Przejdź na stronę główną Interia.pl

Kochankowie czy rywale?

Kto lepiej gotuje? Kto więcej zarabia? Kto wszystko robi w domu? No kto? Ona czy on? Złoty medal jest tylko jeden. Ale… ten, kto go zdobędzie w związku, niekoniecznie wygra. Bo lepiej jest postawić na współpracę niż na zwycięstwo. Jak pokonać rywalizację w małżeństwie – radzi terapeutka.

Usiedli na kanapie. Każde odwrócone w inną stronę. Spojrzeli na siebie wilkiem. Bogna i Adam, oboje po trzydziestce, oboje handlowcy w dużym koncernie spożywczym. Ambitni. Rodzice pięcioletniego Jasia. Przyszli, bo od pół roku zastanawiali się nad rozwodem. "Żonie już chyba na mnie nie zależy. Przychodzę do domu, mówię, że mam kontrakt na 300 tysięcy, a ona na to, że w zeszłym tygodniu podpisała taki na pół miliona. Wywyższa się - żalił się Adam. - A on ciągle mnie krytykuje! Udowadnia, że jest lepszym rodzicem!" - opowiadała z kolei Bogna.

Reklama

Krok 1: Poszukiwanie przyczyn

Skąd wzięła się rywalizacja w związku Bogny i Adama? Myślę, że "siłowanie się na rękę" w małżeństwie może mieć różne przyczyny. Po pierwsze obsesyjna rywalizacja mogła narodzić się w dzieciństwie. Z ostatnich badań wynika, że ciągłą potrzebę ścigania się z innymi - w tym także z małżonkami - mają często ci, którzy w domu rodzinnym musieli walczyć o zwycięstwo z braćmi czy siostrami (płeć nie ma znaczenia). Dr Gail Saltz (psychiatra, autorka bestselleru "Sekretne życie od podszewki") uważa, że to właśnie brat czy siostra, a nie, jak się powszechnie sądzi, rodzic, jest "prototypem partnera". Bo to z bratem czy siostrą musimy negocjować, kto ma prawo do wybrania wieczorem filmu w telewizji, kto ma pierwszeństwo mycia zębów rano? No i co najważniejsze: kto ma większe względy u rodziców. 

Wojna podjazdowa wcale nie kończy się wtedy, gdy zaczynamy samodzielne życie. Już jesteśmy nawykli do tego, że trzeba się ścigać. I to podejście do partnerstwa nieświadomie przenosimy na bliski związek. Bogna słuchała z uwagą. "Teraz widzę, jak podobna jest moja relacja z Adamem do tej, którą miałam z siostrą Dagmarą" - powiedziała. Drugą przyczyną może być niepewna samoocena. Niektórzy z nas myślą o sobie całkiem dobrze, ale wystarczy jedno krzywe spojrzenie szefowej, jeden głupi komentarz na ulicy, by ich poczucie wartości zostało zachwiane. Żeby dobrze o sobie myśleć,potrzebujemy ciągłych dostaw komplementów, zwycięstw w codziennych życiowych utarczkach. Gdy wygrywamy, myślimy: "Jestem lepszy od niej", "A jednak on do pięt minie dorasta". 

Bogna i Adam milczeli, a w końcu on się odezwał: "Rzeczywiście, byłem tak wychowywany, że lubiłem siebie tylko wtedy, gdy miałem jakieś wybitne osiągnięcia. Dziś też potrzebuję takich małych zwycięstw. Także w małżeństwie". Z trzecią przyczyną mamy do czynienia, gdy kobieta odnosi większe sukcesy od męża. Tak, wiem, że ktoś, kto czyta te słowa, krzyknie: "Co za bzdura, to szerzenie stereotypów płciowych!". Kilka lat temu Kate A. Ratliff z Uniwersytetu Florydy opublikowała w prestiżowym magazynie "Journal of Personality and Social Psychology" szokujące wyniki badań. Co się okazało? Gdy mężczyźni słyszeli, że ich partnerka odniosła spektakularny sukces w teście zdolności, ich poczucie wartości spadało. A gdy dowiadywali się, że przeciwnie, partnerka poniosła klęskę, nie czuli się gorzej. U kobiet ta tendencjanie występowała. Tak niestety nas wychowywano: To chłopcy musieli się wykazywać, zwyciężać, nie mogli być "jak baba". 

Jak wyszło na jaw, współzawodnictwo w związku Bogny i Adama nasiliło się właśnie wtedy, gdy ona otrzymała awans i dużą podwyżkę. Moi klienci rywalizowali w związku, bo pojawiły się u nich wszystkie trzy przyczyny. Na szczęście sposoby na osłabienie współzawodnictwa są uniwersalne.

