Przejdź na stronę główną Interia.pl

Nigdy nie jest za późno

Czyli dobrze jest rozpisać sobie plan: żeby nie zgłupieć na starość, pójdę na studia, zostanę wolontariuszką, wezmę się za siebie.

Reklama

- W psychologii powiada się, że najważniejsze cele rozwojowe osiągamy niejako przy okazji. Są one produktem ubocznym naszej aktywności: gdy dążymy do mistrzostwa czy do sprawności w jakiejś dziedzinie, a nie do sukcesu. Coraz więcej wiadomo o tym, jakie pożytki wynikają z samego działania, coraz więcej też wiemy o ciemnych stronach dążenia do sukcesów. Musimy się więc wyzwolić spod presji krytycznego "oka, które patrzy", czyli uniezależnić się od ocen innych ludzi. Musimy przestać myśleć, że inni cenią nas wyłącznie za zwycięstwa.

To trudne. Wydaje mi się, że w naszej kulturze funkcjonuje sporo uprzedzeń utrudniających rozwój.

- Prawda. Słyszymy przecież: "stary malutki" albo "dzidzia piernik". Presja zachowania odpowiedniego dla wieku jest silna i większość ludzi jej ulega, bo postawy nieodpowiednie, sprzeczne ze stereotypami są dość powszechnie krytykowane. Sam niedawno złapałem się na takich myślach.

- Spacerowałem po sopockim Monciaku i zobaczyłem panią, na oko pięćdziesięcioletnią, ubraną w marynarski mundurek i podkolanówki. Natychmiast przyszło mi do głowy, że uciekła z przedszkola. Po chwili zganiłem sam siebie za to ocenianie - bo co mnie to obchodzi? To jej sprawa, jeśli chce tak się ubierać, przecież nic mi do tego. Inny przykład: od lat jeżdżę na rolkach. I kiedy tak sobie śmigam, często zaczepiają mnie ludzie znacznie młodsi ode mnie. I pytają, czy ja się nie krępuję, bo oni też by tak chcieli, ale boją się wygłupić, wstydzą się.

I co im pan odpowiada?

- Żeby kupili rolki i spróbowali. Jeśli sami poczują, że się wygłupiają, zawsze mogą je oddać córce albo wnukowi, ale jeśli zacznie im to sprawiać przyjemność, niech jeżdżą. I tyle. Znajoma pani około pięćdziesiątki marudziła ostatnio, że chciałaby pływać, ale że już się raczej nie nauczy. A dlaczego? - pytam. Dlaczego miałaby się nie nauczyć? W tym przypadku nie ma barier wiekowych, są tylko bariery w głowie, umacniane przez wszechobecną presję młodości.

- Warto zdawać sobie sprawę, że to, co nam się wydaje odpowiednie lub nieodpowiednie do wieku, zmienia się w zależności od momentu historycznego i od kultury, to nie są uniwersalne wytyczne. W Polsce lub na Białorusi jazda na rolkach lub noszenie w dojrzałym wieku stroju marynarskiego może być uznane za nieodpowiednie, ale już w Szwecji czy w Finlandii pogląd na tę sprawę będzie inny.

Czyli nie jest do końca tak, że rodzimy się optymistami, którzy chętnie uczą się jazdy na rolkach w dojrzałym wieku, albo pesymistami, dla których zawsze jest za późno?

- Związek między wrodzonymi cechami ludzi a ich postępowaniem jest naprawdę bardzo słaby. Nasze zachowanie zawsze jest modyfikowane, a nader często wyznaczane przez sytuację. Dowodem na to może być eksperyment, który przeprowadzono na grupie kleryków, którzy szli na nabożeństwo do kościoła. Na ich drodze leżał człowiek, który pozorował omdlenie. Gdy młodzi duchowni mieli dużo czasu do mszy, rzucili się na pomoc. Jednak gdy tego czasu było mało i ryzykowali, że się spóźnią, przechodzili nad leżącym i szli do świątyni. Konkluzja jest prosta i optymistyczna: charakter nie jest naszym fatum. To my decydujemy, czy będziemy chcieli żyć pełnią życia, czy poddać się i powiedzieć, że jest już na to za późno. Lepiej zatem nie zastanawiać się nad cechami, a raczej nad sytuacjami i nad klimatem, który sprzyja (bądź szkodzi) optymizmowi i rozwojowi.

A jaki klimat zabija nasz optymizm?

- Na pewno taki, który jest nacechowany nieufnością. Nieufnością wobec samego siebie i nieufnością wobec innych. To słaba strona naszego społeczeństwa. Tylko cztery procent naszych rodaków uważa, że można zaufać drugiemu człowiekowi. W Danii tak myśli 80 procent. Nieufność sprawia, że ludzie nie kontaktują się ze sobą, nie znają się, nie rozmawiają, mieszkają w jednym bloku dziesięć lat i nic o sobie nawzajem nie wiedzą. Dlatego tak trudno nam też budować wielopokoleniową sieć, o której wcześniej wspominałem.

- Tworzenie klimatu korzystnego dla własnego rozwoju wymaga przełamania nieufności, wtedy obawy, że ktoś mnie skrytykuje, wyśmieje, strach przed tym, że się wygłupię lub zachowam nieodpowiednio do wieku - znikają. Gdy sobie zaufamy, zaczniemy dopuszczać możliwość, że ten drugi człowiek jest po prostu inny i ta jego inność nie jest dla mnie groźna. Dzięki temu nam wszystkim łatwiej będzie wyłamywać się ze schematu dzidzi piernik czy staruszka.

Tylko jak pracować nad takim powszechnym zaufaniem?

- Warto sobie na początek uświadomić, że to nie kontrola jest następstwem nieufności, tylko nieufność wynika ze wzmożonej kontroli. W naszym kraju mamy tyle samo licencjonowanych ochroniarzy, co nauczycieli, a przecież są jeszcze nielicencjonowani. Podczas zajęć ze studentami często mówię: wyjdźcie na korytarz i się rozejrzyjcie. Ile widzicie kamer? A ile systemów zabezpieczeń, ilu ochroniarzy? Nic dziwnego, że potem montujemy we własnym mieszkaniu dziesięć zamków w drzwiach, sztaby i łańcuchy i obawiamy się rozmawiać z własnymi sąsiadami.

- Tę samą nieufność wpajamy też naszym dzieciom i schemat się powiela. Jeśli chcemy, aby wokół nas panował klimat bardziej sprzyjający otwartości, rozwojowi, akceptacji drugiego człowieka - a co za tym idzie, by mniej było pesymistów, dla których na wszystko jest za późno, trzeba zacząć od wychowania następnego i kolejnego pokolenia.

Mógłby pan podać jakieś wytyczne?

- Działając często w dobrej wierze, całkowicie separujemy dzieci od starości, choroby, śmierci, inności. Bo mogłoby je to zranić albo mogłyby sobie z tym nie poradzić, krótko mówiąc, mogłoby to negatywnie wpłynąć na ich rozwój. Przeczą temu choćby osiągnięcia profesor Anny Brzezińskiej z Poznania, która pracuje z dziećmi ze szkół wiejskich i z ich rodzinami. Organizuje dla nich zajęcia, które angażują nie tylko najmłodszych, ale i ich rodziców oraz dziadków.

- Okazuje się, że dzieciaki, które mają międzypokoleniowe kontakty, są spokojniejsze, zaczynają się lepiej uczyć, jednym słowem ma to na nie bardzo dobry wpływ. Oczywiście takie rozwiązania nie są jeszcze powszechne, uważam jednak, że to dobry kierunek. Możemy też dzieciom zapewnić kontakty z dziadkami, ze starszymi sąsiadami. Dzięki temu wyrosną z nich dorośli, którzy nie będą uważać, że ktoś jest na coś za stary albo zbyt niedołężny.

- Jest też przykład przeciwny: propozycji, aby na standardowe zajęcia na uczelni zapraszać także uczestników uniwersytetu trzeciego wieku, gwałtownie sprzeciwili się młodzi studenci. Dla nich emeryt na studiach to ktoś nie na miejscu, lepiej niech siedzi w fotelu przed telewizorem albo bawi wnuki. No ale przecież nie bierze się to z niczego. W Polsce do niedawna w ogóle nie było można podjąć studiów dziennych po ukończeniu 35. roku życia. Teraz się to szczęśliwie zmieniło.

I miał pan profesor takich studentów?

- Oczywiście! Było nawet tak, że na jednym roku miałem matkę i córkę.

I kto był lepszy?

- Moim zdaniem matka. Była solidniejsza, bardziej pracowita. Ale takie sytuacje są raczej wyjątkiem, nie regułą. Ktoś kiedyś powiedział, że w Polsce różne pokolenia spotykają się tylko z okazji Bożego Narodzenia, no i ewentualnie pogrzebów. A i to w rodzinie. Relacje niespokrewnionych ludzi, których dzieli duża różnica wieku, są traktowane podejrzliwie. Sam tego doświadczam. Mam sporo młodszą od siebie przyjaciółkę, znawczynię i entuzjastkę ogrodów. Jest moją przewodniczką po świecie roślin ozdobnych. Widzę jednak, gdy czasem gdzieś idziemy we dwoje przez ogrody, że towarzyszą nam niezbyt życzliwe spojrzenia. Bo ludziom w głowach się nie mieści, że osoby w tak różnym wieku mogą mieć wspólne zainteresowania.

Czy zdaniem pana profesora życie kogoś, kto nigdy nie mówi: "dla mnie już na to za późno", to definicja szczęścia? 

- Ludzie rzadko są szczęśliwi, raczej szczęśliwi bywają. Szczęście przychodzi, gdy nie ulegamy pragnieniom nazbyt wygórowanym. Kiedy nie jesteśmy nazbyt chciwi i zachłanni. Jeśli potrafimy przyjąć do wiadomości, że nie można ani chcieć wszystkiego, ani mieć wszystkiego. Wtedy osiągamy ten upragniony wewnętrzny spokój. I potrafimy cieszyć się z tego, co osiągalne.

Czy możemy podsumować naszą rozmowę stwierdzeniem, że nigdy nie jest za późno na realizację najważniejszych życiowych celów?

- Nie możemy. To każdy musi odkryć sam na własny użytek.

Rozmawiała: Justyna Bielinowicz

-----

Prof. Wiesław Łukaszewski jest psychologiem, szczególnie interesuje się osobowością oraz motywacją. Wykłada na sopockim wydziale Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.

Twój STYL 3/2015


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje