Przejdź na stronę główną Interia.pl

​Pokochać albo rzucić

Różni ich wszystko. Łączy tolerancja. I szacunek dla drugiej osoby. Helena Norowicz i Marian Pysznik po sześćdziesięciu latach przeżytych razem mówią: "Najważniejsze, to mieć się do kogo uśmiechnąć".

Nigdy nie zakochiwałam się łatwo. Kogoś lubiłam mniej, kogoś bardziej, ale to wszystko. Uważałam, że kobieta nie może okazywać względów mężczyźnie. I że to ona powinna być adorowana oraz zdobywana.

Reklama

Skąd mi się to wzięło? Być może z literatury... Byłam wybredna, bo miałam świadomość, że podobam się chłopakom, że moja fizyczność na nich działa. Nie wiem, kiedy Marian, wtedy mój kolega ze studiów, zaczął o mnie zabiegać, nie zauważyłam tego. Za to dobrze pamiętam pewną sytuację tuż po drugim roku. Trwały eliminacje, które miały zdecydować, kto zostanie na uczelni, a kto nie rokuje dobrze i będzie musiał ją opuścić.

Bałam się, bo aktorstwo było moim wyborem serca i nie wyobrażałam sobie przyszłości bez teatru. Co prawda byłam wzorową studentką, ale brakowało mi pewności siebie. Zaczęłam wtedy chorować, miałam straszne ataki bólu, z trudem podnosiłam się z łóżka. Marian usłyszał o tym i odwiedził mnie w akademiku. Miał zostać godzinę, ale kiedy obudziłam się po kilku kolejnych, on wciąż siedział na tym samym krzesełku. Wzruszyło mnie to i zaczęłam patrzeć na niego inaczej.

Uroda nie była dla mnie ważna. A przynajmniej nie najważniejsza. Ja w człowieku szukałam... człowieka.

Uczucie do Mariana to nie był nagły wybuch zafascynowania fizycznością, wielkie "ach!". Raczej stopniowe odkrywanie cech, które mnie w nim ujmowały. I w ten sposób narodziła się miłość dojrzała. Pamiętam nasze pierwsze wspólne wakacje. Byłam jeszcze słaba po chorobie i moje piękne długie włosy zaczęły wychodzić całymi garściami. Marian wziął wtedy od gospodarzy, u których mieszkaliśmy, nożyce do strzyżenia owiec i te moje pukle obciął.

Po powrocie miałam zagrać w spektaklu dyplomowym "Dwa teatry" Jerzego Szaniawskiego i wcielić się w piękną Lizelottę. Reżyser chciał, żebym z rozpuszczonymi włosami wkroczyła na scenę, więc gdy mnie zobaczył, załamał ręce. Wyglądałam jak żywcem wyjęta z Młodej Polski.

Nie zależało mi na małżeństwie. Środowisko aktorskie z takich mieszczańskich powinności wyzwala. Nie bałam się tego, że zostanę starą panną i że to mnie w jakiś negatywny sposób określi. Jeśli nie miałabym męża, nie czułabym z tego powodu jakichkolwiek kompleksów. Ale uważałam, że jeżeli spotkam człowieka, z którym moje współżycie i wspólne życie będzie miało jakiś sens, to mogę za niego wyjść za mąż.

Byliśmy z Marianem parą przez jakiś czas i w końcu zaczęliśmy się zastanawiać, czy dojrzeliśmy do małżeństwa, czy raczej do decyzji, żeby się rozejść. W końcu postanowiliśmy, że czas zalegalizować ten związek. Kilka znajomych par po ślubie natychmiast się rozstało, więc postanowiliśmy spróbować i przetestować na własnej skórze, jaki wpływ na związek ma papierek.

Mamy różne charaktery. I to jest najbardziej zastanawiające w naszym małżeństwie, że my się w zasadzie prawie w niczym nie zgadzamy. Tylko ocenę sytuacji politycznej mamy podobną. Różnią nas potrzeby wewnętrzne, czytamy inną literaturę.

Ja lubię psychologię i poważną analizę, Marian woli science fiction. Filmy też lubimy różne, dlatego on ma swój telewizor, a ja swój. Czasem pytam go o zdanie, on przedstawia mi swój punkt widzenia, a gdy mówię, że kategorycznie się z tym nie zgadzam, odpowiada: "To po co ty mnie w ogóle pytasz, skoro i tak wiesz lepiej?" (śmiech).

Ale jest jedna niesłychanie ważna rzecz, która pozwala nam przetrwać - tolerancja. Gdy widzę, że coś dla Mariana jest ważne, mówię: "Możesz to zrobić, ja ci nie będę w tym przeszkadzać. Tylko nie każ mi w tym uczestniczyć, bo mnie to nie interesuje". Nie próbujemy siebie nawzajem zniewolić. Długo nie rozumiałam jego decyzji, żeby zrezygnować z aktorstwa i pójść w innym kierunku, ale potem dotarło do mnie, że zainteresowania i pasje męża są szersze.

Czasem lecą iskry, bo oboje mamy silne charaktery. Zdarzały się nam karczemne awantury. Był nawet czas, że zastanawialiśmy się, co z nami będzie. I czy to jest już ten etap, przez który razem nie przejdziemy? Na szczęście zwyciężyła wiara w bycie razem. Nie zdecydowaliśmy się na dzieci. Cenię macierzyństwo, ale zawsze bardziej kochałam teatr. Jeśli miałabym dziecko, to wiecznie bym sobie wyrzucała, że za mało mu daję z siebie. Byliśmy z Marianem ciągle czymś zajęci, a wtedy nawet żłobków nie było. Nasze rodziny nie mieszkały w Warszawie, więc myślałam: no dobrze, na jakiś czas mogłabym zostać w domu, ale co będzie, jak dziecko przestanie być niemowlakiem, a ja wrócę do teatru, kto się nim zaopiekuje?

Dręczyły mnie też wątpliwości innej natury: jestem melancholijna i długo byłam nieszczęśliwa tylko i wyłącznie dlatego, że żyję. Miałam pretensje do rodziców i Boga, że zostałam stworzona i powołana na ten świat. Bałam się, że moje dziecko mogłoby mieć podobne odczucia. Rodzinę powinny zakładać osoby, które mają pewność, że są w stanie zagwarantować swojemu potomstwu szczęśliwe dorastanie, a ja takiej pewności nie miałam.

I Marian to zrozumiał. Na szczęście mam liczne rodzeństwo, bo było nas pięcioro - dwie siostry mają już wnuki, więc ja cały czas jestem z tym młodym pokoleniem w znakomitej komitywie.

Aktor jest zawsze narażony na różne pokusy. Łatwo zbliżyć się do kogoś, z kim się gra. Pojawiają się chwilowe fascynacje, nawet flirty. Ale dla mnie związek to odpowiedzialność - za siebie i za drugą osobę, więc nigdy nie zostawiałam sobie pustych przestrzeni, w które jakiś mężczyzna mógłby wejść. Chociaż oczywiście nie umiem powiedzieć, co by się zdarzyło, gdyby jakieś uczucie uderzyło we mnie z siłą pioruna. Na szczęście nie musiałam tego sprawdzać.

Od związku oczekuję partnerstwa opartego na przekonaniu, że jeżeli jesteśmy razem, to powinniśmy być wobec siebie lojalni. Podczas swojego długiego życia zrozumiałam, że między kobietą a mężczyzną jest ogromna różnica. We wszystkim. Dlatego nie ma sensu kogoś zmieniać. Trzeba zaakceptować go takim, jaki jest, albo z takiej relacji zrezygnować. Pokochać albo rzucić. Ja pokochałam i dalej kocham.

Helena Norowicz - urodzona w 1934 r. Ukończyła studia aktorskie w Łodzi. Przez lata związana z warszawskim teatrem Studio. W filmie zagrała m.in. w "Dekalogu IV" K. Kieślowskiego. Niebawem będzie można ją zobaczyć w "Ederly" P. Dumały. Wzięła udział w kampaniach reklamowych Bohoboco i Nenukko.

Uważa się, że nie ma brzydkich kobiet, każda ma jakiś piękny detal. Ale Helena jest piękna w całości. Dwa lata przyglądaliśmy się sobie z pewnej odległości, zanim coś w sercu zadrgało i zaiskrzyło.

Spotkaliśmy się w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Łodzi na Wydziale Aktorskim. Koleżanka Norowicz, wtedy jeszcze koleżanka, na początku w ogóle mnie nie zauważała. Na naszym roku studiowały zaledwie cztery dziewczyny, a że Helena była wśród nich najśliczniejsza, to mogła przebierać w chłopakach jak w ulęgałkach. Nie miałem wątpliwości, że żadna inna się do niej nie umywa. A później okazało się, że jest również mądra i pracowita. Prymuska.

Żeby taką zdobyć, trzeba się było za nią nieźle nauganiać. Ale to była dziewczyna warta zachodu. I jak to potem smakowało! Bo jak się mówi, cała przyjemność w tym, żeby króliczka gonić. Ja już wtedy co nieco o kobiecej naturze wiedziałem i pewną świadomość, jak postępować z dziewczętami, miałem, bo po skończeniu liceum chemicznego poszedłem pracować do Huty Stalowa Wola i tam założyłem zespół pieśni i tańca, w którym mogłem podglądać zwyczaje przedstawicielek płci pięknej.

Miałem też jeszcze jedną zaletę, oprócz tego, że jednak byłem trochę przystojniejszy niż teraz - grałem na fortepianie. Kiedy oglądaliśmy z całą naszą studencką grupą film "Pożegnalny walc" Mervyna Le-Roya z Vivien Leigh i Robertem Taylorem, straszliwy melodramat, to ja potem siadałem do pianina i odtwarzałem zasłyszane tam melodie. To zrobiło swoje. Na trzecim roku zeszliśmy się z Heleną i tak jesteśmy ze sobą bez przerwy od 1954 roku. Ile to już lat, sześćdziesiąt? Więcej...

Byliśmy, jesteśmy i, mam nadzieję, jeszcze będziemy razem. Nasze drogi zawodowe po szkole biegły inaczej. Helenka kochała teatr całym sercem i w nim została aż do emerytury, bo ona jest taka, jak ja to nazywam, "całostka". Gdy się w coś angażuje, to całą sobą, wchodzi w to na sto procent. Ona bez sceny nie potrafiła sobie wyobrazić życia.

Pracowaliśmy razem przez dwa sezony w warszawskim Teatrze Klasycznym, ale ja po jakimś czasie odszedłem do telewizji. Zostałem najpierw asystentem, potem realizatorem, po drodze skończyłem reżyserię w Łodzi. Helena zawsze była bardzo dobrą aktorką, a ja raczej epizodzistą i zacząłem bać się, jak będzie wyglądała moja starość w tym zawodzie.

Widziałem, jak wielu moich bardziej zaawansowanych wiekiem kolegów drży przed każdą rozmową sezonową z dyrektorem. Świetnie ilustruje to pewna anegdota o Jurku Duszyńskim, wielkim amancie i gwiazdorze "Zakazanych piosenek", który pracował w teatrze Ateneum. Pewnego dnia wezwał go do swojego gabinetu dyrektor Janusz Warmiński, lekko głuchawy, i mówi: "Jurek, ja ciebie nie widzę w moim teatrze". Gdy Duszyński wyszedł z pokoju, na pytania kolegów: "I co, i co?", odpowiedział: "Nie dość, że głuchy, to jeszcze ślepy".

Mogłem robić w życiu wiele rzeczy i dawało mi to satysfakcję, więc nie żałuję, że zrezygnowałem ze sceny. Ale gdy Helena była zmuszona przejść na emeryturę, to widziałem, jak bardzo jej brakowało nie tylko samego grania, ale i publiczności. Pewnego poklasku, poczucia akceptacji, aplauzu. Teraz, kiedy pojawia się w kolejnych kampaniach reklamowych, znowu to wszystko ma. Widzę, że sprawia jej to przyjemność, więc i mnie cieszy to niesłychanie.

Stawiałem się na każdej premierze Helenki. I wygłaszałem jej potem swoje uwagi. Bywałem surowy w ocenie, czasem może nadmiernie. Ale chciałem dobrze. Towarzysz Stalin też tak powiedział, jak umierał (śmiech).

Nigdy nie byłem o nią zazdrosny jako o aktorkę, raczej rozpierała mnie duma. Ale jako o kobietę, to i owszem. Muszę jednak przyznać, że nie dawała mi ku temu żadnych namacalnych powodów. Poukładana żona mi się trafiła, co w tej profesji stanowi prawdziwą rzadkość. Chociaż co tam się działo na pokładzie "Batorego", którym przez dwa tygodnie płynęli z teatrem do Stanów Zjednoczonych, to kto to może wiedzieć?

Nie zawsze było nam łatwo znaleźć czas dla siebie. Helena dzień pracy zaczynała, gdy wszyscy inni go kończyli, albo jechała na miesiąc ze spektaklami do Japonii. Ja z kolei często znikałem na kilka dni w wozie transmisyjnym i ruszałem gdzieś w Polskę kręcić materiał. Nasze zawody w pewien sposób nas izolowały, jednak rozumieliśmy, że takimi prawami się rządzą. Nawet urlopów nigdy nie spędzaliśmy razem. Ale może na tym polega tajemnica udanego małżeństwa?

To się zmieniło dopiero w latach 80., kiedy kupiliśmy działkę pod Warszawą i zaczęliśmy tam jeździć. A w zasadzie to ja kupiłem, bo Helena była przeciwna i bardzo się przed tym pomysłem wzbraniała. Ale że we mnie, od pokoleń mieszczańskim dziecku, odezwały się pewne atawizmy i przypomniała mi się lektura "Lato leśnych ludzi" Marii Rodziewiczówny, to w końcu mi na ten kaprys pozwoliła. Powiedziała: "Będziesz chciał, to będziesz tam jeździł, ale ja się z tego wypisuję".

Przyszła jedna niedziela, gdy odmówiła wyjazdu, potem kolejna, ale w trzecią już wybrała się ze mną. Po czym zakasała rękawy i zabrała się do pracy. I tak zaczęliśmy wieść wiejski żywot ludzi poczciwych. Kiedy wydaje mi się, że już wszystko o Helenie wiem, że tak dobrze ją znam, to ona wtedy czymś nowym mnie zaskakuje. Nosi w sobie przyciągającą jak magnes tajemnicę. Wiadomo, że gorące uczucie typu cierpienia młodego Wertera z czasem mija, ale zaangażowanie zostaje.

Żeby wytrwać ze sobą tyle lat, potrzeba mądrości, i muszę przyznać, że większość tej mądrości jest tutaj po stronie kobiety. Żona potrafiła zrozumieć mnie, bardziej prymitywnego, i miała sporo tolerancji dla wyskoków zapaleńca. Pamiętam, jak mi babcia kiedyś powiedziała: "Najważniejsze jest, aby na starość mieć do czego się uśmiechać". I ja mam do czego. I do kogo.

Marian Pysznik  - urodził się 84 lata temu w Jarosławiu. W 1958 r. ukończył aktorstwo, a w 1975 - Zaoczne Studium Wydziału Reżyserii PWSFTviT. Występował m.in. na deskach Teatru Powszechnego w Łodzi i Teatru Klasycznego w Warszawie. Wieloletni pracownik Telewizji Polskiej. Uhonorowany Złotym Krzyżem Zasługi.

Tekst Iga Nyc

Fotografowała: Agnieszka Kot

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje