Przejdź na stronę główną Interia.pl

SHOW - magazyn o gwiazdach

Katarzyna Bosacka: Żadna ze mnie dama

W Polsce jest gospodynią programu o odżywianiu, w Kanadzie panią ambasadorową. Jak łączy te światy? Kasia opowiada nam też o swojej rodzinie i zmaganiach z dietą.

Jesteś na diecie?

Reklama

Katarzyna Bosacka: - Jestem. Po dziewięciu tygodniach schudłam już osiem kilogramów. Byłam monstrualna. Zaczynałam od wagi 85 kilogramów przy wzroście 165 cm.

Jakiś czas temu schudłaś aż 12 kilogramów.

- Tak, ale nie udało mi się utrzymać wagi, bo urodziłam czwarte dziecko i to po 40-tce. Po ciąży było mi trudniej niż zwykle wrócić do normalnej wagi, mimo że zachowałam dobre nawyki żywieniowe. Z każdym rokiem było coraz gorzej - zamiast chudnąć, tyłam. Pomyślałam, że znowu muszę się za siebie wziąć. Mój program "Wiem, co jem" miał już wtedy 12 sezonów, dlatego zaproponowałam zmianę i tak powstał "Wiem, co jem na diecie". Okazało się, że przeszło połowa Polaków ma ten sam problem, co ja, czyli nadwagę, a aż 27 procent Polaków jest otyłych.

- Według ostatniego raportu WHO nasze 11-latki są najgrubsze w Europie. Robię ten program nie tylko, żeby lepiej wyglądać i się czuć. Chcę, żeby dzięki niemu ludzie nabrali świadomości na temat własnego zdrowia. Sama jej nabrałam. Kiedy zamiast chudnąć, tyłam, zrobiłam badania i okazało się, że mam gigantyczny problem z tarczycą. Sporo Polek się z tym zmaga. Cierpią albo na niedoczynność albo na nadczynność. Odchudzanie warto więc zacząć od wizyty u lekarza internisty, który skieruje nas na podstawowe badania. Ja myślałam, że po czterdziestce to normalne, że człowiek jest ospały, ma mniej energii, włosy się przerzedzają, skóra jest sucha, tyjemy. Okazało się że jest to objawem choroby. Od miesiąca jestem na lekach hormonalnych i czuję się zdecydowanie lepiej.

Teraz odchudzasz się na oczach tysięcy Polaków. To chyba wymaga odwagi?

- Odwagi i dystansu do siebie. Proszę mi pokazać inną prowadzącą, która stanie przed taką widownią i powie: "Jestem tłusta". Żeby było jasne: to nie służy ekshibicjonizmowi. Robię to, bo myślę, że ktoś, kto mnie ogląda i ma podobny problem, pomyśli sobie: "Kurczę, może też powinnam się zbadać, schudnąć, więcej się ruszać".

Dzięki twojemu programowi czytamy etykiety.

- Koledzy nazywają mnie "Matką Teresą polskiego spożywczaka" (śmiech). Chyba coś w tym jest. Gdy ostatnio zobaczyłam na stacjach benzynowych wielki napis: "U nas parówki tylko z szynki", pomyślałam, że chyba jakąś cegiełkę do tego dołożyłam. To fajne, że wśród tych wszystkich programów w polskiej telewizji sporo ludzi wybiera właśnie mój. Większość telewizyjnych show niczemu nie służy. Nie widzę większego sensu oglądania, jak celebryci skaczą do wody, gubiąc przy tym majtki. To nas niczego nie uczy, niczego nie wnosi. Dlatego jestem dumna, że w tym zalewie dziwnych programów stworzyłam coś, co ma realny wpływ na zdrowie telewidzów.

Jaką dietę stosujesz?

- Jedyną sprawdzoną. Proszę nie słuchać celebrytów, gwiazd fitness, nie rzucać się na nowe trendy takie jak dieta naprzemienna (jednego dnia jemy pół świniaka i wiadro frytek, a drugiego głodujemy) albo dieta białkowa, która wycieńcza organizm. To wszystko bez sensu. Jest jedna dieta, która pozwala schudnąć bezpiecznie, skutecznie i zdrowo. Jem pięć posiłków dziennie co trzy godziny, z zegarkiem w ręku. Posiłki oparte są na warzywach, chudym mięsie i chudym nabiale. Owoce jem tylko do południa. W moim menu jest sporo kasz i ryb. Wszystko, co jem, jest lokalne - ogórki kiszone, kasza gryczana, kapusta kiszona. Jeśli kurczak, to tylko zagrodowy. Nie jem modnych nasion chia i jagód goji. Można schudnąć, jedząc polskie, tradycyjne produkty. Moja dieta jest zdrowa i tania. Kosztuje mnie w granicach 6-10 złotych dziennie.

Czego więc na twojej diecie nie wolno jeść?

- Słodyczy, ale też produktów light. Kiedyś zdarzało mi się pić colę light. Do czasu, aż moja dietetyczka mi wyjaśniła, że organizm rozpoznaje zawarty w niej słodzik jako cukier i domaga się go coraz więcej. Odstawiłam ją i widzę efekty. Trzeba uważać na cukier, który jest wszędzie, a który nam napędza apetyt. Od niego można się uzależnić. Jeśli wytrzymamy dwa miesiące, to już jest sukces. Gdybyś tu postawiła szafę pełną słodyczy, to by na mnie nie zrobiło wrażenia, bo się od nich odzwyczaiłam. Zmieniły mi się smaki, rozpędził się metabolizm. A to jedzenie co trzy godziny ma wielkie znaczenie, bo właśnie tyle trwa cały proces trawienia. Najpierw trawimy węglowodany, potem białka, a na końcu tłuszcze. Jeśli przez te trzy godziny coś włożymy do ust, nie dojdzie do spalenia tkanki tłuszczowej, dlatego nie wolno podjadać.

Co gotujesz swojej rodzinie w Kanadzie?

- Wszystko: potrawy włoskie, chińskie, meksykańskie, japońskie, ale najczęściej polskie. Ponieważ w Ottawie jestem ambasadorową, promuję polskie jedzenie. Nakręciłam się na nowoczesną polską kuchnię. Robię na przykład kolorowe pierogi - barwię je szpinakiem, kurkumą, buraczkami albo kakao. Gotuję dużo zup - uwielbiamy dwukolorowy krem pietruszkowy z białego korzenia i zielonej natki, często jemy też krem z buraków. Pracuję teraz nad własną książką kucharską. Wyjdzie jesienią.

Pamiętasz, co podałaś podczas pierwszego oficjalnego przyjęcia jako ambasadorowa?

- Nie pamiętam, byłam za bardzo zestresowana. Duże przyjęcia z tzw. szwedzkim stołem zastawionym oczywiście polskimi potrawami odbywają się w ambasadzie, a uroczyste kolacje w mniejszym gronie w rezydencji ambasadora. Wtedy wszystko musi być serwowane jak w najlepszej restauracji.

Podczas takich kolacji tobie jako ambasadorowej etykieta zakazuje przygotowywania potraw.

- Nie mogę gotować ani odejść od stołu. Mam jednak wpływ na to, co się na nim pojawia. Zawsze są to potrawy polskie. Jakiś czas temu byliśmy na przyjęciu w ambasadzie sąsiedniego kraju. Podczas kolacji podano sushi. To bez sensu, bo kuchnia jest ważnym elementem kultury. U nas są śledzie, pierogi, bigos. Podczas uroczystych kolacji serwujemy cztery dania. Na przystawkę często podajemy łódki z wydrążonej cytryny, które faszerujemy śledziem z kawiorem albo łososiem z koperkiem. Wszystko podane jest na lodzie. To danie, które zawsze budzi zachwyt nie tylko innych ambasadorów, ale też krytyków kulinarnych i dziennikarzy, których często zapraszamy na promocję nowoczesnej kuchni polskiej.

- Po przystawce podajemy np. krem z buraków z porto. Nie ma w nim bulionu ani tłuszczu, same pieczone buraki zmiksowane z sokiem pomarańczowym i odrobiną porto. Potem na stół wjeżdża gęś w sosie z miodu pitnego na plackach z kaszy. Przepis dopracowałyśmy z panią Grażyną Łebkowską, naszą szefową kuchni. Jest bardzo prosty: gotuje się kaszę i miesza z warzywami, do tego jajko. Całość wykłada się na papier i zapieka w piekarniku, a potem wycina się kółka. Na deser sernik z konfiturą z płatków róż. Pani Grażyna przychodzi do nas tylko na oficjalne przyjęcia. Zawsze, gdy mogę, gotuję sama.

Zazwyczaj ambasadorowe leżą i pachną.

- Są różne modele. Ja ciągle muszę coś robić. Organizuję pokazy kulinarne, promuję polską kuchnię i zwyczaje świąteczne w kanadyjskiej prasie i telewizji, działam w kółkach ambasadorowych. Teraz przygotowujemy galę z okazji 25-lecia naszej organizacji dyplomatycznej. Mam zająć się menu.

Dziewczynie z warszawskiego blokowiska chyba trudno było odnaleźć się w tej roli?

- Bardzo, bo jestem strasznie zwyczajna. Nie jestem typem damy. Na początku było mi ciężko funkcjonować w rezydencji ze złotymi lustrami, meblami na wysoki połysk, dziełami sztuki. Dyplomacja kojarzyła mi się z potrzebnym, acz lekko nudnym zajęciem. Potem okazało się, że dystyngowana poza, odpowiedni ubiór i dobre maniery to nie wszystko. Zawsze liczy się człowiek. Poznałam wielu nudziarzy, ale też wielu dyplomatów arcyciekawych. Jak w życiu. Zawsze jednak pamięta się tych z charakterem.

Masz na koncie wpadki?

- Zdarza się, że siedzę i myślę: "O Jezu, podałam zły nóż do ryby". Ale potem się orientuję, że nikt tego nie zauważył, bo tak ich zaaferowały rozmowa, atmosfera i jedzenie.

Kiedy ostatnio chodziłaś po domu w dresie?

- Zaskoczę cię, bo mi się to zdarza. Nasz dom jest bardzo dziwny, bo miesza się w nim życie prywatne z zawodowym. Podzielony jest strefowo - dół jest reprezentacyjny. Tam przyjmujemy gości w jadalni z siedmiometrowym stołem, a na górze mieszkamy z dzieciakami i to jest nasza strefa prywatności. Jest jeszcze kuchnia, w której te dwa światy się łączą. Kiedy przeprowadzałam się do Kanady, przyjaciółki mówiły: "Bosacka, teraz będziesz miała kucharkę, kelnera, kierowcę i sprzątaczkę". Nic z tych rzeczy. Sama zajmuję się domem, sama jeżdżę swoim samochodem. Sama robię zakupy i kupuję kwiaty. Bywa tak, że przywożę syna z przedszkola, i pędem biegnę na górę, gdzie przebieram się w ładne rzeczy i otwieram gościom drzwi już jako ambasadorowa.

Nosisz kreacje polskich projektantów?

- Staram się. Podobnie zresztą jak mój mąż, który zawsze chodzi w garniturach polskich marek. Uważam, że to promocja naszych firm.

Myślisz o tym, co się stanie, gdy przestaniesz być ambasadorową?

- Zawsze będzie jakieś jutro. Po 19 latach życia z moim mężem przyzwyczaiłam się, że wszystko się może nagle zmienić. Trzy lata mieszkaliśmy w Waszyngtonie, potem kolejne trzy w Warszawie, gdzie mąż był rzecznikiem MSZ.

Co na te rewolucje czwórka waszych dzieci?

- Najmłodszy miał cztery miesiące, gdy wyjechaliśmy do Kanady. Zosia miała dziewięć lat, Maria 11, a Janek 16. Do tego jeszcze pies i 36 walizek dobytku. W Toronto na granicy celnej wszystko to musieliśmy wyjąć, a potem załadować na samolot w Ottawie. To była wielka rewolucja, ale skoro już jedną taką przeżyliśmy, uznaliśmy, że warto i trzeba jechać. Zresztą widzę korzyści. W Stanach dzieci nauczyły się języka angielskiego, a w Kanadzie, po niecałych trzech latach, świetnie mówią po francusku. To kapitał na przyszłość. Same chciały się uczyć, my nigdy do niczego ich nie zmuszamy. Mam za dużo dzieci i za dużo zawodowych działań, żeby się nad nimi za bardzo roztkliwiać. Traktuję je po partnersku. Dzieci z rodzin wielodzietnych są bardziej samodzielne.

Starsze wychowują młodsze?

- Trochę tak jest. Gdy Franek miał pół roku, braliśmy jeszcze nianię. Ale gdy skończył półtora roku, a starszy syn miał już prawie 17, bez obaw zostawialiśmy małego pod jego opieką.

Na rodziny wielodzietne patrzy się tak: albo konserwatywni katolicy, albo alkoholicy, albo się połasili na 500 zł.

- Z pewnością nadal brakuje nam polityki prorodzinnej takiej jak w Skandynawii czy we Francji. Becikowe czy 500 złotych na dziecko to za mało. Brakuje nam żłobków, miejsc w przedszkolach, są problemy z zatrudnianiem opiekunek, ulgi podatkowe nie są wystarczające. Ludzie dobrze sytuowani, którzy chcą mieć duże rodziny, będą ją mieli, ale chodzi o to, żeby pani, która pracuje po 10 godzin w dyskoncie, miała zapewnione przez państwo, że jeśli urodzi dziecko, będzie mogła spokojnie je wychować, a może i szybko urodzić następne. Za to jej mąż będzie ją w tym wspierał, dzieląc się częściowo urlopem wychowawczym. To leży w interesie nas wszystkich. Bo kto zarobi na emerytury, jeśli nie będzie dzieci?

Co jest najlepsze w rodzinie wielodzietnej?

- Miłość, która się mnoży. Rodzice się kochają, kochają swoje dzieci, ale i one ze sobą są mocno związane. Oczywiście kłócą się i biją, ale to normalne. Między chłopakami jest 15,5 roku różnicy, a nikt tak się z Frankiem nie bawi jak Janek. To cudowne.

Jak wyobrażasz sobie waszą rodzinę za 10 lat?

- Mam nadzieję, że moje dzieci całe życie będą się wspierały i że partnerzy nie będą ich odciągać od rodziny. Jesteśmy włoską rodziną - są burze i awantury, nie ma bicia dzieci, ale jest egzekwowanie obowiązków w myśl zasady: kocham, ale wymagam.

Pan ambasador kłóci się z panią ambasadorową?

- Dziwne by było, gdybyśmy w ogóle się nie kłócili.

I zabytkowe złote talerze fruwają po kuchni?

- Na szczęście nie latają (śmiech), zresztą nie są przecież nasze. Ale jak większość małżeństw kłócimy się o różne rzeczy, głównie o dzieci. Nie ma natomiast cichych dni i skrywania czegoś głęboko.

Podasz swój przepis na udany związek?

- Najgorsze to opowiedzieć w kolorowej prasie, jak to się kochamy, a potem się rozwieść (śmiech). Ważne jest, żeby dużo rozmawiać, interesować się tym, co robi partner, podziwiać go. My współdziałamy zawodowo, ale każde z nas ma też swoją przestrzeń: swoje zainteresowania i pasje. To zdrowe.

Kiedy myślisz "dom", to...

- To nie wiem, gdzie on jest (śmiech). Ostatnio powiedziałam do Franka: "Synku idziemy do domku", a on zapytał: "A do jakiego domku?". Nie mieszkamy w naszym segmencie w Warszawie, rezydencja w Ottawie ze złotymi lustrami też nasza nie jest. Jedno miejsce jest mi szczególnie bliskie. Jakiś czas temu kupiliśmy chatę wiejską pod Poznaniem - w pięknym miejscu nad jeziorem, rocznik 1895. Wyremontowaliśmy ją i jeździmy tam na wakacje. Stoi na górce, na dole mam sad z jabłkami, wiśniami, agrestem i porzeczkami. Zbieramy z dzieciakami owoce i potem razem gotujemy. Tam najlepiej odpoczywam i tam chcę spędzić starość. A może kiedyś otworzę tam restaurację z kuchnią wielkopolską, z moimi szalonymi pomysłami?

Justyna Kasprzak

SHOW 7/2016

Dowiedz się więcej na temat: Katarzyna Bosacka
Najlepsze tematy