Przejdź na stronę główną Interia.pl

Nic takiego

Na zewnątrz dobrana para, ale za zamkniętymi drzwiami ich domu jest wojna. On ją poniża, traktuje jak wariatkę, grozi, szantażuje. Ona nie idzie na policję. A jednak chce się komuś zwierzyć, prosić o pomoc. Może osoby, które najlepiej go znają: jego matkę, siostrę? Sylwia i Edyta wierzyły w kobiecą solidarność, liczyły na zrozumienie. Trafiły na ścianę. Milczenia i obojętności.

Edyta, 39 lat, warszawianka. Żona Michała, mama 12-letniego Antka

Reklama

"Jak ci źle, to poszukaj sobie innego frajera. Tylko najpierw zrób coś z cellulitem" - złośliwy śmiech, trzaśnięcie drzwi do sypialni, cisza. Edyta zostaje w kuchni, zaciska palce  na szklance. Szkło pęka, odłamki wbijają  jej się w skórę.

Przed chwilą usłyszała, że kompromituje męża poglądami. Musiał się tłumaczyć przed profesorem, że ma żonę prowokatorkę. "Może zamiast angażować się  w kretyńskie akcje na Facebooku, raz na jakiś czas ugotuj obiad. Załóż fartuszek, może być na gołe ciało...." - powiedział, zanim przylgnął czołem do jej czoła, docisnął głowę do lodówki.

On - lekarz, szef szkolnej Rady Rodziców, członek klubu golfowego i fundacji pomagającej zdolnym dzieciom. Ona - tłumaczka  w wydawnictwie, absolwentka germanistyki z dyplomem MBA.

Edyta ma dość. Do tego "dość" dochodziła  przez kilka lat, oszukując się, że zło zniknie z ich domu samo.

- Kiedy syn poszedł do podstawówki, Michałowi zdarzało się powiedzieć do mnie "idiotko". Zrzucałam to na stres. Antek trudno odnajdywał się w szkole, miał konflikty z rówieśnikami, zbierał uwagi. Wychowawczyni wzywała nas na dywanik co dwa tygodnie. Michała to irytowało, był zmęczony i rozdrażniony, robił w tym czasie specjalizację.

Dla świętego spokoju odpuściłam "idiotkę", sądziłam, że mąż się opamięta - opowiada dziś. Potem odpuściła "ograniczoną debilkę" i demonstracyjne połamanie jej okularów, kiedy Michał wściekł się, że zgubiła kluczyki do skrzynki na listy.

"Przestań" - poprosiła, a on wziął ją za brodę i wycedził przez zęby: "Nie warcz na mnie, suko".

- Byłam w szoku. Nie rozumiałam, skąd agresja, wulgaryzmy, nienawiść do moich poglądów. Dlaczego to wszystko znosiłam? Tłumaczyłam sobie, że jego zachowania to efekt pełnego napięć życia lekarza. Potem zaczęłam się zastanawiać: a może Michał jest chory? Gdy trzy dni był spokój, wmawiałam sobie, że wyolbrzymiam problem - opowiada Edyta.

Tamtego wieczoru, bandażując poranione szklanką palce, przypomniała sobie słowa Wandy, matki Michała: "To świetny chłopak, ale skomplikowany, dobrze się zastanów, jeszcze masz czas uciec...".

Edyta nosiła wtedy zaręczynowy pierścionek, uznała słowa Wandy za żart. Polubiły się od razu. Wanda - silna, nowoczesna kobieta, dziennikarka radiowa.

Po rozwodzie z mężem alkoholikiem sama wychowywała Michała i jego siostrę. Czy teraz może być kołem ratunkowym? Edyta wiedziała jedno: dłużej nie wytrzyma.

A teściowa wiele razy mówiła: "Będziesz czegoś potrzebowała, dzwoń bez wahania". Tak, to dobry pomysł. To nie będzie spisek, przecież chodzi o dobro ich małżeństwa, dziecka, rodziny.

Nie rozumiem

Spotkały się w kawiarni, Edyta nie wiedziała, jak zacząć, choć szykowała się do rozmowy całą noc. "Coś się dzieje z Michałem" - to stwierdzenie zelektryzowało Wandę. "Uderzył cię?" - zapytała, lustrując jej twarz. "Nie, to nie, ale..." - Edyta szukała słów.

Jak opowiedzieć o brutalnych odzywkach, o pogardzie w głosie? To wszystko nieuchwytne. "No to nie rozumiem, o co chodzi? Macie kryzys?" - Wanda pokręciła głową.

- Poczułam się jak dziewczynka, która przyszła na skargę, ale nie do końca wie, co chce powiedzieć. Teściowa zapaliła papierosa - opowiada Edyta. "Czy ty wiesz, co to są małżeńskie problemy?" - zapytała, unikając spojrzenia synowej. No tak, ona wie. Jej mąż wykradał z domu pieniądze, pijany sikał na wycieraczki sąsiadów, a żonę szarpał za włosy. To są prawdziwe problemy. No to co takiego robi Michał? Że czasem rzuci mocne słowo? Przecież żyje w permanentnym napięciu. Od piętnastu lat się dokształca, wybrał trudny zawód. Chyba Edyta też chce, żeby został ordynatorem? Wanda wychowała syna na ambitnego indywidualistę, a tacy nie są łatwi w kontaktach, przecież ostrzegała...

- Mówiła, a ja ze swoimi zarzutami, żalami, stawałam się coraz mniejsza. Teściowa zapłaciła za kawę, rzuciła coś w stylu "wszystko się ułoży", a ja wróciłam do domu w poczuciu, że popełniłam faux pas - mówi Edyta. Gryzła się: może powinna zmusić do rozmowy Michała, a nie jego matkę?

- Tylko że mąż przestał ze mną rozmawiać. Był wrogi, nieobecny. Przyszło mi do głowy, że kogoś ma. Pewnego dnia, kiedy myślałam, że jest w gabinecie, wzięłam jego komórkę. Podszedł od tyłu, chwycił za szyję. Przestraszyłam się, że zacznie mnie dusić, ale zrobił coś innego. Drugą ręką naprowadził mój palec na guzik w telefonie i mocno docisnął. "Chcesz odblokować?" - wyszeptał i cisnął dalej, pamiętam klawisz numer siedem - opowiada Edyta.

Czy to już przemoc? Tak. Tamtego dnia pierwszy raz płakała przy synu. Z bezradności, żalu, że jej własna mama nie żyje, ona by pomogła. Antek był zdezorientowany, Michał prychnął: "To PMS czy już menopauza?".

Kilka dni po rozmowie z Wandą Edyta odebrała telefon od Majki, siostry męża: "Oszalałaś? Po co zawracasz głowę mojej matce! Jak nie potrafisz radzić sobie z własnymi problemami, idź do psychologa!".

- Zatkało mnie. Majka zawsze była życzliwa, serdeczna. Zacisnęłam pięści, powiedziałam nieswoim głosem: "Twój brat znęca się nade mną". Po chwili milczenia poprosiła: "Spotkajmy się jutro".

Siostra z bratem

"Przecież wiesz, jacy są faceci. W okolicach czterdziestki każdemu odbija. Ty musisz być mądrzejsza, przetrzymać to - Majka mówiła szybko, nerwowo. Edyta patrzyła na nią,  nie rozumiejąc. Co to znaczy: przetrzymać?  

- No wiesz, każda z nas niesie swój krzyż. Nasza matka miała męża pijaka, ja żyję z facetem, który nie chce mieć dzieci, a twój jest nerwowy... - wyliczała Majka. - O ile się nie mylę, jeszcze kilka lat temu byłaś feministką?" - zdziwiła się Edyta. I usłyszała, że życie uczy pokory.

Bo co można wskórać, dążąc do konfrontacji? Michał tylko się wścieknie, że Edyta rozpowiada ludziom małżeńskie sekrety.

- Byłam w szoku. Nawet nie prosiłam jej, by została naszym rozjemcą. Raczej chodziło o wsparcie, poszukanie sposobu, by dotrzeć do jej brata. A Majka od razu wysłała sygnał: nie chce mieć z tym nic wspólnego - opowiada Edyta.

- "Czyli twoim zdaniem powinnam siedzieć cicho? - zapytała jeszcze raz. "Tak nie uważam. Ale jeśli pójdziesz z tym na policję, nie licz, że będę świadkiem. Michał kiedyś ratował mnie przed ojcem, który wymierzał sprawiedliwość gumową skakanką, coś mu jestem winna" - zakończyła rozmowę Majka.

"A jeśli ten sam Michał dzisiaj z ofiary stał się katem?" - chciała dopytać Edyta, ale się wycofała. - Dotarło do mnie, jak naiwne było oczekiwanie kobiecej solidarności ze strony Wandy i Majki. One kochają Michała bezwarunkowo i nie poświęcą tej miłości w imię obrony moich interesów - mówi.

A czy ona byłaby skłonna stanąć po stronie swojej bratowej? Lidka zawsze wydawała jej się dziwna, nigdy się do siebie nie zbliżyły. Lojalność jest ważna, nie wolno chować głowy w piasek. Zaraz jednak przypomniał jej się brat, z którym w dzieciństwie wygłupiali się, rysując marmoladą na naleśnikach uśmiechnięte buzie. Miałaby na przykład zeznawać przeciwko niemu w sądzie, bo Lidka powiedziała, że ją bił?  Nie... Nie uwierzyłaby w taką informację.  I nie wbiłaby noża w plecy własnemu bratu.

Tylko bądź

"Niepotrzebnie je usprawiedliwiasz, powinny cię poprzeć" - stwierdziła Dorota, przyjaciółka Edyty. Tylko ona została wtajemniczona. Edyta powiedziała jej, jak zachowuje się Michał, o reakcji "jego" kobiet.

- Było mi wstyd, ale się przełamałam. Gdzieś musiałam znaleźć sprzymierzeńca - mówi Edyta. 

"Powinnaś działać. Daj spokój tym babom, dzwoń do Niebieskiej Linii" - Dorota była wzburzona. Ale Edyta wiedziała: interwencja obcych nie wchodzi w rachubę. Przecież to by się rozniosło! Nie chce łamać życia Michałowi, rujnować jego reputacji, chce tylko, żeby się zmienił. "Za kilka dni są jego urodziny, tak? Będzie rodzina? No to w pewnym momencie wstań i powiedz, co się dzieje. Będą musieli zareagować, przecież nie uciekną" - poradziła Dorota.

- To było szczere, ale naiwne. Nie wyobrażam sobie, jak zachowałby się Michał, jego matka, inni. Doszło do mnie, jaka przepaść dzieli teoretyzowanie od praktycznego działania - mówi Edyta i opowiada o urodzinach.

- Czterdziestka męża, uroczysta kolacja. Przyjechała nawet pani Mira, dawna niania Michała i Majki, przyjaciółka rodziny. Urocza siedemdziesięciolatka, zawsze przywozi Michałowi model samolotu do sklejania - uśmiecha się Edyta. Pamięta jeden moment: pani Mira przytula wychowanka, a on całuje ją w rękę czule, z szacunkiem.

- Przypomniało mi się, że i wobec mnie był kiedyś szarmancki. Okazywał miłość. Zabolało. Jak ja tęskniłam za czułością! Siłą powstrzymałam łzy, uciekłam do kuchni - wyznaje. Kiedy wróciła do gości, ktoś podał jej kieliszek wina. "Ty się zabawiasz, a na talerzach pusto, rusz dupę" - wysyczał jej do ucha mąż. Edyta poprosiła o drugi kieliszek.

I pomyślała: a gdyby teraz rzeczywiście stanęła na krześle i oznajmiła: "Kochani, małe ogłoszenie: nasz jubilat to kawał drania, pastwi się nade mną. A teraz zapraszam na risotto". Co by było? "Chodź na balkon, na słówko"  - pani Mira ją zaskoczyła. Podała szklankę wody, zapytała: "Co się dzieje z Michałem, zmienił się, widzę. Jest spięty, rzadko się uśmiecha. Nie macie problemów? Chcesz o tym pogadać?".

- Byłam zdezorientowana. Jej troska mnie rozbroiła. Ale poczułam, że chcę mówić, więc opowiadałam o agresji, której nie rozumiem, o bezradności. Ona słuchała, trzymając mnie za ręce i nie zwracając uwagi, że zza firanki czujnie obserwuje nas Michał. W końcu zapytała: mam z nim porozmawiać? Zawahałam się. Jak miło by było, gdyby ktoś zdjął ze mnie ten obowiązek! Ale nie, lepiej nie. Bo to moje życie i mój mąż. Postanowiłam, że zmierzę się z tym sama. Czasem wystarczy naprawdę niewiele, żeby poczuć się zdolną do działania - mówi Edyta.

Od trzech miesięcy w rozmowach z mężem pomaga jej psychoterapeuta. Podpowiada, jak formułować myśli, jak mówić "nie". Michał  na razie nie chce iść na wizytę. Ale już tego nie wyklucza, prosi, by Edyta dała mu czas. 

Chce się oswoić z myślą, że będzie o ich intymnych sprawach opowiadał obcej osobie. Niewykluczone, że Edyta i Michał zaczną wkrótce terapię rodzinną.

Sylwia, mieszka pod Krakowem, 32 lata, żona Maćka

Nigdy nie umiała walczyć o swoje. W ogólniaku wolała ustąpić niż udowodnić, że to ona napisała słowa hymnu szkoły, który został uznany za najlepszy w konkursie,  a nie koleżanka, która wykradła jej tekst i zmieniła pięć wyrazów. Na studiach oddała bardziej asertywnym dziewczynom ładniejszy pokój w akademiku i atrakcyjniejszy temat pracy magisterskiej.

Dlatego cieszyła się, gdy poznała Maćka, zdecydowanego, towarzyskiego chłopaka, który zakochał się w jej piegach i uroczej bezradności. W dodatku pochodził z tej samej miejscowości, 20 kilometrów od Krakowa. Ona została nauczycielką, on informatykiem, po studiach wrócili do rodzinnego miasteczka.

- Mama zostawiła mi mieszkanie, wyjechała do siostry do Stanów, jest lekarzem. Tata umarł, kiedy miałam sześć lat, nie mam rodzeństwa, więc Maciek stał się moim światem. Pochodził z dużej rodziny, z którą szybko się zżyłam - opowiada Sylwia.

Rodzina Maćka to dwie siostry i brat, ojciec, emerytowany oficer, i matka, szefowa dużego działu w banku.

- Z poczuciem humoru, sympatyczni, otwarci  - opisuje Sylwia. Z początku w małżeństwie układało się dobrze. "Nie zajmuj się tym, kaczuszko, to nie na twój rozum" - mówił Maciek, gdy Sylwia chciała wypełnić PIT. Robił to za nią. Tankował też benzynę, czasem odpisywał na SMS-y, które do niej przychodziły. Kontrolował żonę.

"Nie będziesz się spotykała  z tą kobietą, ma na ciebie zły wpływ" - powiedział o koleżance Sylwii jeszcze z czasów ogólniaka. O przyjacielu z lat dzieciństwa? "Podrywa cię, nie widzisz tego? Wykasuj jego numer telefonu z komórki!" - rozkazał.

Miał groźną minę, ale Sylwii chciało się śmiać. Poczuła się adorowana i dumna, że mąż jest o nią zazdrosny. "To znaczy, że mnie kocha!", cieszyła się i czuła bezpiecznie. Zakochany mąż, jego liczna, uwielbiająca ją rodzina. Czegóż chcieć więcej? Sielanka skończyła się dwa lata temu. Mąż wpadł w furię, bo upuściła na podłogę imbryk z herbatą. Po prostu był gorący, oparzyła się i puściła.

"Zrób coś ze sobą, trzeci raz w tym tygodniu coś tłuczesz. Myślisz, że stać mnie na wymienianie zastawy co kilka miesięcy?" - powiedział niesympatycznym tonem. Jak to trzeci? "Nie mów, że nie pamiętasz" - prychnął. Nie pamiętała. "Jasna cholera, nie uczyli cię parkować równolegle na kursie?!" - wściekł się tydzień później. Bo zarysowała samochód. Nie wierzyła, poszła sprawdzić do garażu. Faktycznie, jest rysa, jakieś 40 centymetrów.

"Jesteś nieodpowiedzialna. Oddaj kartę! Prosiłem, żeby nie robić debetu, a jest 600 złotych na minusie! Kretynka!". 

- Nagle zaczął mnie oskarżać nawet o to, czego nie zrobiłam. A może robiłam? Zadzwoniłam do mamy: "Coś jest ze mną nie tak. Albo z Maćkiem". Mama się zdenerwowała, poprosiła, żebym oddała słuchawkę mężowi, rozmawiali kwadrans.

"Co, skarżysz się mamusi? - pchnął mnie na łóżko i zagroził: - Jeszcze jeden taki telefon i nie poznasz swojej twarzy w lustrze". Przeraziłam się - mówi Sylwia.

Zwykła awanturka

"Spotkaj się z matką Maćka. Rozmawiałyśmy, możesz Irenie zaufać" - powiedziała na Skypie mama.

- Martwiła się o mnie, wiedziała, że nie mam nikogo prócz bliskich męża - opowiada Sylwia. Musiałam to zrobić, Maciek stawał się coraz bardziej agresywny. "Jedziesz w lewo, a włączasz prawy kierunkowskaz?! Czy ty jesteś nienormalna?" - wrzeszczał jej w ucho z siedzenia pasażera.

- Faktycznie, prawy! - wpadała w panikę. Kiedy w domu parzyła trzecią kawę, szydził: "Tyle kofeiny? Chcesz się zabić? Masz skłonności samobójcze, jak twój wujaszek?".

Jej wujek popełnił samobójstwo, ale po co to wyciągać? - Mąż wpędzał mnie w psychiczny dół. Nie rozumiałam, po co to robi. Kiedy płakałam, nie pocieszał. "Histeryczka, psycholka", słyszałam coraz częściej - wspomina.

- "On robi z ciebie wariatkę? Chyba przesadzasz - teściowa wykrzywiła usta. Znalazła dla Sylwii godzinę między lekcją angielskiego i fryzjerem. - Twoja mama jest zaniepokojona, po co ją martwić? Powinniście postarać się o dziecko, zajęłabyś się czymś - Irena poprawiła kolczyki, sprawdziła SMS-y.

- Miałam wrażenie, że nie dociera do niej to, co mówię. Ale w pewnej chwili spojrzała mi w oczy poważnie i powiedziała: "Sylwia, ty się zaopiekuj Maćkiem, proszę cię. Może i on bywa dziwny, ale widzisz, ja nie miałam dla niego czasu. Trzeba było spłacać dom, wychować czwórkę dzieci, a mnie się otworzyła droga kariery, musiałam skorzystać. Zawsze marzyłam, że żona wynagrodzi mu wszystko. Ja nie gotowałam mu obiadów, nie zabierałam do kina". 

Sylwii przypomniały się słowa męża, mówił, że wychowywała go Danka, starsza siostra. Mama zawsze była w banku albo w delegacji. Obiecała więc teściowej: tak, postara się być silna. Bo - jak mówi Irena - silne kobiety rządzą światem: Angela Merkel, Oprah Winfrey, Martha Stewart.

Sylwia zrozumiała, że Irena jest ponad sprawy tak przyziemne jak "domowe awanturki". Nie musiała długo myśleć, do kogo może zwrócić się po pomoc w drugiej kolejności. Do Danki! Na ich ślubie przytuliła ją mocno i powiedziała: "Nie jestem twoją szwagierką, tylko siostrą! Tak się cieszę, że Maciek właśnie w tobie się zakochał, czuję, że jesteśmy bratnimi duszami".

Rzeczywiście były blisko, spotykały się co czwartek na basenie. Sylwia postanowiła, że delikatnie wypyta Dankę o brata. Może w dzieciństwie albo w młodości miewał napady złości, a może gryzie go coś, o czym Sylwia nie wie?

"Dobijasz mnie tym czytaniem na głos. Jeszcze zacznij sylabizować. Dziecko jesteś czy co?" - nakrzyczał na nią ostatnio wieczorem, gdy kładł się do łóżka. A przecież nie czytała głośno.

Chciała go przeprosić, ale mruknął tylko "Idź się leczyć" i przeniósł się na kanapę.

Brudna sprawa

 "Posłuchaj, ja się na tym nie znam, ale mam podejrzenie. Wierzę ci, tylko błagam, nie rób na razie szumu. To jest małe miasto, wezmą nas za patologię" - zaczęła Danka. I opowiedziała: ma w pracy przyjaciółkę, którą mąż terroryzuje psychicznie.

Nie bije, ale wmawia jej różne wariactwa: że niby poszła do sklepu w spodniach od piżamy, kogoś obraziła, po nocach lunatykuje. To się chyba nazywa gaslighting, jakoś tak. Chodzi o wmówienie ofierze, że jest niespełna rozumu, by móc nią manipulować. Tak robią psychopaci, tacy jak mąż tej przyjaciółki, zdiagnozowała to terapeutka.

"Czy to może dotyczyć Maćka? Nie wiem, na moich oczach nigdy nikogo nie skrzywdził, nawet psu nie pozwalał zakładać obroży z kolcami. Poza tym nie jestem psychologiem, tylko ci sygnalizuję, żebyś o tym poczytała i obserwowała go, może faktycznie coś jest na rzeczy. Oby nie" - powiedziała Danka. No i chyba Sylwia rozumie, jak trudno siostrze z myślą, że jej brat mógłby być psychicznie zaburzony.

- Nie chciała z nim porozmawiać. Wpadła na pomysł, że poprosi o interwencję Kamila, drugiego brata. Oni się z Maćkiem dobrze dogadywali, Kamil coś wymyśli. Zaprotestowałam. Nie chciałam mieszać w to żadnego faceta, nie czułam się gotowa opowiadać o tak osobistych sprawach szwagrowi - mówi Sylwia. Danka obiecała zostawić sprawę w tajemnicy, ale Kamil zadzwonił nazajutrz. Najwidoczniej wygadała mu wszystko, może w poczuciu winy, że sama wykręciła się od pomocy.

"Słuchaj, jeżeli on cię tknął, osobiście strzelę mu w zęby" - oświadczył na powitanie Kamil. To rozbawiło Sylwię. A nawet zrobiło jej się miło mimo groźnego tonu szwagra. Powiedziała, że nie jest tak źle, ale faktycznie, Maćka czasem ponosi. "Przyjadę, coś wykombinujemy" - zapewnił Kamil. Przywiózł karnet do spa. "Pomyślałem, że powinnaś się odstresować, może jesteś przemęczona, stąd złe nastroje" - zaczął i Sylwia wiedziała, że z pomocy nici.

- Kamil lawirował, że musi się zająć nowym projektem, gdzieś uleciał jego bojowy zapał i gotowość do interweniowania. Podejrzewam, że ktoś mu odradził mieszanie się w moje sprawy. Matka? Żona? Raz słyszałam od niej regułę Dulskiej: "Brudy trzeba prać we własnym domu". A może Kamil uznał, że sztama z bratem to święta męska powinność.

Dzwonek w sam ą porę

"Żel do kąpieli odstawiamy na półkę korkiem na dół, żeby nie trzeba było czekać, aż spłynie. Jesteś totalnym debilem? Jeszcze raz korek w górę i strzelę cię tak, że będziesz kwiczeć jak prosię..." - Maciek wyszedł z łazienki, ale już było za późno. Sylwia stała w przedpokoju ze spuszczoną głową, w drzwiach oniemiała Kasia, najmłodsza siostra Maćka. Wydało się. Sylwia nie umiała zatrzymać potoku słów męża, a on nie usłyszał w porę dzwonka.

- Miał głupią minę, a Kaśka stała czerwona jak burak - opowiada Sylwia. "Czy tobie rozum odjęło, jak ty do niej mówisz?!" - dwudziestolatka zrobiła krok w stronę brata, spojrzała mu w oczy.

"Czyli to prawda? Mamy tutaj damskiego boksera? Miałam już z takim do czynienia, pamiętasz? To ty mi radziłeś: zostaw go, uderzył raz, będzie bił całe życie. A sam co wyprawiasz?! Uważałam cię za porządnego faceta, gościa z klasą, a jesteś zwyczajnym słabeuszem, wyżywasz się na żonie jak pierwszy lepszy menel!". Maciek zacisnął zęby.

- Kaśka się rozkręcała, a ja czułam, że to mój koniec. Maciek mi tego nie wybaczy. Bałam się, że tym razem naprawdę puszczą mu hamulce i mnie pobije. Choć w tamtym momencie było mi wszystko jedno, brałam pod uwagę rozwód - opowiada Sylwia. Skąd wzięła się tam Kasia? Może ktoś z rodziny poczuł wyrzuty sumienia i "wydelegował" do pomocy najmłodszą, o której wiadomo, że jest bezkompromisowa i nie przebiera w słowach?

Sylwia nie wiedziała. Ale poczuła wdzięczność dla bratowej. I ulgę. Może Maciek będzie się teraz mścił, może się wyprowadzi, zaprzeczy wszystkiemu. Nieważne. Grunt, że wyszło na jaw.

- To było nieprawdopodobne uczucie spokoju. Wiedziałam, że Kaśka rozpowie wszystko w rodzinie, ale skorzystałam z okazji i wygadałam się przed nią. Nie przeszkadzało mi, że mąż słyszy. Maciek wyszedł z domu, trzaskając drzwiami, nie wiedziałam, czy wróci - wyznaje Sylwia. Wrócił po kilku godzinach, kiedy planowała, jak spakuje walizki. Jeśli on się nie wyprowadzi, odejdzie ona.

"Zostań, proszę" - powiedział. Nie potrafił zdobyć się na nic więcej. Milczał tydzień. A potem przyniósł dziwny prezent. Rozpakowała - plastikowa lampka w kształcie misia-żelka Haribo. Co to jest? "Długo szukałem czerwonej. Postawimy w widocznym miejscu, jak uznasz, że coś nie tak, zapalisz. Takie światło ostrzegawcze dla mnie. Może to głupie, ale inaczej nie umiem powiedzieć, że chcę wszystko naprawić".

- To było błaganie o drugą szansę. Z nikim nie konsultowałam odpowiedzi, uznałam, że najlepszym doradcą jestem dla siebie ja sama. Od tamtej rozmowy minęło pół roku. Jest lepiej. Tylko Kaśka, która bywa u nas raz na jakiś czas, nie może znieść widoku misia na komodzie: "Wyrzućcie paskudztwo!" - prosi. Na to za wcześnie.

I to ja zdecyduję, czy można wyłączyć alarm. Postanowiłam walczyć o swoje miejsce i prawa. Dzisiaj żałuję, że przed laty odpuściłam sprawę tamtego konkursu na hymn. Głupia byłam.

Agnieszka Litorowicz-Siegert

 Twój STYL 2017/7

Reklama

Najlepsze tematy

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje