Lustro prawdy
Znany aktor Jan Frycz śmieje się, że słowo "autorytet" przywodzi mu na myśl Macieja Dobrzyńskiego z "Pana Tadeusza" Adama Mickiewicza.
Oczami wyobraźni widzi od razu mędrca z zaścianka, do którego sąsiedzi przychodzą po radę. - Brodaty starzec siedzący na przyzbie - tak sobie mały Jaś wyobrażał kogoś, kto znał odpowiedzi na każde pytanie. Tylko dziś są inne czasy i nie ma już ludzi, którzy wiedzieliby wszystko.
On sam ma w sobie wrodzoną nieufność do autorytetów. Zawsze był przekorny. - Gdy chodziłem do liceum, panowała moda na czytanie Jamesa Joyce'a. Koledzy pytali: - A "Ulissesa" znasz? Nie? No i o czym będziemy rozmawiali?". To wystarczyło, żebym wtedy Joyce'a przeczytał bardzo pobieżnie. Żyję dostatecznie długo, aby zobaczyć, jak wielcy bohaterowie mojej młodości tracą na wartości. Tylko nowych jakoś nie widać.
Frycz nie pamięta zresztą, kto był dla niego wyrocznią w dawnych czasach. Rodzice? - Mój ojciec był inżynierem górnictwa. W szafie wisiał paradny mundur, który wkładał od święta. Kiedy jechał w delegację na Śląsk, zabierał mnie ze sobą. Strasznie mi to imponowało, zwłaszcza gdy był w swoim mundurze. Do dziś pamiętam to uczucie dumy.
Na studiach w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie jego profesorami byli ludzie z wielkimi nazwiskami, ale on przeszedł drogę typową dla młodych buntowników. Do drugiego roku słuchał ich z zapartym tchem, by tuż przed dyplomem zanegować to, czego się nauczył. Późniejsze doświadczenia też wyleczyły go z bezkrytycznego stosunku do sław.
Bywały sytuacje, że marzył o tym, aby spotkać się z kimś konkretnym na planie. Często kończyło się to wielkim rozczarowaniem. Choć nie należy do osób walczących ze współpracownikami, nie uważa, że wszystko wie lepiej.
- Na czas pracy oddaję się w ręce reżyserów. To oni mają mieć wizję i pomysł. Ja daję im swoje zaufanie, wsłuchuję się w to, co mówią. Staram się być lojalnym wykonawcą projektu. Z wiekiem nauczył się oceniać, z kim warto wybrać się w zawodową podróż. Podkreśla, że nie lubi szufladkowania i nie robią na nim wrażenia etykietki: "wybitny", "uznany za granicą" i inne tego typu chwyty marketingowe.
Szansę mają u niego nawet debiutanci. Kiedy dzwonią i onieśmieleni proszą o rozmowę, nie odkłada słuchawki. Zawsze proponuje spotkanie. Musi młodego człowieka zobaczyć, ocenić, sprawdzić, jak mu oczy błyszczą. Czy zwariuje, jeśli nie zrobi tego projektu. - Gdy widzę przed sobą zapaleńca i romantyka, nie waham się. Sekunduję wielu młodym. Cierpię, gdy wiem, że mają energię, talent, doskonały scenariusz, ale brakuje im pieniędzy. I z miesiąca na miesiąc uchodzi z nich powietrze.
Czy jest dla nich autorytetem? - Broń Boże, ja się do tego nie nadaję! Nie mam takich ambicji. Nasze pokolenie uważam za strasznie pokręcone. Historia i różne traumy na to się nałożyły. Ja bardzo cenię młodych, na przykład Adama Małysza. Za cierpliwość i konsekwencję, systematyczny wysiłek. Za moich czasów bywało tak: człowiek w oszołomieniu wylatywał w kosmos i za chwilę kończyło się bolesnym upadkiem.
Kiedy upieram się, że przecież musi być ktoś, komu ufa w sprawach zawodowych i którego opinia ma dla niego znaczenie, po namyśle przyznaje, że rzeczywiście jest ktoś taki. Stanisław Radwan, krakowski kompozytor, były dyrektor Starego Teatru, wiele lat związany z Piwnicą pod Baranami. Frycz podkreśla, że łączy ich wyjątkowa więź.
- Po prostu lubię, jak siedzi na widowni podczas prób. Może się nawet nie odzywać, tylko obserwować. Obecność pana Stasia daje mi gwarancję, że wszystko się uda. On ma taką wiedzę i intuicję, że nawet jego milczenie oznaczające akceptację przyjmuję za dobry znak. Wiem, że nie jestem jedyny w teatrze, który tak czuje. Po próbie pytam go, jak było, a on macha ręką, że OK. Oddycham z ulgą - będzie dobrze!
Jan Frycz często jeździ z Krakowa do Warszawy pociągiem. Raz przypadek sprawił, że usiadł obok znanego profesora, fizyka kwantowego. - Fizyka to odległa dla mnie dziedzina. A po trzech godzinach spędzonych na słuchaniu o reakcjach jądrowych pomyślałem z dumą: "No cóż, ja też się na tych kwantach całkiem nieźle znam!". Bo profesor ani przez chwilę nie dał mi odczuć, że jestem ignorantem. Opowiadał o zawiłych sprawach tak prostym, klarownym językiem, że rozmawiałem z nim jak równy z równym. Podobnie czułem się w towarzystwie profesora Andrzeja Szczeklika, wybitnego kardiologa i pisarza, medyka, a zarazem humanisty. Myślę, że na tym polega prawdziwa wielkość.
Czasem chciałby uszczknąć coś od osób, które miał szczęście spotkać. Od Wisławy Szymborskiej umiejętność zachwytu nad codziennymi, prozaicznymi rzeczami. I trochę jej spokoju pozwalającego na wyłączenie się z biegu, dystans do świata.
- Sztuka życia to rzadki dar, który z biegiem czasu zdecydowanie cenię sobie najbardziej. Bardziej nawet od zawodowych sukcesów. I właśnie ci ludzie, którzy potrafią dobrze żyć, patrioci, są dla mnie wzorem.
Maria Barcz
PANI 7/2010
Artykuł pochodzi z kategorii: Jak żyć
-
Wasze komentarze
Polecamy
Reklama
Wasze komentarze (10)
-
27.07.2010 (12:22)przecież ten caly związek z Dodą to czysty PR, ona już szuka bardziej wpływowego, on wygodnie mieszka sobie w jej apartamencie w Warszawie. oboje wiedzą, że to tymczasowo. na potrzeby mediów.
-
27.07.2010 (12:20)Nergal,światowa gwiazda Black Metalu ? No ja przepraszam,ale BM wyklucza gwiazdorstwo (cokolwiek przez ten termin rozumiemy).Druga sprawa,szufladkowanie tego co obecnie tworzy ów pan jest nie na miejscu.
-
-
27.07.2010 (12:06)
-
27.07.2010 (11:56)~PoganKoło Adama (wstyd pomyśleć, że to był kiedyś Nergal) na tym zdjęciu powinien stać Biedroń (ten od walki z homofobią), ładnie by razem wyglądali. To kaszana, że facet z metalowej kapeli udziela wywiadu dla magazynu Pani. Niedługo będzie pozował do Playgirl. Nergal ... robisz wstyd metalowcom. Zastanawiam, się czy kupować nadal płyty Behemotha ( chyba raczej Behe-ciotha), bo nie lubię damskiej muzyki.
zgadzam się calkowicie z Tobą..nie słucham takiej muzyki ale oprzez skorę czuję , że to troche obciach dla fanów..może mu minie,miłośc jest wielka ale i slepa.jak troche odpuści to się poprawi.może nie bądźmy tak surowi.to tylko miłość:)ktora z lwa robi kociaka.. -
27.07.2010 (11:23)



















Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
RealCare Baby - co to takiego?
Piękna i bestia