Przejdź na stronę główną Interia.pl

Japońska sztuka opłakiwania poronień

Kiedy mieszkaliśmy w Japonii, mój mąż zabrał mnie na randkę na cmentarz. Na jego obronę dodam, że to był sławny cmentarz w lesie, w którym mogłyby mieszkać Ewoki, na górze Koya. Cmentarz znanym z efekciarskich nagrobków w kształcie rakiet i filiżanek kawy.

Nie zainteresowały mnie one jednak tak bardzo, jak setki kamiennych figur Jizo, ustawionych wzdłuż brukowanych ścieżek. Te małe figurynki w czerwonych czapeczkach i śliniaczkach poświęcone są duszom dzieci nienarodzonych. U ich stóp piętrzą się zabawki i przysmaki pozostawione przez rodziców troszczących się o dzieci w życiu pozagrobowym. Czasami jakaś kobieta odwracała się, gdy podchodziliśmy do niej ścieżką. Niektóre kwiaty wciąż były świeże.

Reklama

Mój mąż, Brady i ja byliśmy na tyle młodzi, że sądziliśmy, że tragedie zdarzają się innym, nie nam. Wierzyliśmy w to przez lata, aż do dnia, kiedy trzymając się za ręce patrzyliśmy, jak technik wyłącza ekran ultrasonografu i wychodzi z pokoju. Z poronienia w 10 tygodniu nie ma ciała, nie ma też pogrzebu.

- Co mamy robić? - zapytałam lekarki.

Zapisała mi lek przeciwbólowy: - Idź do domu i wyśpij się.

Poszliśmy do domu. Nie mogłam spać. Spędziłam tydzień, miotając się po domu, który urządziłam by wyglądał jak dojo - tak wiele pamiątek przywiozłam z Japonii do Stanów. Byłam przepełniona smutkiem. Obgryzałam paznokcie i wyrywałam włosy z głowy. Miałam w sobie cały ten smutek i nikogo, z kim mogłabym go podzielić. Mój mąż Brady, nie mógł mi pomóc, sam był pogrążony w żałobie. Wiedzieliśmy, że poronienia często się zdarzają. Ale dlaczego nie było niczego, co robi się w takiej sytuacji?

- Gdyby tylko była jakaś tradycja - powiedziałam do Brady’ego.

- Jak Jizo? - odpowiedział, przypominając ten cichy dzień, który spędziliśmy spacerując po japońskim lesie cudzej żałoby.

Poczułam się, jakby ktoś wylał na mnie kojący balsam.

- Dokładnie jak Jizo.

Czego nie można kupić przez internet? Naszą figurkę Jizo dostarczono kilka dni później. Miała wysokość książki i była wykonana z cementu. Oczy zmrużone w łagodnym uśmiechu, ręce złożone do modlitwy.

Według buddyzmu nienarodzone dziecko nie może iść do nieba, gdyż nigdy nie miało możliwości zgromadzić dobrej karmy. Ale Jizo, rodzaj opiekuna poronionych płodów, może w kieszeniach przemycić te na wpół ukształtowane dusze do raju. Również on zajmuje się dostarczaniem zabawek i przysmaków, które widzieliśmy pozostawione u jego stóp na górze Koya.

Jizo jest kurierem w zaświaty.

 Brady i ja opłakiwaliśmy dziecko na różne sposoby - oba równie smutne. Jedną rzeczą, którą oboje rozumieliśmy doskonale, był Jizo - to, dlaczego musimy znaleźć odpowiedni rodzaj czerwonej przędzy, dlaczego szydełkowałam maleńką czapeczkę i płaszczyk trzy razy zanim uzyskałam odpowiedni efekt. Było dobrze mieć coś do roboty, projekt do wykonania, który zastępował dziecko, zadanie, którego nie wypełniliśmy. Kiedy Jizo był ubrany, Brady pochwalił moją robotę.

 - Gdzie go ustawimy? W ogrodzie? - zapytał.

 - Może za parę dni - odpowiedziałam, ustawiając figurkę na stole w jadalni, gdzie mogłam głaskać ją w drodze do kuchni. Mówiłam do niej. Czasami, kiedy nikt nie patrzył, całowałam  albo zabierałam do salonu, gdzie oglądałam telewizję.

Takie traktowanie figurki było szalone. Ale czułam się szalona. Hormony ciążowe wciąż krążyły w moim ciele. A może chodziło o to, że w Stanach brak tradycji pomagającej uporać się z poronieniem. Brak czegoś, co pomogłoby uporać się z żalem. Bez zdefiniowanego przebiegu żałoby, nie wiedziałam, co jeszcze mogłabym zrobić oprócz niańczenia tego kawałka betonu, jakby naprawdę mógł przenieść moją miłość w zaświaty.

Po kilku dniach trzymania Jizo w domu, doszłam do punktu, w którym byłam w stanie ustawić go na ganku, nie denerwując się zbytnio rozstaniem. Kilka tygodni później Brady przeniósł go do ogrodu na tyłach domu, gdzie pozostaje do dziś, przypominając nam o dziecku, które straciliśmy - nie tak często, by nas zasmucać, ale wystarczająco często byśmy o nim nie zapomnieli.

Sprawdzam, co u niego, kiedy idę wyrzucić śmieci. Podnoszę, gdy przewrócą go wiewiórki, zrzucam śnieg z jego czapeczki. Przez okno zauważyłam, jak Brady strząsa liście z jego śliniaczka. W rocznicę poronienia zastępuję wyblakłe ubranka nowymi, myję figurkę, całuję w główkę i z powrotem wstawiam do ogrodu.

Nie jestem pewna, czy to właściwy sposób, by radzić sobie z poronieniem. Ani nawet czy tak postępuje się z Jizo. Nie wiem, jak długo jeszcze będę szydełkować dla niego owe ubranka: może do momentu, kiedy poczuję, że już nie trzeba. Może będę to robić zawsze.

Wiem, że podobnie jak rodzice odwiedzający górę Koya, Brady i ja zawsze będziemy myśleć o dziecku, które nigdy się nie urodziło. Będziemy zostawiać mu okruchy naszej miłości, gdziekolwiek pójdziemy, mając nadzieję, że Jizo je dostarczy naszemu dziecku, gdziekolwiek ono jest.

Angela Elson

tł. I. Grelowska

 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje