Przejdź na stronę główną Interia.pl

Miłość pod kroplówką

Magda i Wojtek byli na skraju rozstania. On zdradził, bo czuł się samotny w małżeństwie. Ona, nie czując jego zainteresowania, uciekała w macierzyństwo. Po roku udawania, że nic się nie dzieje, postanowili zmierzyć się z kryzysem. Oto dziennik terapii, po której nauczyli się być razem od nowa. Uniknęli rozwodu, który w Polsce rocznie bierze 65 tysięcy par.

Być może statystyki nie byłyby tak smutne, gdyby małżonkowie trafiali na terapię dla par. Dwa lata temu Magda błagała, by Wojtek zakończył romans. On bagatelizował: "To tylko przyjaciółka". Dla Magdy rozwiązanie nie było oczywiste. Odejść? Zostać? Odpłacić tym samym? Robiła bilans, słuchając rozumu, a nie serca: "Jeśli zostanę sama, będzie mi ciężko pogodzić pracę w szkole i wychowanie chorowitego dziecka. Mamy dom, kredyty, poza tym Wojtek mówił, że jestem miłością jego życia. Przeczekam. Przymknę oko". Tak też radziła Magdzie jej matka, która przez lata tolerowała nielojalność męża.

Reklama

Ta strategia miała jednak opłakane skutki. Magdzie coraz trudniej było ignorować, że czuje się w związku samotna. Złość, frustracja, żal, strach - problemy nie dały się dłużej "zamiatać pod dywan". Magda krzyczała, płakała, szantażowała Wojtka, miała humory. Dziś wie, że krzywdziła w ten sposób siebie, synka i męża, choć wydawało się, że to wyłącznie on jest winien kryzysowi. Zrobiła bilans. Mimo strachu była gotowa na rozstanie. Zażądała rozwodu. On poprosił o szansę i spotkanie z terapeutą, którego ktoś kiedyś mu polecił. "Jeśli to nie pomoże, będziemy pewni, że zrobiliśmy wszystko, by uratować nasze małżeństwo", ustalili.

Magda postanowiła robić notatki w czasie terapii. Pisała dziennik, żeby móc z dystansem spojrzeć na to, co działo się w gabinecie. Dziś chce podzielić się doświadczeniami, które opisała w zeszycie. Myślała o blogu w sieci, który pomagałby innym parom. Zrobiła to w "Twoim Stylu". Na jej prośbę część faktów i imiona zostały zmienione.

14 kwietnia

Zadzwoniłam i zapytałam o poleconego terapeutę K. "Czy państwo są w ostrym kryzysie? Potrzebna jest natychmiastowa interwencja? Bo pan K. ma terminy za dwa tygodnie", informowała miła pani. Zatkało mnie. Co to znaczy ostry kryzys? Mąż się nie wyprowadza. Nie bije mnie. OK, nie śpimy ze sobą od dziewięciu miesięcy... Wiem o kochance. Szybkie spotkanie niczego nie zmieni. I tak od dawna jesteśmy sobie obcy. "Może być za dwa tygodnie", wymamrotałam. "Zapraszam na dziewiątą. Konsultacja trwa półtorej godziny. Koszt 150 zł". Wysłałam SMS do Wojtka: "Rezerwuj czas w piątek". Właściwie na co się zapisaliśmy? Zaczęłam w sieci czytać o terapii par. Jedno ze zdań: "Czy jesteś gotowa spojrzeć na nowo na siebie i swój wkład w związek?". Brednie! To on ma przyznać się do winy! Błagać o przebaczenie. Ja nie muszę się zmieniać. Głupia Wikipedia.

28 kwietnia. Sesja numer jeden

Wystroiłam się. Spocone z nerwów dłonie wytarłam o fotel w gabinecie. Terapeuta K. przedstawił się. Potem my. "Jestem Magda. Mam 36 lat. Czuję się na 50. Jestem nauczycielką w szkole średniej. Nasz syn Kuba ma cztery lata. Potem Wojtek: - Jestem specjalistą od telekomunikacji. Mam 37 lat". K. robił wywiad: - "Czy w domu jest przemoc? - Mąż nie podniósł na mnie ręki. - Ktoś nadużywa alkoholu? - Pijemy okazjonalnie. - Czy dochodzi do zdrady? - On twierdzi, że nie spotyka się już z tą kobietą. - Znakomicie, pytam, bo to są przeciwwskazania do terapii pary - usłyszałam. - Co w takim razie państwa sprowadza?" Gdy Wojtek milczał, zagotowałam się: - "Zdradził. Nie wiem, czy w ogóle jest co ratować. Czuję się, jakby mnie wyrzucił na śmietnik. Zajmuję się dzieckiem, wypruwam żyły, pracuję, a on się czepia, że chodzę w za małym staniku. I że świata nie widzę poza Kubą". 

A Wojtek? Powiedział tylko, że nawalił, ale ten romans jest niegroźny. Chce ratować nasze małżeństwo. K. mnie dobił: - "Jak pani sądzi: dlaczego mąż był niewierny? - Co?! Ja mam go jeszcze tłumaczyć?", chciałam wyjść. Wzięłam głęboki oddech: - "Nie sypiamy ze sobą, bo utyłam po dziecku siedem kilo i jestem brzydka". Myślałam, że K. stanie po mojej stronie, wygłosi kazanie. Wyznaczy Wojtkowi pokutę. Nic podobnego. - "Znamy już objawy - K. mówił jak na pogrzebie. - Pani Magda czuje się odrzucona, bo jest ta druga. Pan Wojtek zdradził. Ale też czuje się odrzucony, bo pani skupia się na dziecku. - I już? I co dalej?", popłakałam się. Poskarżyłam się jak dziecko, rozżalona, bezbronna, upokorzyłam się, mówiąc zazdrości, o tym, że nie czuję się kobietą. Wywaliłam flaki. Chciałam, żeby stał się cud. K. zamiast ukarać Wojtka, mówił z łagodnym uśmiechem, że to jest uleczalne. - "Grypę leczy się paracetamolem, na terapii pomogę państwu złagodzić objawy kryzysu, porozumieć się i sprawdzić, czy potraficie znowu być sobie bliscy. Już nie jesteście, jak kiedyś, beztroską parą kochanków. Teraz jesteście rodzicami, dziecko bywa chore, pan ma kłopoty w pracy i martwi się o kredyt... Na to się nie umawialiście, snując wizje związku.

- A więc jesteśmy podręcznikowym przypadkiem" - próbował żartować Wojtek. Nawet się uśmiechnęłam. K.: - "To jest kryzys do pokonania, bo razem tu przyszliście. A ja będę bezstronnym przyjacielem, podpowiem". Umówiliśmy się na kilka sesji. Wracaliśmy jednym autem, a ja udawałam, że piszę pilne SMS-y. Nie potrafiłam powiedzieć słowa, byłam rozczarowana, że nic się nie stało. Kiedy wysiadałam, Wojtek się odezwał: - "Cieszę się, że poszliśmy. - Cieszę się, że się cieszysz", ucięłam.

1 maja. Trzy dni po terapii

Miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle. Nie ma małżeńskiej rewolucji. Jest jakby hibernacja, oczekiwanie, że mamy "lekarza" i będzie lepiej. Przez dwa dni nie warczę. Wojtek po pracy nie siada do laptopa, próbuje spędzać czas z nami. Razem kąpiemy Kubę. Mały znowu ma gorączkę. W nocy podaję inhalator, a Wojtek nawet nie otwiera oczu. Rano proszę, żeby zaaplikował lek, on nie wie, gdzie jest. - "Nie wiesz, gdzie jest berotec, choć dziecko od trzech lat ma astmę?! - Może gdybyś dopuszczała mnie czasem do synka, a nie z mamusią wytykała mi błędy, mógłbym lepiej się nim opiekować. - Idź na skargę do swojej przyjaciółki. Ona uzna cię za supermana! - Potrafisz dokopać jak nikt inny", Wojtek trzasnął drzwiami. Jest 23.57. Nie ma go. I tak wiem, gdzie jest. Czy jest sens płacić za kolejną sesję?

6 maja. Sesja druga

- "Nie chciałam przychodzić - zaczęłam. - Mąż znowu był u niej". K. poprosił, żebym mówiąc, zwracała się do męża i patrzyła na niego. - "Znowu byłeś u niej! - Bzdura. Nie widujemy się. Sprawdź w klubie fitness. Tamtego wieczoru poszedłem na siłownię. Musiałem odreagować, bo znowu wrzeszcząc, zamieniłaś się w swoją matkę. - Biedaczek" - prowokowałam. K. interweniował: - "Mają państwo prawo do takich emocji. Pani Magdo, co sprawi, że zaufa pani mężowi? - Niech zadzwoni do niej przy mnie i zakończy romans. Pozwoli mi sprawdzać maile, SMS-y. Nie chcę, żeby wychodził wieczorami sam". Wojtek prychnął: - "Temat jest skończony, nie chcę już do niej dzwonić. Obiecałem ci i kropka. Wkurza mnie, że mi nie wierzysz. Musisz. - Nic nie muszę! - Cholerny egoisto, wolisz ratować siebie niż nas!". K. wtrącił się: - "Pani Magda chce mieć dowód, że jest pan fair. I żeby pokazał pan: to żona jest ważna. Może zgodzą się państwo na inną formę komunikatu wystosowaną do tamtej pani?". Wojtek zaproponował: - "Mail, który ci przeczytam i wyślemy go razem, będzie OK?".

Napisaliśmy tę cholerną wiadomość wieczorem. Że małżeństwo jest dla nas najważniejsze. Że Wojtek mnie kocha. Trochę mi ulżyło. Ale kiedy mąż zaczął całować mnie w nocy po włosach, napięłam się cała. Natychmiast przypomniały mi się jego SMS-y do tej panienki. Skuliłam się. On obrażony głośno westchnął: - "Jasne, najłatwiej wpędzić mnie w poczucie winy". Pomodliłam się nawet w myślach: "Boże, żebym zapomniała o tej kobiecie, żebym myślała, że to był zły sen. Przecież ludzie wybaczają sobie zdradę". A potem powtarzałam sobie: ufam mojemu mężowi. Ufam... Ufam... Zasnęłam nad ranem. 

Dowiedz się więcej na temat: rozwód | terapia | aprobata | małżeństwa

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje