Przejdź na stronę główną Interia.pl

Moje dziecko robi, co chce

Projektują dziecko według własnych wyobrażeń. wkładają w jego wychowanie mnóstwo pracy, pieniędzy i marzeń. A kiedy syn czy córka wybiera własna drogę, ma inne pasje, cierpią. Przeżywają smutek, złość i rozczarowanie.

Wiktor (47 l.), laryngolog, z goryczą w głosie mówi, że od zawsze był tym gorszym bratem. To Markowi (51 l.) rodzice poświęcali więcej uwagi. Po latach od babci dowiedział się, że marzyli o córce, więc po raz pierwszy "rozczarował" ich już w dniu narodzin.

Reklama

- Kochali mnie, ale także skrzywdzili - mówi Wiktor. Obaj bracia skończyli medycynę, tak jak ich ojciec, stryj i dziadek. - Jednak to wcale nie zapewniło mi rodzicielskiego awansu - ironizuje Wiktor. To Marek żyje tak, jak oczekują rodzice. Jedna i ta sama żona, dwójka dzieci (zdrowych, mądrych), dwa auta i domek na przedmieściach. Pnie się po drabinie naukowej, przymierza się do habilitacji.

A Wiktor? Na koncie - dwa rozwody. Z każdą żoną dziecko. Pierwsza po rozwodzie wyjechała do Nowej Zelandii, więc on syna nie widział od dwóch i pół roku. Druga ciągle domaga się większych alimentów, ogranicza widzenia. Mści się za to, że ją rzucił dla młodszej, ładniejszej pielęgniarki.

Sam Wiktor krzywi się, że jego życie przypomina czasem kiepski serial. Rozstania, zwroty akcji, niepewność. Kariera gdzieś w tym wszystkim kuleje. Stracił pracę w prywatnej klinice, przyjmuje w rejonowej przychodni, więc pensja jest dwa razy mniejsza. Ponad połowę wydaje na alimenty. Mieszkanie zostawił ostatniej żonie, sam mieszka w kawalerce.

- Kiedy ty się w końcu ustatkujesz? - krzyczy na niego matka, a on czuje, jakby znowu miał naście lat. Najgorsze są porównania: - Popatrz na Marka, dlaczego nie możesz być taki jak on? Tylko ty przynosisz nam wstyd. Na koniec matka zawsze dodaje: - Kolejnego rozwodu nie zniosę, wpędzisz mnie do grobu! Kilka miesięcy temu Wiktor rozstał się z nową dziewczyną. Podczas spędzanych w samotności wieczorów uświadomił sobie, że wciąż kocha pierwszą żonę.

- Za ostatnie pieniądze kupiłem bilet do Nowej Zelandii - opowiada. - Jadę na miesiąc. Nikt nie wie o moich planach. Jeśli uda mi się przekonać Monikę, że znowu powinniśmy być razem, mogę tam zostać i prowadzić bar na plaży. Do zawodu lekarza nigdy nie miałem serca. Skończyłem medycynę, aby nie rozczarować matki i ojca... Mam świadomość, że jeśli wyjadę i rzucę zawód, to mogą przestać się do mnie odzywać. Zawiodę ich na całej linii. Tyle że ja już nie mam nic do stracenia, tu wreszcie chodzi o moje życie.

"Są dwie rzeczy, które nigdy nie dają nam spokoju: miłość i rozczarowanie. Nie możemy ich wyłączyć jak wentylatora ani skierować podmuchu w bok". Pisarz Jonathan Carroll, "Dziecko na niebie"

- Często w ramach terapii zadaję dorosłym pacjentom pytanie: "W ilu procentach wybór kierunku studiów to była pani/pana decyzja, a w ilu rodziców?" - opowiada psychoterapeuta i seksuolog Michał Pozdał, wykładowca Uniwersytetu SWPS, współautor wydanej ostatnio książki "Męskie sprawy", w której sporo wątków dotyczy nadmiernych oczekiwań rodziców wobec dzieci, a także rozczarowań, jakie pojawiają się w przypadku ich niespełnienia. - Niestety, wielu ludzi mówi, że decydowało o swojej przyszłości zawodowej tylko w... 10 procentach.

Pozdał zauważył, że często są to dzieci nieodseparowane od rodziców, które konsultują z nimi swoje wybory, decyzje i cele. Słuchają się ich, poddają się im. A co za tym idzie - przynoszą rozczarowanie, jeśli nie zrobili dokładnie tego, czego matka z ojcem oczekiwali. Od czasu zmiany ustroju rodzice bardziej niż kiedykolwiek inwestują w dzieci, a zatem mają też wobec nich więcej oczekiwań. Dotyczy to postawy życiowej, wyboru zawodu, ścieżki kariery. Im więcej tej rodzicielskiej uwagi, inwestowania czasu i pieniędzy, tym więcej oczekiwań i tym większe później rozczarowanie.

- To jest to słynne powiedzenie: "A myśmy tyle dla ciebie zrobili!". "Całe życie się staramy, a ty..." - relacjonuje Michał Pozdał. - Rodzice najczęściej podchodzą do dziecka jak do niespłaconej inwestycji wtedy, kiedy ono ma odmienny plan na życie. Te rozczarowania biegną dwutorowo. Pierwsze dotyczą wyborów prywatnych. Ciągle słyszę od młodzieży, z którą pracuję, że starszym nie odpowiada ich towarzystwo, chłopak czy dziewczyna. Nawet styl życia, pasje nie zawsze są OK.

Druga grupa rozczarowań obejmuje sprawy zawodowe. Od wyboru liceum przez studia aż po zawód i awans. Terapeuta często słyszy od kolegów profesorów, że młodzi dziś nie czytają i głupieją. - Prawda jest taka, że oni mają za to mnóstwo umiejętności, jakich my nie posiądziemy. Znam blogerów, którzy siadają na kawie w Starbucksie i tworzą wpis, który przynosi potężne pieniądze i wymaga sporej wiedzy eksperckiej. A jednak ich rodzice, ludzie świetnie wykształceni, uważają, że dzieciaki mają "gównianą robotę"; są rozczarowani, bo nie poszły na medycynę. Choć i ona, jak pokazuje przypadek Wiktora, szczęścia i sukcesu nie gwarantuje.

Warto uświadomić sobie, że niektórzy rodzice tak czy siak będą niezadowoleni. Trzeba się z tym pogodzić, jeśli chce się być autonomiczną jednostką. To nie jest proste, zwłaszcza gdy pojawiają się szantażujące czy oskarżające przemowy. Takie słowa mają ogromną siłę oddziaływania nawet na dorosłe, świadome dzieci. Spotykam je w gabinecie. Wierzą, że gwałtowna zmiana zawodu czy stylu życia doprowadzi rodzica do choroby, a nawet śmierci.

"Wychowanie zaczyna się w chwili, gdy nam się zdaje, że już się skończyło". Z listów pisarza Mikołaja Gogola

Poznajcie Ewę (39 l.): florystka, ma własną kwiaciarnię, specjalizuje się w bukietach niestandardowych (nie lubi róż). Ten sam od kilku lat partner, brak dzieci (na własne życzenie). Eteryczna, melancholijna, rudowłosa, ubiera się w india shopach. Kocha medytację, uprawia też tajski boks. Trudno ją rozśmieszyć, łatwo wzruszyć. A teraz Grażyna (63 l.): razem z mężem prowadzą kancelarię podatkową i dwa sklepy spożywcze. Zażywna brunetka, wiecznie uśmiechnięta, optymistka. W naturalny sposób gromadzi wokół siebie ludzi; pomocna, otwarta, kontaktowa. Tradycjonalistka. Psycholog powiedziałby, że Ewa i Grażyna, córka i matka, różnią się pięknie. Każda jest inna, robi to, co lubi, żyje według własnych zasad. Ale właśnie tutaj zaczynają się problemy.

- Czytałam gdzieś, że najważniejsze jest, by bliscy zgadzali się w fundamentalnych sprawach. Ale u nas to nie działa - opowiada Ewa. - Choć obie uważamy, że szczerość jest najważniejsza, że nie powinno się zdradzać ani partnera, ani męża, ani przyjaciela, że święta warto spędzać z rodziną, to nie wystarcza. Okazuje się, że najważniejsze są właśnie te niby-niepozorne szczegóły: ubiór czy poczucie humoru... Od wielu lat trwa cicha wojna o to, w jaki sposób żyję. A żyję zupełnie inaczej niż mama. Widać nie ma znaczenia, że nikogo nie krzywdzę, że czuję się spełniona, bo i tak jest mną rozczarowana. Coraz częściej zaczynam jej unikać.

Pretensje Grażyny są następujące. - Florystka? To nie zawód, to hobby - mówi ze śmiechem, ale szybko poważnieje. - Córka chodziła na lekcje skrzypiec, jeździła na obozy tenisowe, co w tamtych czasach nie było popularne. Namówiliśmy ją z mężem na klasę matematyczno-fizyczną. Wszystko po to, żeby żyło się jej łatwiej niż nam. Myślałam, że przejmie kancelarię. Postawiła na swoim, studiowała biologię, nikomu niepotrzebną. Rozstała się z wieloletnim chłopakiem tuż po zaręczynach, bo na zajęciach z boksu poznała Wojtka. Byliśmy załamani. Zostawiła weterynarza dla jakiegoś szarpidruta. On gra w różnych zespołach, ale bez sukcesu, więc daje lekcje gry na gitarze. Jakby tego było mało, oświadczyli, że ślubu nie wezmą, bo to przeżytek. Czasem myślę, że może to i lepiej, bo jeszcze pozna kogoś na poziomie - emocjonuje się.

- Wiele matek i ojców traktuje dzieci na zasadzie narcystycznego przedłużenia siebie. Czyli mają zrealizować coś, co ja miałem w planie, ale z różnych powodów nie wyszło - mówi Michał Pozdał. - To zjawisko ma też uwarunkowania kulturowo-historyczne. W większości rodzice, którzy traktują dziecko jak inwestycję, wchodzili na rynek pracy w czasie transformacji, mają dziś 40, 50 lat. Są zaprogramowani na sukces, tymczasem obowiązuje pogląd, że o pracę jest trudno, że nie da się przebić, należy się silnie wyróżniać, zdobyć miliard umiejętności. Kiedyś wystarczyło zapisać dziecko na angielski, a teraz to może być także chiński i norweski, już kilkulatki chodzą na kursy sprawności, szybkiego czytania itd. Dawniej nie było tylu szans na rozwój co dziś, więc rodzice, w ich mniemaniu dla dobra dzieci, korzystają z tego garściami. A potem oczekują konkretnych efektów.

Reklama

Najlepsze tematy

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje