Przejdź na stronę główną Interia.pl

Mroczny sekret psychoterapeutki od samobójstw

Moi przyjaciele nazywali go wagonem, mały kremowy domek, jaki wynajęłam 20 lat temu w Austin. Długi prostokąt, podzielony przejściem bez drzwi. Dębowe podłogi były tak stare, że lakier dawno się starł. Były brudne. Wymopowałam je, ale brud tkwił w szczelinach między deskami.

Studiowałam na Uniwersytecie w Teksasie, by zostać psychoterapeutką. Wcześniej spędziłam wiele godzin pracując jako wolontariusz w telefonie zaufania dla samobójców. Moje umiejętności pomagały innym, ale mnie - niewiele. Prześladowała mnie depresja, a wraz z nią jej kawaleria: niepokój, dręczące myśli, bezsenność.

Reklama

Mój umysł zaczął się fiksować na drobiazgach, jak brudne podłogi w wynajmowanym domku.

Przez kilka tygodni kipiałam z wściekłości, bo właścicielka nie dotrzymała słowa i nie zamówiła profesjonalnego czyszczenia podłóg. Nienawidziłam się za to, że nie zażądałam od niej pisemnej deklaracji. W końcu znienawidziłam się za to, że tak przejmuję się podłogami i za to, że nie mogę przestać.

Ten cykl powtarzał się każdej nocy. W końcu, zasypiałam, tylko po to, by obudzić się kilka godzin później pogrążona w takiej nienawiści do siebie, że życie stawało się nie do zniesienia. A potem patrzyłam na podłogę i zalewała mnie nowa fala odrazy. Popadałam w panikę. Jak ktokolwiek może mnie taką pokochać?

Depresja pojawiła się w moim życiu po raz pierwszy, gdy miałam 12 lat, a później często powracała. W końcu, mając lat 26, zaczęłam przyjmować antydepresanty, które bardzo mi pomogły. Kiedy zaczęłam tracić włosy, niezbyt częsty skutek uboczny, przestałam je przyjmować. Moja nowa terapeutka, psychiatra, chciała zapisać mi inne leki. Ale mój umysł poprowadził mnie zwodniczą ścieżką. Doszłam do wniosku, że nic nie może mi pomóc, a nawet jeśli, to ja na to nie zasługuję.

Nikt nie wiedział. Na pozór funkcjonowałam dobrze. Z moim dziwacznym poczuciem humoru często rozśmieszałam innych. Doskonale radziłam sobie na zajęciach. Moja ciekawość i wrażliwość sprawiały, że mogłam wiele zrozumieć z działania umysłu, z bólu innych ludzi i wiedziałam, jak pomóc innym w momencie, kiedy nie mogłam pomóc sama sobie.

Żyłam tak miesiącami, dynamiczna i towarzyska za dnia, samotna i przygnębiona w nocy. Pewnej nocy nie mogłam już tego znieść. Wiedziałam, że cierpienie, jakiego doświadczam, nie ma granic. Był tylko jeden sposób, jak mi się wówczas wydawało, by z tym skończyć.

 W ciszy mojego domu-wagonu, napisałam list do rodziców. Przepraszałam za ból, jaki wniosłam do ich życia i zapewniałam, że naprawdę będzie im lepiej beze mnie.

Byłam pewna, że kilka miesięcy intensywnego żalu, będzie lepsze niż dziesięciolecia bólu, niepewności i lęku, jaki moja przedłużająca się egzystencja wniosłaby w ich życie.

Następnie grubym mazakiem napisałam "Nie wchodź do mojego pokoju. By sobie tego oszczędzić, zadzwoń na 911. Przykro mi". Ponieważ nie było drzwi, które mogłabym zamknąć, przykleiłam kartkę taśmą przy przejściu na wysokości wzroku, tak aby przyjaciele nie mogli jej przegapić.

Piszę o tym teraz, 20 lat później, siedząc w moim biurze na Uniwersytecie w Denver. Jako profesor nadzwyczajny uczę psychoterapii i oceny zdrowia psychicznego. Niedaleko stąd znajduje się mój gabinet psychoterapeutyczny. W moich badaniach, nauczaniu i praktyce klinicznej, specjalizuję się w ocenie ryzyka samobójstw i interwencji w sytuacjach samobójczych, co sprawia, że jestem kimś, kogo określa się niezdarnym mianem "samobójcologa klinicznego".

Strona, którą stworzyłam i prowadzę, SpeakingOfSuicide.com, miała 1,5 miliona odwiedzin w ciągu ostatnich trzech lat

Fascynuję się zapobieganiem samobójstwom, ponieważ wiem z doświadczenia własnego i innych ludzi, jak ciemność może przekonać, że światło nigdy nie powróci. Ale moje zaangażowanie drażni niektórych użytkowników.  Wpisują komentarze lub wysyłają mi e-maile, potępiając moją niezdolność do zrozumienia umysłu samobójcy.

Jeden z nich napisał: "Pozbądź się swojego wyniosłego przechwalania się szczęściem. Po prostu taka się urodziłaś". Inny: "Tak, mogłaś czytać o chorobach psychicznych. Jasne, może nawet zrobiłaś stopień naukowy. Ale jeśli nigdy nie miałaś depresji ani myśli samobójczych, nie masz żadnego prawa do pisania o tym artykułów."

Jeszcze do niedawna utrzymywałam moje doświadczenia samobójcze w sekrecie przed wszystkimi z wyjątkiem najbliższych przyjaciół i rodziny. Przyznaję, że czułam wstyd, ten sam wstyd z powodu choroby psychicznej, jaki pomagam wyciszyć moim pacjentom.

W ostatnich latach kilkoro ważnych specjalistów od chorób psychicznych, jak Kay Redfield Jamison i Marsha Linehan, ujawniło swoje osobiste doświadczenia dotyczące problemów psychicznych i skłonności do samobójstw. I coraz więcej osób, które przeżyły próbę samobójczą dzieli się swoimi historiami na blogach i w mediach społecznościowych. Zawsze zbyt się obawiałam, by dołączyć do tych dyskusji. Ale mam świadomość, że moje milczenie jest sojusznikiem stygmatyzowania, jest również hipokryzją.

Otwartość innych zainspirowała mnie. Wciąż czuję obawy, ale może mogę pomóc ludziom z problemami psychicznymi, zrozumieć, że wielu specjalistów, którzy wyglądają na szczęśliwych  ludzi sukcesu, w rzeczywistości czuje się równie źle jak oni sami.

 Tamtej nocy w Austin nie wierzyłam, że kiedykolwiek poczuję się lepiej. Choć nie wiedziałam dlaczego, uważałam, że moje cierpienie to moja wina. Po tym jak napisałam wiadomość dla przyjaciół, zostawiłam list do rodziców na komodzie. Obok - numer konta bankowego i listę przyjaciół, których należy zawiadomić o pogrzebie. Następnie uruchomiłam proces, o którym naiwnie myślałam, że będzie to spokojna śmierć.

 Ale ciało walczyło. Moja metoda opierała się na uduszeniu. Kiedy powietrze przestało dopływać, moje płuca upomniały się o swoje potrzeby. Moja klatka piersiowa falowała, gdy próbowałam zaczerpnąć tlenu. Instynktownie wciągałam każdą cząsteczkę powietrza, zanim go zabraknie. Moje ręce zaczęły mrowić, przed oczyma zrobiło się ciemno. Udało mi się przerwać tę próbę. Wzięłam głęboki wdech. Później jeszcze jeden i jeszcze. By wynagrodzić moim płucom to, co zrobiłam.

Specjaliści wyjaśniają dlaczego około 90 procent osób, które przeżyły próbę samobójczą, nie umiera śmiercią samobójczą - uważają, że skłonność samobójcza to jedna z dysocjacji. Według tej teorii, próba samobójcza gwałtownie przywraca osobę do jej ciała, łącząc ją z podstawowym instynktem samozachowawczym. Tak stało się ze mną. W momencie kiedy zabrakło mi powietrza, uświadomiłam sobie, że nie chcę umierać. Chciałam skończyć z bólem obsesją i wzburzeniem. Mogłam znaleźć na to sposoby, pozostając żywą.

Następnego ranka zdjęłam kartkę ostrzegającą przyjaciół, zadzwoniłam do mojej terapeutki do domu i dostałam nową receptę na antydepresanty. Rozpoczęłam nową podróż od samobójcy do "samobójcologa". Od osoby z chorobą psychiczną, ale też specjalisty od chorób psychicznych, ze wszystkimi sprzecznościami, lękami, nadziejami jakie niosą te dwie tożsamości.

 Stacey Freedenthal, psychoterapeuta i wykładowca w Denver

Tłum. I.Grelowska


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje