Sama przyjemność
Dobre samopoczucie da się zaplanować. Ale sztuczne pompowanie hormonów szczęścia poprzez wysiłek w siłowni czy zabiegi w spa nie zastąpi poczucia zadowolenia z robienia czegoś z sercem. Najlepiej pomagają przyjemności skrojone na własną miarę.
Pamiętam młodą prawniczkę cierpiącą na silne dolegliwości nerwicowe, które pojawiały się jedynie w czasie weekendów. Uznała, że to nic innego jak odreagowanie po tygodniu pracy. Wolny czas spędzała aktywnie w siodle, ale problemy z oddychaniem i wrażenie kuli w gardle ustępowały dopiero w niedzielę wieczorem, po powrocie z klubu jeździeckiego.
Cierpiała na niedobór snu, bo w sobotę i niedzielę wstawała o świcie, żeby dojechać do stadniny. Wcześniej starannie się szykowała: dyskretny makijaż, figlarny koczek. Nie mogła wyglądać jak dziewiętnastowieczny koniuszy, bo spotykała tam wielu wpływowych i znanych ludzi, których towarzystwo - przy wykonywaniu jej zawodu - jest rzeczą pożądaną.
Na zajęciach z ujeżdżania przez cały czas bała się, że będzie najgorsza w grupie. Pociły się jej dłonie, nerwowo przełykała ślinę i tak zaciskała szczęki, że pojawiały się bóle migrenowe. Kiedy ją zapytałam, czy kocha konie, odpowiedziała twierdząco, ale dopiero po długim namyśle.
Okazało się, że źródłem stresu było dla niej nie życie zawodowe, ale to, co w założeniu miało wyciszać, dawać relaks i radość. Myślę, że ta sympatyczna i ambitna niedzielna amazonka jest typową ofiarą naszych czasów. Za wszelką cenę chce utrzymać się w siodle. Dosłownie i symbolicznie. Bardzo mało liczy się sama ze sobą. Wpędza się w różne sytuacje stresujące, forsuje i nawet nie zapyta siebie: czy mi to sprawia przyjemność? Dlaczego robię coś, co właściwie nie jest do końca miłe?
Poczucie, że inni uznają mnie za kogoś, kto odniósł sukces zawodowy, towarzyski, finansowy, bardziej się dla mnie liczy niż subiektywne poczucie zadowolenia z własnego życia. Wszystko musi być osiągnięciem. Również sposób relaksowania się. Stadnina jest glamour, działka jest dla retrodziadków. Nordic walking jest na topie, a sękaty kijek w górach to oznaka pustego portfela.
Zabawa nie jest już po to, by bawić i odprężać. Często ma nam pomóc pochwalić się, coś zamanifestować: zamożność, dobrą pozycję zawodową. Może być ucieczką od bliskich albo rekompensować ich brak. Zastępuje więzi, maskuje uczucie pustki.
I ten nieznośny kult rozwijania się. Doskonalenia się w wolnym czasie. Jakim wolnym? Wolnego czasu już nie ma. Jeśli go mamy, to oznacza, że albo brak nam pieniędzy, albo towarzystwa. Już nie można poleżeć na sofie na dowolnie wybranym boku. Albo iść przed siebie wcale nie w nordyckim stylu, tylko tak po polsku, gdzie oczy poniosą, jak bywało za dawnych lat.
Przymus doświadczania nowych rzeczy zlikwidował czas na stare przyjemności. Uważajmy na wszystkie modne sposoby wypoczynku. To, co trendy, nie zawsze jest dla nas przyjemne i zdrowe. Zmieniamy tylko dekoracje - z tych zawodowych na bardziej sielskie.
Wirówka relaksu
Koleżanka chodzi na basen i ściga się z przyjaciółką, ale traktuje to poważnie, na zasadzie rywalizacji. Dużą wagę przywiązuje do wyniku. Pływanie przestaje być przyjemnością.
Kiedy jest druga na mecie, okazuje niezadowolenie. Wchodziła do basenu z przyjaciółką, wychodzi z rywalką. I to przykre poczucie, że albo jest gorsza, albo nie dała z siebie wszystkiego. Zamiast regeneracji doświadczyła tylko niemiłych emocji. A miało być przyjemnie.
Co można zalecić? Wyjść z wody i przerzucić się na bieganie. Bez towarzystwa i stopera. Albo pływać samotnie. I nie wiązać sportowego zadowolenia z ważeniem się po każdym wysiłku. Gdy patrzę na kobiety - które po intensywnej pracy biegną do siłowni i tam, jak na taśmie w fabryce, ramię w ramię, w pocie i piekielnym zmęczeniu ćwiczą, porównując figury - myślę, że niekiedy mają z tego więcej szkody niż pożytku. Można być wygimnastykowaną, rozciągniętą oraz wymasowaną i nadal ciężko stąpać po ziemi, kulić się po kątach i mieć chroniczne nerwobóle.
Pracujemy na wysokich obrotach i nawet nie myślimy, żeby zwolnić po godzinach. Wiele kobiet to psychiczne kaskaderki uzależnione od współzawodnictwa, brawury, ryzykownych decyzji. Tego samego poszukują w czasie wolnym. Wszystko mniej ekstremalne wydaje się nie tyle nudne, co nieznośne i przykre. Pasje wzmacniają rywalizacyjne zachowania. To, co ma nas odstresować, nie tylko nie zmniejsza napięcia, ale pogłębia uzależnienie od niezdrowej stymulacji. Rozrywka traktowana jako zadanie szkodzi. A po przyjemności ani śladu.
Artykuł pochodzi z kategorii: Jak żyć
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
Reklama
Wasze komentarze (25)
-
31.10.2011 (17:08)jestem stala czytelniczka PANi...przede wszystkim ze wzgledu na madre pouczajace artykuly Zyty Rudzkiej....teraz widze jak zaczytuja sie w nich moje dzieci ..dorosly syn i corka...dzeikuje Pani Zyto za nauke zycia..krystyna z Opola
-
06.10.2011 (16:15)~PSzkola, studia, praca, dom, samochod, rodzina, tasmociag do odchudzania. Jak juz sie to wszystko ma to wreszcie mozna umierac.
no zapomnialas o basenie z drewnianymi lezaczkami i o boskich umiesnionych opalonych facetach -
-
06.10.2011 (16:13)~healer~AniaDrogie Panie ja też tak kiedyś robiłam, zaraz po pracy biegłam na siłownię, bo tu i ówdzie zaczął mi się zbierać tłuszczyk, nie było czasu na rozmowę z córką i mężem, przychodziłam zmęczona i z wyrzutem sumienia, że znowu nie miałam dla nich czasu. Ale pewnego dnia powiedziałam dość! I teraz robię co lubię, przychodzę z pracy mam czas pogadać z rodziną, zdrzemnąć się, poczytać książkę, albo zwyczajne uwalić się na kanapie i pooglądać telewizję, a tłuszczyk niech sobie rośnie, jeżeli mojemu mężczyźnie to nie przeszkadza i nadal jestem dla niego atrakcyjna to czym się przejmować ! Dziewczyny korzystajcie z przyjemności tak jak chcecie!!oh no to dokladnie tak jak u mnie :)))
-
06.10.2011 (15:07)Szkola, studia, praca, dom, samochod, rodzina, tasmociag do odchudzania. Jak juz sie to wszystko ma to wreszcie mozna umierac.
-
06.10.2011 (14:03)~AniaDrogie Panie ja też tak kiedyś robiłam, zaraz po pracy biegłam na siłownię, bo tu i ówdzie zaczął mi się zbierać tłuszczyk, nie było czasu na rozmowę z córką i mężem, przychodziłam zmęczona i z wyrzutem sumienia, że znowu nie miałam dla nich czasu. Ale pewnego dnia powiedziałam dość! I teraz robię co lubię, przychodzę z pracy mam czas pogadać z rodziną, zdrzemnąć się, poczytać książkę, albo zwyczajne uwalić się na kanapie i pooglądać telewizję, a tłuszczyk niech sobie rośnie, jeżeli mojemu mężczyźnie to nie przeszkadza i nadal jestem dla niego atrakcyjna to czym się przejmować ! Dziewczyny korzystajcie z przyjemności tak jak chcecie!!





















Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
RealCare Baby - co to takiego?
Piękna i bestia