Krok 2: nowe role

Im wcześniej w naszym życiu zaczęła się rywalizacja z innymi ludźmi, tym więcej pracy będziemy musieli teraz włożyć, by ją przełamać. W większości par role, jakie wobec siebie odgrywają partnerzy, zostają rozdane pod koniec fazy zakochania. Co robić, jeśli teraz, po latach, stwierdzamy, że jednak nie pasuje nam ta sztuka? Trzeba przede wszystkim uświadomić sobie, kim dla siebie jesteśmy. Bogna i Adam znali już odpowiedź: Rywalami. Kim chcemy dla siebie być, a kim nie? Te pytania wcale nie są takie oczywiste. Bogna i Adam zastanawiali się cały tydzień, nim na kolejnej sesji powiedzieli: Chcemy być kochankami. Partnerami. Przyjaciółmi. Nie chcemy już rywalizować. Uświadomić sobie, co chcemy zmienić w małżeństwie i dlaczego, to już połowa sukcesu.

Krok 3: walka poza domem

Pozbyć się wyuczonego zachowania, które na dodatek dostarczało przyjemnego dreszczyku emocji ("Ja lepszy czy ona? Uf, jednak ja!"), nie będzie prosto. Dlatego mój pierwszy sposób na "partnerstwo od nowa" jest paradoksalny. Trzeba wprowadzić rywalizację...kontrolowaną. Znaleźć takie zajęcie - poza domem - które pozwoli kobiecie i mężczyźnie ścigać się, wygrywać i mierzyć z przegraną. Arnold Lazarus, wybitny psycholog, autor "Mitów na temat małżeństwa", grywał z żoną w tenisa. Oboje byli świetnymi tenisistami. To były sety na śmierć i życie. Piłki śmigały, lał się pot. 

"O wiele ciekawiej jest walczyć z kimś równym sobie. Oboje mamy wówczas identyczną satysfakcję. Nie jest to ostra rywalizacja o niszczących konsekwencjach" - pisał. Co zamiast tenisa? Choćby wspólne wycieczki rowerowe, mecz koszykówki na podwórku (można zaangażować też dzieci), partia brydża. Bogna i Adam spróbowali paintballu. W przeciwnych drużynach, rzecz jasna. Gdy wracali do domu z bitwy, byli zmęczeni i szczęśliwi. I jak opisywali, jakoś nie chciało im się już udowadniać, że jedno jest lepsze od drugiego. Wyprowadzili rywalizację poza związek. Niech tak już zostanie.

Krok 4: wspólna misja

Trochę bardziej skomplikowana jest praca nad samooceną. To właściwie osobna terapia. Na użytek tej partnerskiej umówiliśmy się z Adamem, że zacznie zwracać uwagę na pojawiające się myśli: "Jak to jest lepsza ode mnie? Czyli ja jestem gorszy?". Gdy zaczyna czuć się mniej wartościowy jako człowiek, mężczyzna, a nawet handlowiec, ma przypomnieć sobie trzy sukcesy na każdym polu działalności. "Nie jestem gorszy, ostatnio to moja drużyna paintballowa wygrała", "Idzie mi nieźle, to prawda, że Jasiek świetnie bawi się z Bogną na jodze, ale i ze mną na basenie też miał uciechę", "Nie jestem dyrektorem ,ale jestem jednym z dziesięciu najbardziej cenionych handlowców w firmie. To już coś". Nie chodzi o to, by czuć się w życiu zawsze najlepszym. Tylko o to, by generalnie mieć poczucie: jestem wystarczająco dobry. I to jest OK.

Oboje, i Bogna, i Adam, mieli natomiast pracować nad czymś wspólnym: Poczuciem przynależności. Do dwuosobowego zespołu, jakim jest małżeństwo. Jak to robić? Czasami wystarczą drobiazgi: podczas rozmów na drażliwe tematy nie siadamy naprzeciwko siebie po dwóch stronach stołu, bo to zawsze antagonizuje. Siadamy obok siebie, na przykład na kanapie. Inny sposób: staramy się zostać dłużnikiem małżonka. Prosimy go o radę, przysługę, żeby poczuć wdzięczność i żeby on poczuł się ważny, kompetentny i doceniany. Planujemy misję. "Zastanówcie się, jakie wspólne działania sprawiłyby, że więź między wami zostałaby wzmocniona?" - zapytałam.

Bogna i Adam powiedzieli wtedy o swoim wielkim marzeniu: Wyprawie rowerami do Rumunii. Mieli opracowywać plan, wspierać siebie nawzajem. I wcale nie jest ważne, czy na tę wyprawę pojadą. Liczy się po prostu budowanie czegoś tylko we dwoje. Pojawili się u mnie ponownie po pół roku. Zrezygnowali z rozwodu. Na koniec spotkania Adam powiedział: "Zawsze sądziłem, że jeden plus jeden równa się dwa. A okazuje się, że w prawdziwym partnerstwie suma tego równania może być znacznie większa".


Sylwia Sitkowska, psycholog i terapeuta

01/2016 Twój Styl

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje