Przejdź na stronę główną Interia.pl

SHOW - magazyn o gwiazdach

Robert Makłowicz: Zdradzę pani...

​Dlaczego jest za legalizacją marihuany? I co sądzi o muzyce disco polo? Takiego Roberta nie znacie!

SHOW: Właśnie ruszył program "Makłowicz w drodze". To nowy etap zawodowy czy kontynuacja tego, co robił pan przez ostatnie lata?

Reklama

Robert Makłowicz: W sensie merytorycznym to kontynuacja. Trzeba jednak zauważyć, że kiedy 20 lat temu zaczynałem, żyliśmy w nieco innym świecie. Internet był jeszcze w powijakach, zagranica, nawet bliska, wydawała się wielu nieosiągalna, cała masa produktów była w Polsce niedostępna. A dziś kupić można niemal wszystko. Kiedyś ludzie oglądali moje opowieści o nieznanych lądach, dziś szukają wskazówek i podpowiedzi do własnych wojaży. 

Najciekawsze miejsce, które z programem "Makłowicz w drodze" pan odwiedził? 

- Zależy dla kogo. Dla jednych najciekawsze jest to, czego jeszcze nigdy nie widzieli, co wydaje im się zaskakujące, zdumiewające, nietypowe. Dla innych bardziej interesujące będzie odkrycie czegoś nowego w kręgu kulturowym, w którym funkcjonują. To jest mi bliższe. Doceniam uroki egzotyki, ale też wiem świetnie, że niekoniecznie trzeba wsiąść w samolot i przemierzyć pół świata, aby znaleźć coś fascynującego. 

Opanował pan już lęk przed lataniem? 

- Już dawno. 

Jak pan to zrobił?

- Kiedyś spożywałem w nadmiarze różne napoje wyskokowe, co jednak jest metodą dość krótkotrwałą. Zwłaszcza podczas lotów długodystansowych. Człowiek się budzi z potwornym bólem głowy nad jakimś oceanem i wtedy dopiero dopada go lęk (śmiech). Żeby zwalczyć strach przed lataniem, musiałem sobie uświadomić, że nie mam nad niczym kontroli. Poza tym statystyki są nieubłagane - to najbezpieczniejszy środek komunikacji. W tramwaju jesteśmy bardziej narażeni na wypadki. Oczywiście katastrofy lotnicze są spektakularne i mocno nagłaśniane, ale to tak jak z zamachami terrorystycznymi robionymi przez Państwo Islamskie. Ich ataki są nagłaśniane, bo ktoś się wysadza i w konsekwencji ginie mnóstwo ludzi. A ile osób dziennie ginie, jeżdżąc samochodem? Ile osób zabili kierowcy? Niedawno polski kierowca tira wjechał pod prąd i zabił całą rodzinę w Niemczech. Czy ludzie stoją tam z transparentami, żeby nie wpuszczać do Niemiec polskich kierowców? Terroryzm islamski wydaje nam się znacznie bardziej niebezpieczny niż nasz terroryzm. A przecież był terroryzm baskijski, irlandzki - jedno i drugie było dziełem rzymskich katolików. Wysadzali ludzi, a ich ofiar było bardzo dużo. W latach 80. neofaszyści wysadzili dworzec kolejowy w Bolonii. Mamy nie jeździć do Włoch? 

A jednak ludzie boją się dziś podróżować. 

- To prawda, co wcale nie znaczy, że dzisiaj jest bardziej niebezpiecznie, niż kiedyś. Dziś tylko szybciej dowiadujemy się o przeróżnych niegodziwościach z całego świata. Media żywią się tragediami, a wywoływane przez nie lęki podsycają politycy, jeśli to leży w ich interesie, gdyż przestraszonym społeczeństwem łatwiej jest sterować i manipulować. Ostatnie sondaże twierdzą, że Polacy najbardziej obawiają się terroryzmu Państwa Islamskiego, dopiero w drugiej kolejności Rosji. Toż to niedorzeczność. Przecież imperialna Rosja jest u wrót, a samozwańczy kalifat na drugim końcu świata, w dodatku jesteśmy społeczeństwem niemal monoetnicznym i monoreligijnym. To pokazuje, jak odgórny, sterowany przekaz może zmienić świadomość społeczną. 

Wróćmy do pańskich podróży. Zawodowo zwiedza pan świat, a prywatnie co pana relaksuje? 

- Praca, gdyż mam to szczęście, że cały czas jest również moim hobby. To dar ogromny, wszyscy znamy setki osób nieszczęśliwych z powodu tego, czym muszą się zajmować. Studiowałem prawo i historię z przekonaniem, że nie chcę być prawnikiem ani uczyć historii w szkole. Obu tych kierunków nie skończyłem, lecz długotrwałość pobieranej edukacji sprawiła, że nie wzięto mnie w kamasze. Niepowołanie do zasadniczej służby wojskowej prawdopodobnie uchroniło mnie przed pójściem do paki, gdyż z powodów ideologicznych musiałbym odmówić złożenia przysięgi obowiązującej w Ludowym Wojsku Polskim. Szczęśliwie komunizm upadł, świat się otworzył i mogę go smakować, dzieląc się swymi spostrzeżeniami z innymi. To naprawdę niezwykła przyjemność.

Podczas niedawnego zawirowania zawodowego rozważał pan zmianę ścieżki kariery? 

- Bardzo poważnie myślałem o definitywnym zakończeniu telewizyjnej przygody. Nawet wolę pisać, niźli stać przed kamerą, więc mógłbym robić niemal to samo, tylko zmienić formę przekazu. Nie jestem uzależniony od telewizyjnych występów i nie są one sensem mego życia. Mógłbym w końcu otworzyć studio kulinarne i prowadzić warsztaty, mógłbym też siedzieć w Dalmacji i mówić do oliwek (śmiech). Ale dostałem multum sygnałów od nieznanych mi ludzi, bym nie znikał z wizji. Zatem do usług! 

Brał pan pod uwagę karierę youtubera? 

- Myślałem o tym, lecz tylko przez chwilę. Myślę, że bez zmiany formuły sam mógłbym nie udźwignąć podobnego przedsięwzięcia. Pokazujemy przecież nie tylko restauracje i jedzenie, lecz również świątynie, muzea, stacje narciarskie, zabytki, potrzebujemy zezwoleń, musimy mieć wsparcie lokalnych władz czy też odpowiednich agend odpowiadających za promocję turystyki w danym miejscu. Kanałów tylko o gotowaniu jest mnóstwo, więc nie chciałbym robić kolejnego. Póki co najwłaściwszym miejscem dla tego typu audycji jest nadal telewizja, a w niej kanał tematyczny. 

Ale zdaje sobie pan sprawę z popularności w sieci? 

- Nieskromnie powiem, że owszem. Internet bywa okrutny i głupi, lecz mimo wszystko to nieprzebrana kopalnia możliwości i cudo prawdziwe. Trzeba tylko wiedzieć, jak oddzielić ziarna od plew, gdyż jednym z nieszczęść naszych czasów jest przekonanie, że wszystko, co znajdziemy w internecie ma status prawdy objawionej. Dzisiaj brednie głoszone w sieci rozchodzą się szybciej i mają większy zasięg. To jednak nie wina internetu, lecz ludzi. 

Ma pan dystans do siebie? Słyszał pan o parodiach i memach, których jest pan bohaterem? 

- Widziałem memy i parodie, większość z nich mi pochlebia. Dziś chyba tym właśnie mierzy się popularność tak zwanych osób publicznych. A tak zwany żul z Radomia jest fenomenalny. 

Jak wygląda pana życie w Dalmacji? 

- Ciepło (śmiech). Na południu Europy żyje się zupełnie inaczej. Coś, co w Polsce jestem w stanie załatwić w ciągu jednego dnia, tam dzieje się przez tydzień albo i dłużej. Ważniejszy jest kontakt z człowiekiem, bo ludzi mało. W sezonie widzimy nad Adriatykiem tłumy turystów, ale to przyjezdni, którzy jesienią znikną. W całej Dalmacji mieszka mniej ludzi niż w Krakowie. W mojej wiosce jest kilkakrotnie więcej domów niż mieszkańców. Południe niemal wszędzie się wyludnia, bowiem poza uprawą winorośli i oliwek oraz sezonową obsługą ruchu turystycznego nie ma tam więcej zajęć. Rybołówstwo nad Morzem Śródziemnym jest w odwrocie, bo akwen przełowiony. Brak przemysłu. Dla miejscowych to brzmi niewesoło, dla ludzi z zewnątrz, pragnących ciszy i spokoju, absolutnie fenomenalnie. 

To właśnie tam jest pański dom? Czy jednak w Krakowie? 

- Moim domem jest Kraków. Tu się urodziłem, wychowałem, tu wracam i spędzam gros czasu. Kraj, w którym żyjemy to jedno, lecz w sercu nosi się przede wszystkim małą ojczyznę. Nie czuję związków emocjonalnych ze wszystkimi zakątkami Polski, nie tęsknię za całym krajem, lecz za stronami rodzinnymi. Odczuwam silne związki kulturowe z miejscami, które w naszym kraju nie leżą i nigdy nie leżały, na przykład z Budapesztem czy Wiedniem. Może się to komuś nie spodobać, ale tak właśnie czuję. 

Starszy syn poszedł w pana ślady. 

- Skończył w Szwajcarii szkołę gastronomiczno-hotelarską, a że w Szwajcarii takowe szkoły są najlepsze w świecie, więc była to dość kosztowna ekstrawagancja. Niczego mu nie sugerowałem, do niczego nie namawiałem, sam wybrał. Finansowo bolało, ale mam wrażenie, że jest dobrze przygotowany do samodzielnego zawodowego życia. Poza tym inwestycja w edukację własnych dzieci to najlepsza polisa ubezpieczeniowa dla rodziców. 

Współpracujecie? 

- Syn prowadzi firmę winiarską, ja mu podsuwam różne pomysły. Dłużej żyję, więcej jeżdżę, siłą rzeczy znam więcej smaków i większą liczbę winiarzy. Szwajcaria to jednak nie jest pępek świata (śmiech). 

W czasach, gdy pan wybierał swoją drogę zawodową, pójście do szkoły kulinarnej było degradacją społeczną. 

- Kompletną! Tym się straszyło leniwych uczniów. Słyszeli pełne grozy: "Bo pójdziesz do gastronomika". W takich szkołach wówczas szkolono pracowników uspołecznionej gastronomii i stołówek. Kucharze byli wówczas bezimiennymi wyrobnikami. Dziś to gwiazdy popkultury, sławy niemal tak wielkie jak piłkarze nożni lub popularni szansoniści. Młodzież wie, że bycie dobrym szefem jest przepustką do sławy, pieniędzy, splendoru i prestiżu. 

Czym interesuje się pana drugi syn, Ferdynand? 

- Zaczął właśnie studiować prawo na UJ. 

Jest pan z niego dumny? 

- Z powodu wyboru kierunku studiów? No nie wiem, zobaczymy, jak to prawo będzie kiedyś pojmował. Pan prezydent na przykład też studiował prawo. Pan Stanisław Piotrowicz również (śmiech). 

Wciąż współpracuje pan z żoną? 

- Oczywiście. Moja żona jest teatrolożką i, co w tym wypadku najważniejsze, kierowniczką produkcji. To ona jako pierwsza namawiała mnie, by zrobić program telewizyjny o kuchni i jej związkach z kulturą. Pracujemy razem, uzupełniając się. Zatem potwierdza się powiedzenie, że za sukcesem mężczyzny stoi mądra kobieta. Naturalnie, choć z obowiązku dodam, że za sukcesem kobiety stać może mądry mężczyzna lub też za wspomnianymi sukcesami może nie stać nikt w ogóle. 

Łączenie miłości i pracy nie wpływa na państwa relację? 

- Zależy od charakterów. I podziału kompetencji. Moja żona nie mówi mi, co mam gotować, ja nie wtrącam się do spraw technicznych i organizacyjnych. A dzięki temu jesteśmy razem. Jeśli człowiek połowę czasu spędza w hotelach, to przyjemniej się obudzi u boku kogoś bliskiego. 

Kiedyś opowiedział się pan za legalizacją marihuany. Dlaczego? 

- A dlaczego jest nielegalna? Bo zagrażałaby innym, akceptowalnym społecznie środkom odurzającym. To twór natury, oddany u nas całkowicie w ręce czarnego rynku. Liście rośliny używanej przez ludzkość od wieków są zaprawiane chemicznymi środkami niewiadomego pochodzenia, by wzmocnić ich działanie lub uzależnić. Palacze marihuany nie są agresywni. W czasie wojny domowej w dawnej Jugosławii żołnierze chorwaccy i serbscy bratali się po wypaleniu trawki, natomiast największych rzezi dokonywano pod wpływem alkoholu. Mamy w tej materii niezwykle rygorystyczne ustawodawstwo, jedno z najsurowszych w Europie, co zawdzięczamy rządom Leszka Millera. A na przykład w Czechach każdy może mieć trzy roślinki na swój własny użytek. Czy ten kraj gorzej funkcjonuje? Moim zdaniem lepiej. I nie ma problemu dopalaczy. W końcu - dlaczego to państwo ma decydować o tym, co jest dla nas dobre, a co nie, jeśli nasze działania nie szkodzą otoczeniu? 

Powiedział pan kiedyś, że nie powinno się gotować osobno dla małych dzieci. 

- Oczywiście dla niemowląt trzeba, ale potem już nie. Gdyby jedzenie doprawione i pikantne było szkodliwe, na świecie nie mielibyśmy tylu Hindusów. Bezpłciowe, wyzute z wyrazistych smaków jedzenie czyni ludzi analfabetami kulinarnymi. Najpierw bezsmakowy dom, potem stołówki w przedszkolach oraz szkołach i hodujemy kolejne zastępy tolerujących jedynie pizzę i kurczaka z frytkami. To tak jakby dziecku cały czas puszczać disco polo - wiadomo, że muzycznie raczej upośledzone wyrośnie. 

Znów pan podpadnie "prawdziwym Polakom", bo w naszym kraju disco polo to ostatnio świętość. 

- Disco polo to nie tylko potwarz dla uszu, lecz również obelga dla ludzkiej inteligencji. 

Zobacz także:

Najlepsze tematy