Przejdź na stronę główną Interia.pl

SHOW - magazyn o gwiazdach

Anna Czartoryska: Lubię chodzić swoimi ścieżkami

„Nie musi już pracować?”, zastanawiają się media, odkąd wyszła za syna milionera. Tymczasem ona jest bardziej aktywna niż wcześniej! Teraz pomaga również... w firmie męża.

Reklama

Pamiętasz jeszcze czasy, kiedy jako początkującej aktorce brakowało ci pieniędzy na benzynę?

Anna Czartoryska: - Pamiętam to twórcze kombinowanie (śmiech). Chyba każdy student kombinuje, by móc popłacić rachunki, zmieścić się w budżecie i jeszcze odłożyć coś na przyjemności. W szkole aktorskiej dorabialiśmy, prowadząc imprezy. Staraliśmy się o stypendia naukowe. Do teatru chodziliśmy tylko na wejściówki. Czekaliśmy w kolejce godzinę, gotowi siedzieć na schodach, byle tylko obejrzeć spektakl.

Dziś za to cała Polska snuje domysły na temat zawrotnej ceny twojej sukni ślubnej. Podobno kosztowała 20 tysięcy. Co ty na to?

- Mam się tłumaczyć z wymysłów dziennikarzy prasy brukowej na temat moich zarobków, wydatków i życia osobistego, o którym nie mają pojęcia? Boli mnie tylko, że ich kłamstwa są powtarzane nie tylko przez obcych, ale też przez dalszych znajomych.

Wielu ludzi uważa cię za tak bogatą, że według nich nie potrzebujesz już ról i pracy.

- Teraz już się tym nie martwię. Jest dużo fajnych projektów, które mnie czekają, więc czuję się spokojna. Ale słyszałam plotkę, że zamierzam zrezygnować z zawodu. Na szczęście chyba nikt w nią nie uwierzył. Bardzo kocham to, co robię i bardzo mi na tym zależy.

Do czego jest ci potrzebna praca?

- Życie każdego człowieka, niezależnie od statusu majątkowego, jest poszukiwaniem równowagi między braniem a dawaniem. Praca daje nam kontakt z innymi. To rodzaj wymiany energii. Może to banalne, ale wierzę, że praca nas uszlachetnia.

Jesteś dziś zabiegana. Masz w ogóle czas rano poczuć, jak smakuje kawa?

- Ostatnio raczej nie. Zwykle łapię coś w biegu. Teraz sporo się dzieje, gram niewielką rolę w filmie "Zosia szuka siódemki". To mój debiut fabularny. Do tego niedługo ruszają zdjęcia do serialu w Norwegii. W musicalu "Zorro" w teatrze Komedia gram Luizę, ukochaną głównego bohatera. Ostatnio mam więc pobudkę nawet o piątej rano. Ale w wolny dzień pozwalam sobie na dłuższe spanie. Z natury jestem sową.

Do "Zorro" musisz nauczyć się tańczyć flamenco. Jak ci idzie?

- Właśnie teraz mamy próby choreograficzne. Tańcząc flamenco odkrywam rejony kobiecości, których dzisiejszy świat często nie docenia. Tu pełne kształty i doświadczenie, które przychodzi z wiekiem, są największymi atutami kobiety.

Masz naturę wojowniczki czy łagodnej negocjatorki?

- Czasem bywam negocjatorem. Uważam, że zawsze trzeba brać pod uwagę zdanie drugiego człowieka, nawet jeśli on popełni błąd. I kiedy widzę, że ktoś w rozmowie próbuje zaatakować, oskarżyć drugą osobę, wyzwala się we mnie mały Zorro, który chce godzić i tłumaczyć.

Ktoś próbował cię kiedyś skrzywdzić?

- Chyba nie. Wierzę, że ludzie generalnie życzą dobrze mnie i innym. Takimi staram się otaczać.

Marzenia się spełniają?

- Poczekaj. Ostatnio robię zdjęcia cytatów, które mi się podobają. Mam jeden dobry, który może być odpowiedzią na twoje pytanie: "Marzenia są zalążkiem do naszej przyszłości, rzeczywistością w oczekiwaniu". Niektórzy myślą, że fajnie byłoby wygrać w totka, ale nigdy nie kupują losu. A inni kiedy sobie coś wymyślą, ruszają drogą do spełnienia. Wtedy marzenia szybko stają się planami. Trzeba działać. Jako studentka oglądałam "Czas honoru" i marzyłam, by zagrać tam choć epizod. Właśnie się udało.

Wszystkie twoje marzenia już się spełniły?

- (śmiech) Mam szczęście, że niektóre moje marzenia się nie spełniły.

A które się spełniły?

- Gram, śpiewam, tańczę. Jestem szczęśliwa.

I pojechałaś w cudowną podróż poślubną do Peru. Ale, co ciekawe, powiedziałaś niedawno, że będąc w puszczy marzyłaś o Mazurach. Naprawdę tak było? Aż trudno uwierzyć!

- Wszystkim nam wydaje się, że znamy Polskę. Mazury to dla nas smak dzieciństwa i wakacji. Ale niewiele osób wie, że one są czternastym cudem świata. W rankingu szwajcarskiej fundacji New7Wonders znaleźliśmy się obok Amazonki, zatoki Halong, podziemnej rzeki Puerto Princessa. Powinniśmy się tym chwalić i zwiedzać. Bo czy oglądamy lamparta w Amazonii, czy żubra w puszczy, to jest tak samo interesujące.

Czyli lubisz wakacje w Polsce?

- Uwielbiam odkrywać nowe miejsca, nawet takie za rogiem, w Warszawie. Wsiadam na rower i zaglądam w podwórka, zaułki i do knajp, o których czytałam, czy o których ktoś mi mówił. Lubię muzea, a w nich sklepiki z gadżetami. Potem oklejam magnesami lodówkę. Zbieram też albumy o sztuce.

Czyli jest w tobie coś z Izabeli Czartoryskiej, która była słynnym mecenasem sztuki.

- Oj, myślę, że jeszcze mi do niej daleko! Jej życie jest gotowym materiałem na scenariusz. Kto wie, może kiedyś go napiszę?

Niezwykła kobieta, zwłaszcza jak na tamte czasy. Ty też lubisz chodzić swoimi ścieżkami?

- Lubię, choć wymaga to odwagi, wysiłku i koncentracji.

Czego starasz się trzymać?

- Cały czas sama ze sobą prowadzę dialog. Sprawdzam, czy pochwaliłabym swoje wybory, gdybym spojrzała na siebie z zewnątrz.

Lubisz postawić na swoim czy odpuszczasz?

- Potrafię iść na kompromis.Zawsze staram się walczyć na argumenty. Gdyby wszystko toczyło się tylko zgodnie z moją wolą, czułabym satysfakcję tylko pod jednym warunkiem: że bliska mi osoba zgodziła się na to i dobrze się z tym czuje.

Ale chyba czasem tupiesz nogą?

- Tak, kiedy czuję, że ktoś próbuje mnie oszukać. Nie lubię, gdy podejmuje się decyzję, która mnie dotyczy, bez konsultacji ze mną.

W "Ciszy nad rozlewiskiem" grasz matkę. Lubisz swoje serialowe dzieci?

- (Ania rozpromienia się) Na początku podchodziłam do naszej relacji ostrożnie. Nie chciałam ich przestraszyć ani zbytnio się narzucać. Kiedy musiałam nakrzyczeć na dzieci przed kamerą, umawialiśmy się, że musimy się teraz trochę pokłócić, ale to nie znaczy, że się nie lubimy. W końcu to są emocje, które dzieci odbierają wprost.

Wzorowałaś postać Pauli na swojej mamie?

- Moja mama zawsze traktowała mnie i brata po partnersku. Ponieważ o wszystkim zawsze dyskutowaliśmy, nie miałam się przeciwko czemu buntować. Może właśnie to doświadczenie intuicyjnie przełożyłam na Paulę.

Niedługo zagrasz też w norweskim serialu. Pamiętasz coś ze swojego dzieciństwa z Oslo?

- Wyjechałam tam z rodzicami, gdy miałam około 12 lat. Tata był dyplomatą. W Norwegii niezwykłe jest to, że ludzie żyją blisko natury. Niemal każdy się wspina i jeździ na nartach.

Potrafisz mówić po norwesku?

- Tylko "overraskelse" i "jeg snakker ikke norsk", czyli "niespodzianka" i "nie mówię po norwesku". (śmiech). W dzieciństwie dogadywałam się tam głównie po angielsku albo na migi. W serialu zagram po polsku. Wcielę się dziewczynę, która jest w ciąży, i wysyła swojego chłopaka do Norwegii, by odszukał ojca, który może ich wspomóc finansowo.

To prawda, że pracujesz z mężem?

- Pomagam Michałowi w jego dwóch projektach: Voda Naturalna i Freebee. Oba są bardzo interesujące. Niedawno powstała nowa Voda z dodatkiem kolagenu, który pomaga zachować elastyczność i młody wygląd skóry. Eksport właśnie rusza. Freebee to aplikacja, która pozwala przechowywać karty członkowskie i lojalnościowe w telefonie. To platforma, która pozwala małym firmom mieć program lojalnościowy. Chcemy go związać w przyszłości z fundacją, która ma chronić wymierające pszczoły.

Buntujesz się przeciwko nadgodzinom męża?

- Przeciwnie, rozumiem to. Obie firmy Michała są młode, dlatego wymagają oddania i ciężkiej pracy. Podziwiam męża za to, z jaką pasją realizuje swoje pomysły. Ja też nie chciałabym, żeby bliska osoba stawiała mi takie warunki. Przecież czasem muszę zostać dłużej na próbie albo iść na zdjęcia w weekend.

Ze wszystkimi chcesz się dogadywać, nie jesteś apodyktyczna, wspierasz męża... Życie z tobą musi być dobre.

- Dziękuję, taką mam nadzieję.

Iwona Zgliczyńska

SHOW 20/2013

Dowiedz się więcej na temat: Anna Czartoryska
Najlepsze tematy