Przejdź na stronę główną Interia.pl

Mam za mało czasu, przepraszam

Nie chcę marnować już ani dnia - tłumaczy Ewa. - Lubię męża, ale to za mało, by być razem - wyjaśnia Maria. - W pojedynkę odzyskałam radość życia - mówi Krystyna. Stworzyły dom, odchowały dzieci, spędziły kilkadziesiąt lat w małżeństwie i... odeszły. Tak jak inne 50-latki, które nie godzą się na bylejakość. To wśród nich najszybciej przybywa w Polsce rozwodów. Bo w tym wieku chce się żyć z sensem.

EWA, 53 lata, redaktorka. Rozwiodła się dwa lata temu. 25-letnia córka Ania spytała: Zwariowałaś? Koleżanki dziwiły się: Po co ci rewolucja, nie możecie żyć obok siebie?

Reklama

O szóstej rano na molo w Sopocie jest jeszcze pusto. Idę plażą aż do Orłowa. Nabieram powietrza. Wolność! Uwielbiam ją czuć. W domu jestem przed ósmą. Prysznic, kawa. Latem otwieram drzwi na taras. Siadam do pracy - tłumaczę i redaguję książki.

"Kocham tu przyjeżdżać", wzdycha moja córka. Studiuje i pracuje w stolicy, często mnie odwiedza. "Upadłaś na głowę?!", spytała dwa lata temu koleżanka z wydawnictwa, kiedy powiedziałam, że chcę zmienić życie, przeprowadzić się do Trójmiasta. "Starych drzew się nie przesadza, wystarczy, że się rozwodzisz", słyszę.

- Ale ja się urodziłam w Gdańsku, wracam do korzeni. Tam mam siostrę, przyjaciółki - śmieję się. Ludziom trudno zrozumieć, że kobieta może chcieć rozwodu. Po pięćdziesiątce? Wariatka.

Styczeń 2014. Siedzę w mieszkaniu mojej siostry Marty w Gdyni i zakreślam kolejne ogłoszenia. Szukam mieszkania. To za drogie, tamto za drogie.

- Może Wejherowo? - myślę głośno.

- To kawał drogi. Kto cię będzie tam odwiedzał - Marta krąży po kuchni. Trzask, wyciąga ze zmywarki talerzyki do ciasta. Trzask, wyjmuje z szafki filiżanki.

- Nie rozumiem, jak mogłaś mu oddać wszystko?! Co to jest 200 tysięcy? Po 30 latach małżeństwa masz tyle, ile miałaś na początku życia, stać cię na jednopokojowe mieszkanie - mówi wzburzona.

- Trudno - uśmiecham się.

- A Ania? A jak pojawią się wnuki? Gdzie będą spać? Nie myślisz racjonalnie - ciągnie siostra.

Wciąż się uśmiecham. Z domu na Żoliborzu wyszłam z jedną walizką. Wzięłam talerze po babci, kilim, który tata przywiózł z Chin, ubrania.

- Chcesz odejść? Proszę bardzo, ale wszystko zostaje - powiedział mąż. Złagodniał potem. - Dam ci tyle, ile miałaś przed ślubem. Pieniądze na jednopokojowe mieszkanie.

- Nie dbam o pieniądze, chcę się rozstać - rzuciłam.

Dwa miesiące wcześniej, listopad 2013. Stoję z Witkiem przed budynkiem sądu, leje. - Kawa? - pyta on. Od piętnastu minut nie jesteśmy małżeństwem. - Może być - odpowiadam miło, choć marzę, żeby uciec i zaszyć się w mieszkaniu, które wynajęłam od koleżanki. Biegniemy do pobliskiej kawiarni.

- To ma być espresso? - syczy w stronę kelnerki mój eks. Drętwieję, on się reflektuje. - Dobrze, nieważne - macha ręką.

Wbijam wzrok w filiżankę. Cały on: wieczne napięcie. Rozmowa się nie klei: co teraz, jakie plany? Zachowujemy się jak dalecy znajomi. Dopiero gdy odwozi mnie do domu, drży mu głos. Ściska mnie za rękę, oczy mu wilgotnieją. Nie chcę smutku, pożegnań. "Powodzenia, zdzwonimy się", mówię i szybko wychodzę z samochodu. Nasz rozwód nie jest rewolucją ani katastrofą. Jest sumą setek podobnych dni, zmęczenia, w końcu rezygnacji. A poza tym jestem żoną Pana Focha. Foch w sklepie, w kawiarni, u przyjaciół. Foch z powodu nie takiej szynki, nie takiego zachowania pani na parkingu, w kasie, w banku. "Idiotkaaa!", Witek z całej siły wali w kierownicę, bo ktoś zajechał mu drogę.

Dzień jest piękny, ciepły, tracę humor. "Duszę się", piszę w dzienniku, który prowadzę.

Inna scena: Ania chodzi jeszcze do liceum, uczy się w pokoju na górze, my oglądamy bonda. On na kanapie, ja w fotelu. Jak zwykle nie doczekał końca filmu, słyszę, że chrapie.

- Hej, idę do łóżka, przyjdziesz? - pytam.

- Zaraz - mruczy.

Z ulgą zasypiam sama. Noc bez seksu - szczęście. "Jestem smutnym człowiekiem", myślę często. I dalej: "Czego jeszcze mogę chcieć od życia?". Lubię patrzeć na jedno zdjęcie z przeszłości. My z Witkiem, młodzi, na Mazurach. Przed domkiem letnim, który budują moi rodzice. Mamy po 18 lat. On gra na gitarze, ja w niego wpatrzona. Związek gwałtowny, emocjonalny, pełen rozstań i powrotów. "Nie będziesz z nim szczęśliwa", powtarza wtedy mama. Nie słucham jej, wyrywam się spod jej skrzydeł, przenoszę na studia do Warszawy. Jestem młoda, piękna, zakochana. W końcu rodzice godzą się z moim wyborem, tata z zaoszczędzonych pieniędzy kupuje jednopokojowe mieszkanie na Powiślu. Witek mieszka ze mną. Po roku się pobieramy. Lata starań o dziecko, przeprowadzka do jego rodzinnego domu, życie z teściową, potem jej długa choroba, śmierć - ze wszystkim jestem sama, bo on nie pomaga.

Ogień między nami gaśnie, jednak uczucie nie przemienia się w przyjaźń. "Wszystkie tak mamy", mówią kobiety z mojego pokolenia. Ale ja wiem, że nie wszystkie. Mój tata, ideał mężczyzny, ciepły, czuły, dobry. Witek taki nie jest.

Zdjęcie z moich 45. urodzin. Grubawa, w szarej spódnicy i golfie wpatruję się w obiektyw. Nienawidzę tego zdjęcia. Wyraźne zmarszczki, opadające kąciki, ziemista cera to dowód nadchodzącej starości, tak wtedy myślę. Nawet ust nie pomalowałam. Zwyczajny dzień w zwyczajnym życiu.

"Pobudkaaa", tarmoszę Anię za ramię. Poranna próba wydostania jej z łóżka kosztuje mnie sporo nerwów. Za chwilę sunie po schodach. "Nie jem śniadania, muszę dbać o ciało", niechętnie patrzy na przygotowane jajka. Bycie matką nastolatki na lata zabiera energię. "Ewa, gdzie ręcznik!?", wrzeszczy z łazienki Witek. Najchętniej odpowiedziałabym: "Gdzieś! Zostawcie mnie w spokoju". Słyszę za to swój miły głos: "Już niosę". "Duszę się", znów notuję w dzienniku. Takie same poranki, podobnie puste wieczory. Nic mnie już nie czeka, jestem pewna.

"Potrzebuję pani, dam pani każde pieniądze", dwa lata później siedzę na spotkaniu w dużym wydawnictwie. Redaktor naczelny obiecuje złote góry. Telefon niespodziewany, bo nie szukam pracy. Znajomy znajomego mnie polecił. Na spotkaniu czuję przyspieszone bicie serca. Mam być odpowiedzialna za promowanie polskich autorów na świecie i szukać ciekawych pisarzy zagranicznych, których można będzie wydawać w Polsce.

- Po co ci nowa praca? - Witek w sekundę psuje nastrój.

- Bo to wyzwanie.

- Wyzwane na stare lata! Źle w tej?! Bezpiecznie.

- Proszę, zgódź się - kuszę pieniędzmi. Czuję narastającą irytację. On jest szefem firmy komputerowej. Nienawidzi tego, co robi, ale nawet przez głowę mu nie przechodzi, żeby coś zmienić. W końcu niechętnie kiwa głową: "Rób, co chcesz".

Wtedy jeszcze nie wiem, że można się nie tłumaczyć. Skąd mam wiedzieć? Jestem z nim od 17. roku życia.

Waszyngton, Nowy Jork, Florencja, Oslo, Sztokholm, Toronto, Berlin. Hotele, cudowne momenty, gdy chodzę sama po obcym mieście. Nie tęsknię. Za Anią też nie. Praca wywraca mi życie do góry nogami. "Ależ pani pięknie wygląda", komplementuje mnie przyjaciółka córki. "Moja mama jest ładna? Nigdy tak o niej nie pomyślałam", słyszę, jak Anka się dopytuje. Ukłucie. Za to zachwyca się sąsiadką: "Ależ ona zgrabna, niezależna. Też chcę tak żyć. Nie wyobrażam sobie skończyć jako kura domowa, która usługuje facetowi", patrzy na mnie wymownie. To właśnie tak postrzega mnie własne dziecko?!

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje