Przejdź na stronę główną Interia.pl

Kto dzisiaj sprząta?

Pierze i gotuje. Froteruje i prasuje. Robot? Nie, Polka. Bo mama ją tak wychowała. Bo ona to zrobi najlepiej. Bo mąż się do „babskich” prac nie nadaje. Kiedyś nawet we dwoje umawiali się na partnerstwo, na podział obowiązków, ale i tak w końcu on ląduje z pilotem na kanapie, a ona buntuje się tylko czasami. Czy można wyrwać się z kieratu obowiązków domowych. I ile się za to płaci?

Damskie obowiązki

Olga ma 46 lat, jest mężatką od dwudziestu. Pracuje jako agentka nieruchomości, ma troje dzieci (19, 16 i 9): Przestałam dawać radę trzy lata temu. Któregoś wieczoru, gdy jednocześnie zajmowałam się córką chorą na anginę i synem, który nie radził sobie z lekcjami, nie wytrzymałam. "Mógłbyś schować stertę naczyń do zmywarki?!", nawrzeszczałam na męża. Wymamrotał: "Mnie ta sterta nie przeszkadza". Zaczęłam kląć, a potem jak zwykle zamilkłam i zaczęłam sprzątać. Ale tym razem milczałam do czasu.

Jak było w domu?

Reklama

Pochodzę z rodziny siłaczek. Z dzieciństwa zapamiętałam kuriozalną opowieść mamy o prababci tak twardej, że podczas sianokosów nie zeszła nawet z pola, by urodzić dziecko, więc przyszło na świat na rżysku.

"Jesteśmy silne", powtarzała mi matka, księgowa. Właśnie taka była. Miałam siedem lat, gdy podczas zabawy stłukłam w drzwiach szybę. Mama wzięła drzwi na plecy i zaniosła do szklarza. Nie czekała na ojca. Zamiast jego pomocy wolała pochwały. "Moja Grażynka to skarb", powtarzał. W duchu z niej szydziłam. Pech chciał, że zakochałam się w facecie, który miał zasadę: "Przewróciło się, niech leży". Zupełnie jak mój tata.

Kiedy zaczęłam wyręczać męża?

Gdy poznałam Darka, nie miało znaczenia, że potrafi ugotować jedynie jajka na twardo, ważne było, co mówi i jak na mnie patrzy. W moim domu podział obowiązków od początku był jasny: ja wszystko, mąż: prawie nic. Tak jakoś wyszło naturalnie. Jeszcze wtedy uczyłam w szkole do 15, a od 16 zaczynałam drugi etat w domu. Nie było nas stać na ładne meble, więc chciałam, żeby chociaż było czysto. Nadrabiałam dodatkami - szyłam na maszynie zasłony. Zachowywałam się tak, jakbym wierzyła, że na dobre życie trzeba zasłużyć, piorąc, zapalając w domu zapachowe świece.

A mąż? Był dźwiękowcem, łapał fuchy w telewizji, nie chciałam mu zawracać głowy "przyziemnymi sprawami". Nie pozwalał mi jedynie wynosić śmieci. Jednak z czasem coraz rzadziej miał na to ochotę: worki wystawiał na balkon. Śmierdziało, wstyd przed sąsiadami, więc gdy go nie było, targałam je do śmietnika. Przez lata nie negocjowałam podziału obowiązków. Błąd, bo dopóki była między nami chemia, na więcej można było go namówić.

Pamiętam drugą Wigilię po urodzeniu dziecka. Zaprosiliśmy dwanaście osób, głównie z rodziny męża. Darek umył okna i przyniósł choinkę, ja zrobiłam resztę: posprzątałam, udekorowałam, wyprasowałam, ugotowałam kilka dań, kupiłam prezenty, nakryłam do stołu, jednocześnie zajmując się dzieckiem. Ze zmęczenia nie byłam w stanie niczego przełknąć.

- "Chyba nie za wiele pomogłeś żonie? - zapytała Darka siostra. - Ja pracuję, a Olga ma urlop macierzyński - odpowiedział. Po chwili dodał: - Z damskich obowiązków nadaję się tylko do wynoszenia śmieci".

Damskie obowiązki... Nie odpowiedziałam nic. Niedługo potem dzięki pensji Darka kupiliśmy większe mieszkanie. Urodziłam drugie dziecko. Byłam wdzięczna mężowi, gdy co którąś noc wstawał do syna. A że nie chciał przewijać ani kąpać, bo twierdził, że nie potrafi? "Kobiety dają, mężczyźni biorą", mówiła mi matka.

Pierwszy kryzys miałam po trzecim dziecku. Nawet budziłam się zmęczona. "Ja haruję, zarabiam, a ty jeśli nie chcesz, to nie rób", mówił, gdy prosiłam: "Pomóż mi". Ale potrafił też być czuły. Dodawał otuchy, gdy postanowiłam nie wracać do szkoły, tylko zatrudnić się w biurze nieruchomości. Od tego czasu bywały miesiące, że wychodziłam z pracy później niż mąż i przynosiłam więcej pieniędzy niż on. Ale w domu nie miałam taryfy ulgowej. Sama sobie też jej nie dawałam. Nie chciałam, żeby dzieci wychowywały się w zaniedbanym domu.

Kiedy przyszła refleksja?

Zanim w nocy z ciśnieniem 210/120 zabrała mnie karetka, radziłam sobie coraz gorzej. Byłam jak automat, który wieczorami powtarza wciąż te same pytania i nie oczekuje odpowiedzi: "Czy możesz po sobie sprzątnąć?", "Zapłaciłeś za internet, wziąłeś leki na cholesterol?", "Tyle razy prosiłam cię, żebyś nie chlapał".

Któregoś wieczoru zobaczyłam, jak syn zostawia na komodzie folię po parówce i wychodzi z pokoju. Wściekłam się, ale sprzątnęłam. Niedzielne wieczory spędzałam na gotowaniu pożywnych bulionów. Zamykałam je w słoikach, żeby każdego następnego wieczoru robić z nich inną zupę.

Czułam się brzydka. Manikiur robiłam w samochodzie. Kilka razy usłyszałam od Darka: "Stałaś się zimna". "A jaka mam być, skoro całą energię wysysa ze mnie rodzina?", myślałam. Ale miałam wyrzuty sumienia.

Na zebraniu klasowym zadeklarowałam, że na tłusty czwartek usmażę dla uczniów pączki. 26 sztuk. Stałam przy kuchni do trzeciej w nocy. Lekceważyłam szum w uszach i uderzenia gorąca. Gdy szłam spać, niemal zemdlałam, wpadłam na ścianę. "Coś ze mną nie tak!", krzyknęłam do Darka. Wezwał pogotowie. "Niedobór żelaza, skoki ciśnienia, musi być pani permanentnie przemęczona", usłyszałam od lekarza.

Zatrzymali mnie tydzień na obserwacji. W szpitalu zaczynałam układać nowy podział obowiązków. Darek odwiedzał mnie codziennie. Za każdym razem w nowej koszulce. "Dla kogo się tak stroisz?". "Musiałem kupić nowe rzeczy. Wiesz, że nie umiem robić prania". Przy wypisie lekarze przepisali leki, postraszyli wylewem, zalecili: "Ma się pani oszczędzać, wziąć wolne w pracy". Spróbowałam. "Nic nie rób", słyszałam od rodziny przez pierwszy tydzień. Mąż zabrał mnie na weekend do hotelu za miasto. Po powrocie córka próbowała gotować, Darek sprzątać. Po siedmiu dniach wszyscy mieli dosyć przypalonych naleśników, a mieszkanie przypominało wysypisko śmieci. Musiałam wrócić do gry.

Zrobiłam listę z podziałem obowiązków: młodsze dzieci sprzątają po sobie, bez szemrania kąpią się, jedzą i myją zęby. Starsza córka pomaga mi gotować. Mąż odkurza, myje podłogi, łazienkę, odkłada po sobie wszystko na miejsce. Trudno jednak wyplenić wieloletnie nawyki. Lista wisiała na lodówce. Co z tego, skoro po paru dniach nikt nie zwracał na nią uwagi. "To może poczekać do jutra", tłumaczył Darek, gdy prosiłam, żeby wyjął z pralki pranie.

Raz w tygodniu przychodziła pani, żeby odkurzyć i umyć podłogi. Ale gdy dzieci wbiegały w buciorach do domu, za chwilę znów robił się bałagan. Co mogłam robić? Wrzeszczeć? Nie chciałam dostać wylewu.

Gdy słyszałam, jak Darek krzyczy na syna przy odrabianiu lekcji, prosiłam, żeby wyszedł, i siadałam przy dziecku. Kiedy nie włożył córce czapki, wiedziałam, że od jutra muszę ich pilnować. Nauczyłam się chodzić po domu, patrząc w jeden punkt przed sobą, żeby nie widzieć bałaganu. "Powinnaś zrezygnować z pracy i zająć się domem", zaproponował mąż. Zaczęłam się śmiać: "Nie rozumiesz?! Praca to dla mnie odpoczynek!".

Jak wyglądał nowy podział obowiązków?

Uczyłam się odpuszczać. Sos wylał się w lodówce? Powstrzymywałam się, żeby nie zetrzeć. Po dwóch dniach zaczynał śmierdzieć, ale trzeciego zniknął. Jednak ktoś sprzątnął. Śmieci przestawały mieścić się w kuble? Wstawiałam worek do pokoju dzieci. "Mamo, zwariowałaś?", słyszałam. Ale po chwili któreś schodziło na dół.

Darek co drugi dzień gotował penne albo spaghetti. Gdy wołał dzieciaki do stołu, leciały na łeb, na szyję. "Tato, ale pyszne". Gdy ja robiłam dwudaniowy obiad, nie mogłam się ich doczekać. Wzięłam na siebie to, co lżejsze: robienie listy zakupów, obiady co drugi dzień, odrabianie lekcji, zawożenie córki na gimnastykę korekcyjną, syna na konie, czytanie bajek na dobranoc, zebrania w szkole, szykowanie śniadań, pilnowanie wizyt u lekarza. No i duperele: pamiętanie, że dziecko ma wziąć strój na WF, lek na odporność. Dużo? Mniej niż kiedyś.

Rodzina dba, żebym się nie przemęczała, więc pewne rzeczy załatwiam, gdy oni śpią. Przecieram lustro w łazience, umywalkę, krany. Zasypiam spokojniejsza. Wszyscy wokoło mówią mi, że za dużo na siebie wzięłam. Ale ja nie do końca się z tym zgadzam. Nie osiągnęłam przecież nic wielkiego. Gdy porównuję się z kobietami sukcesu, które widzę w telewizji, myślę, że moja choroba nie wynikła z przepracowania, ale z tego, że jestem gorzej zorganizowana. I słaba.

Tu znajdziesz specjalny e-book świąteczny, a w nim wiele przydatnych rad jak sprawić, by święta były radosne i... spokojne

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje