oszalała, choć wiem, że to nie pomoże. Robię awanturę mężowi, a on nie ma pojęcia, o co mi chodzi. Albo wrzeszczę na psa. Mam w sobie dużo agresji. Chciałabym się nauczyć jakoś ją wyładowywać. Wypróbuję więc sposoby polecane przez psychologów.

Życie pełne jest nerwowych sytuacji. Rano mąż po raz kolejny komentuje moją rozmowę z matką. "Czy ty naprawdę musisz konsultować z nią każdą życiową decyzję?", pyta. Irytujące. Po południu szef próbuje skłonić mnie, żebym została dłużej. Nie mogę - muszę odebrać dzieci z przedszkola. "Na twoje miejsce czeka sto kandydatek", syczy. Denerwuję się. Chcę powiedzieć, co o tym sądzę, ale nagle czuję lęk: a jak mnie wyrzuci z pracy? Uff, wracam do domu. Jeszcze tylko zakupy. Koszyk wyładowany, a kasjerka informuje, że zepsuł się terminal do kart. Muszę zapłacić gotówką. Nie mam gotówki. Mam natomiast wrażenie, że jeśli nie rozładuję w jakiś sposób pokładów gniewu, spłonę. Ale jak to zrobić?

Agresywna jak Polka

Reklama

Natalie Angier, autorka niesamowitej książki Kobieta. Geografia intymna, twierdzi, że my po prostu nie potrafimy rozładowywać złości, bo... nie dajemy sobie na takie "brzydkie" uczucia przyzwolenia. Hm. - Małe dzieci chętnie okazują gniew, mówią "nie!" naturalnie, bez obaw. Ale wychowanie dość mocno ogranicza naszą spontaniczność w tym zakresie. Szczególnie dziewczynki są poddawane "treningowi grzeczności" - tłumaczy Dorota Piekarczyk, psycholog.

Coś w tym jest, bo sama z dzieciństwa pamiętam słowa babci: "Złość piękności szkodzi. Kto będzie chciał złośnicę za żonę?". I faktycznie: jak dowiedziałam się później ze sztuki Szekspira, złośnicę można pokochać dopiero po tym, jak się ją poskromi. Żeby oszczędzić kłopotów przyszłemu mężowi oraz zyskać aprobatę otoczenia ("grzeczna dziewczynka!", chwaliła mnie babcia, gdy z trudem powstrzymywałam łzy gniewu na podwórku), dusiłam w sobie agresję. Nie udało mi się jej zabić, oczywiście. Została - i bywa, że przejmuje nade mną kontrolę, ale wcale nie czuję wtedy ulgi. Z badań wynika, że kobiety, które nie radzą sobie z negatywnymi emocjami, dają im ujście w inny sposób: plotkując, snując intrygi. To tak zwana agresja ukryta. Wiele z nas, czując falę gniewu, uśmiecha się z zaciśniętymi kącikami ust i nieruchomymi oczami - tak patrzyły na siebie bohaterki "Rzezi" Romana Polańskiego. Albo... wyładowuje wściekłość na kimś niewinnym: na psie czy... mężu.

Zdaniem profesor Phyllis Chesler, nowojorskiej psycholożki, Polki wiodą w tym prym. Profesor Chesler wie, co mówi, bo przebadała przedstawicielki kilkudziesięciu nacji. A ja mogę tylko podpisać się pod jej wnioskami. Tak, mam w sobie głęboko ukrytą złość. Czy mogłabym wyciągnąć ją na wierzch, rozbroić i żyć bez tego okropnego uczucia, że gdzieś w środku, na wysokości pępka, mam czajnik z gotującą się wodą? Zaczynam działać. Wypożyczam od przyjaciółki książkę pod wiele mówiącym tytułem Kiedy złość niszczy twój związek. Autorzy, psychologowie Matthew McKay i Kim Paleg, obiecują we wstępie: "Gniew przestanie cię dusić, będziesz mniej cierpiał. Zbliżysz się do swojego partnera i przypomną wam się odległe dni, kiedy byliście w sobie szaleńczo zakochani". To coś dla mnie. Nie chcę być duszona przez gniew, a wizja powrotu do czasów narzeczeństwa to doskonała zachęta.

Do relaksu, start!

Pierwszym ćwiczeniem, jakie proponują McKay i Paleg, jest... zawarcie z samą sobą umowy: zobowiązuję się, że przez najbliższe 24 godziny będę zachowywać się spokojnie. Czyli żadnego trąbienia na pewnego sympatycznego zapewne emeryta, który swoim fiatem zatarasował całe rondo, bo postanowił w samobójczym odruchu wjechać na nie na pomarańczowym świetle. OK. Nie trąbię. Zaczynam bębnić palcami po kierownicy. Przestaję - to chyba jakiś tik nerwowy. Mam ochotę zakląć. Nie, umowa jest nie dla mnie! Stwierdzam, że taką właśnie umowę miałam jednak podpisaną przez całe życie. Byłam grzeczna i spokojna. I co mi z tego przyszło? Pokłady agresji głębokie na kilometr. Coś innego, proszę. W kolejnym rozdziale trafiam na techniki relaksacji. Chodzi o to, że - gdy zaczyna opanowywać nas wściekłość - organizm wydziela zwiększone ilości noradrenaliny. "Człowiek czuje, że musi coś zrobić - krzyczeć, kopać, bić - żeby jak najszybciej rozprawić się z tym, co mu zagraża lub przeszkadza. Żeby zapanować nad gniewem, trzeba umieć opanować te procesy fizjologiczne", czytam w moim przewodniku po sztuce radzenia sobie ze złością. Brzmi jak o mnie, a więc...

Czas na tajniki oddychania przeponowego. Kiedy robię się zła jak osa, mam - zamiast pozwolić się nieść biegowi wydarzeń - zatrzymywać się co minutę, i... robić głęboki wdech tak, by prawa dłoń, umieszczona na wysokości serca, praktycznie pozostawała w bezruchu, lewa zaś, położona na brzuchu, unosiła się wyraźnie z każdym oddechem. Próbuję sztuczki w trakcie kolejnej potyczki z szefem. "To nie dworzec, tu nie wszystko jest na czas! Bywa, że trzeba zostać dłużej!". Wdech. "Nic dziwnego, że nikt nie chce zatrudniać matek: tak to potem wygląda!". Wdech. "Pani chyba nie zależy na tej posadzie, na pani miejsce czeka...". No i od tego momentu już nie słucham, bo czuję, że moja irytacja rośnie jak na drożdżach.

Technika oddychania ma dobre strony: faktycznie, w stresie oddycham bardzo płytko i to przeszkadza mi jasno myśleć. Poza tym skoncentrowana na tym, żeby pracować przeponą, nie jestem w stanie skupić uwagi na słowach kierownika. To jednak nie to, czego szukam. To technika pomocnicza. A moim planem jest rozładowanie ukrytej agresji, a nie wyciszenie się w trakcie denerwującej wymiany zdań. Próbuję jeszcze jednego ćwiczenia z książki: metody ruchów oczu. Jak twierdzą McKay i Paleg, pomagają 70 procentom złośników. Gdy dzieje się coś, co budzi mój gniew, albo przypominam sobie stresującą sytuację, mam przenosić spojrzenie z jednego punktu na drugi i z powrotem, i tak w kółko. Niestety, przy piątej "nawrotce" czuję, że soczewka kontaktowa odkleja mi się od oka i kolejny kwadrans spędzam w łazience, próbując umieścić ją z powrotem, nie rujnując jednocześnie starannego makijażu. Zniechęcona, odkładam "Kiedy złość niszczy twój związek" na półkę.

Bij, kop, wal!

Być może jednak poszłam złym tropem. Może zamiast się relaksować i odrywać uwagę od tego, co mnie wkurza, powinnam się z tym skonfrontować? I wyżyć? To właśnie zaleca czytelniczkom "Kobiety. Geografii intymnej" Angier. Niech żyje kobieca pięść! Co mogę z tą pięścią zrobić? Mogę dać komuś w nos! No, nie dosłownie. Postanawiam wybrać się na trening bokserski, albo raczej... sparing! Chyba tak się mówi w świecie prawdziwych mężczyzn o agresji rozładowywanej natychmiast za pomocą celnego prawego sierpowego.

W klubie sportowym Movement Designers przy ul. Kolejowej w Warszawie czeka na mnie Sławomir Fotek, trener osobisty. I nie dziwi się na mój widok. - Kobiety przychodzą do mnie czasem naprawdę mocno zdenerwowane, więc pierwsza część treningu służy im po to, żeby się wygadać. Opowiadają o życiu, kłopotach. Ale im dalej, tym mniej jest słów i więcej czynów. Robi się ostro - mówi Sławomir Fotek, gdy ja tymczasem nadludzkim wysiłkiem próbuję trafić lewym prostym w tak zwane łapy bokserskie, czyli ochronne rękawice na dłoniach trenera. Opanowanie tego z pozoru mało skomplikowanego ruchu zajmuje mi trochę czasu.

Po dziesięciu minutach zaczynam intensywnie myśleć. Dlaczego nie potrafię powiedzieć swojego zdania w pracy? I bronić go? Dlaczego nie umiem wytłumaczyć mężowi, że rozmowy z mamą to dla mnie rytuał, podtrzymywanie relacji, przyjemność? I że przykro mi, że krytykuje mnie w taki sposób? Czemu w sklepie, w którym nie poinformowano mnie, że zepsuł się terminal, nie odpowiedziałam, że to nie mój problem, tylko czułam się winna i... zła? Chyba za dużo we mnie nadal postawy grzecznej dziewczynki. Takiej, która boi się stanąć po swojej własnej stronie. Nie potrafię powiedzieć: STOP! I gdy ta myśl przemyka mi przez głowę, wiem, że nareszcie chcę doświadczyć, jak to jest komuś tak naprawdę... przywalić.

Najbliżej jest, rzecz jasna, mój trener. Odbiera ciosy: dwa prawe, jeden lewy. Uderzam coraz mocniej, bo sprawia mi to zwyczajnie frajdę. Mam wrażenie, że jestem silna. Że mogę wszystko. Widzę wyraźne zaskoczenie w oczach Sławomira Fotka. "Nieźle" - kwituje krótko. Gdy wychodzę z klubu i idę przez park do domu, czuję się nie tylko straszliwie zmęczona. Mam w sobie radość życia, spokój. I chyba... ani grama gniewu. Tak. Natalie Angier ma rację: to naprawdę działa. Użyj swojej pięści w pokojowy sposób, a poczujesz się znacznie lepiej!

Rozładowuj, rozmawiaj...

Dobroczynny efekt boksowania utrzymuje się przez kilka kolejnych dni. Ale potem agresja znów wraca. Korzystam więc ze sposobów rozładowywania złości zaleconych przez zaprzyjaźnioną terapeutkę. - Nie chodzi o to, żeby uciekać przed tym, co nas frustruje, gniewa. Raczej by odkryć, dlaczego tak się czuję, właśnie w tej sytuacji. Czemu tak reaguję? Co za tym się kryje? I spróbować rozbroić tykającą bombę. Rozładować napięcie, a potem... starać się coś zmienić. Tak, by więcej nie mieć powodów do irytacji - tłumaczy znajoma psycholożka. Na początek: dziki, niekontrolowany wrzask. Gdy poziom noradrenaliny niebezpiecznie rośnie, a w głowie zapala się czerwona lampka "AGRESJA!", można poboksować albo iść w odludne miejsce i wrzeszczeć na całe gardło. Efekt ten sam. Zmęczenie, oczyszczenie z toksycznych emocji. Ulga. Sprawdziłam.

Ale wrzask nie jest w żaden sposób ukierunkowany. Tymczasem celowanie rzutkami w zdjęcie gbura w garniturze (wycięte z gazety - przypomina mi szefa) - tak. Pomaga, i to jak! Nie robiąc przełożonemu krzywdy (bo przecież nigdy nie dowie się o moim rytuale), wyrzucam z siebie całe rozgoryczenie i gniew. Trafiony, zatopiony! "Pozbyłam się wściekłości. Mogę zabrać się do konstruktywnego rozwiązywanie mojego problemu". Bo przecież agresja zawsze ma swoje źródło. I dopóki nie poradzimy sobie właśnie z nim, nie odzyskamy spokoju. Będziemy zrelaksowane, wyładowane i wyżyte - ale tylko przez chwilę.

Gdy czujesz, że w brzuchu wrze woda w tym małym czajniczku, temperatura rośnie - obniż ją. A potem postaraj się znaleźć wyjście z trudnego położenia. Ja decyduję się na dwie rozmowy. Jedną - z mężem, będzie o mamie. Drugą - z szefem, o nadgodzinach. W trakcie obu zamierzam zachowywać się dorośle, czyli: mówić o sobie, o tym, co czuję, proponować rozwiązania, szanować interesy i opinie drugiej strony. Mam nadzieję, że pomoże mi to uporać się z ukrytą agresją raz na zawsze. Będę na bieżąco rozładowywała swoją złość - już kupiłam rękawice bokserskie i umówiłam się na kolejne zajęcia z trenerem Fotkiem. I będę mówiła o tym, co mnie irytuje, złości, co mi przeszkadza. Dzikość w sercu dobrze jest mieć. Złości - nie.

Maja Lenartowicz

Twój Styl 7/2012


Dowiedz się więcej na temat: stres | złość | psychologia

Reklama

Najlepsze tematy

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje