Przejdź na stronę główną Interia.pl

SHOW - magazyn o gwiazdach

A miał być maszynistą...

Uwielbiał kolejki i komputery. Zanim ponad wszystko pokochał muzykę, marzył o karierze kolejarza.


Reklama

Jego pierwszym ukochanym instrumentem była plastikowa mandolina. Mając 5 lat uwielbiał nucić "wsiąść do pociągu byle jakiego" za Marylą Rodowicz, z którą po 17 latach występował razem na jednej scenie. Pierwsze szaleństwo? Na spacer wychodził z szóstego piętra przez balkon po rusztowaniu. Pierwsza miłość? Wysyłał do niej za pośrednictwem swojego kolegi nieśmiałe listy: "Lubię cię, a może nawet...".

Dziecięca fascynacja? Kolejki, maszyniści i autobusy miejskie. Na podwórku kilkuletni Adam Sztaba robił kursy rowerem, wyobrażając sobie, że jest kierowcą autobusu. Ludzie wsiadali i wysiadali na przystankach. "Psssyttt" - zasuwały się drzwi. Wszystko odbywało się oczywiście w jego wyobraźni.

Na scenie zadebiutował w sylwestra ’87. Wraz ze swoim zespołem zabawiał gości na imprezie w Mielnie. "Miałem wtedy tylko 12 lat" - opowiada z dumą. Do grania ciągnęło go od najmłodszych lat. Na pierwsze zajęcia muzyczne rodzice zapisali go, gdy miał sześć. Wstydził się, że jest najmłodszy i nie chodzi jeszcze do szkoły, więc na pytanie o plan lekcji wymyślił go na poczekaniu. Adam był później szefem różnych zespołów o zabawnych nazwach, np. Born in PRL (Urodzeni w PRL). Po latach próbował doszukać się w rodzinie korzeni muzycznych. Zawodowych muzyków nie znalazł. Jego tata Tadeusz, który pochodził ze wsi pod Jasłem, grał amatorsko na skrzypcach. Pradziadek marynarz - na harmonijce i trąbce. Adam oprócz muzyki kochał też komputery. "Miałem »korbę« na Atari, a z Amigą 500 i pianinem robiłem już pierwsze występy w szkole" - mówi.

W 1991 roku ktoś zaproponował, by cała klasa Adama wybrała się do Warszawy obejrzeć musical "Metro". Pojechał bez żadnych oczekiwań, ale oszalał z zachwytu. "Cudem zdobyłem od jednego z tancerzy piracką taśmę ze spektaklu i pomyślałem, że chcę coś podobnego zrobić u nas w Koszalinie. W wakacje zebrałem z kolegą ekipę utalentowanych znajomych" - mówi. Wśród nich była popularna dziś piosenkarka Reni Jusis. Zamiast wylegiwać się na plaży albo wyjechać pod namiot, Adam nocami pisał muzykę. Był niewyspany, blady, pracował jak w amoku. I tak powstał dwuaktowy spektakl "Fatamorgana", który wystawili na deskach Bałtyckiego Teatru Dramatycznego. Odnieśli sukces.

Ale Adam miał jeszcze jedno marzenie. "Kiedy do koszalińskiego amfiteatru przyjechało »Metro«, czatowaliśmy na Józefowicza. On był wtedy dla nas guru" - mówi. "Udało nam się zaprosić go na próbę. Przyszedł z niedowierzaniem, że coś potrafimy i został z nami, totalnie wkręcony, do piątej rano" - wspomina. Później w Warszawie Adam poznał też Janusza Stokłosę, kompozytora "Metra". By z nim porozmawiać, czekał w holu teatru pięć godzin. Po przesłuchaniu kasety demo z "Fatamorgany" Janusz zapytał Sztabę: "Gdzie chcesz studiować?". Adam odpowiedział, że wybrał Katowice. "Nie! To musi być Warszawa" - spuentował Stokłosa i zaproponował 18-latkowi pracę w Buffo.

Po latach Adam uważa, że "Fatamorgana" jest nadal jego najważniejszym dziełem. Bez tej młodzieńczej kompozycji jego życie prawdopodobnie potoczyłoby się zupełnie inną drogą. Czy byłby dziś jednym z najbardziej popularnych kompozytorów i ulubionym jurorem publiczności w "Must Be the Music. Tylko muzyka"?

Swoim rodzicom Adam jest wdzięczny za to, że pozwolili mu iść własną drogą. "Bardzo mnie wspierali, ale nie ingerowali w mój tryb pracy. Czasem siedziałem w szkole na próbach do sztuki do pierwszej w nocy. Nie wszyscy rodzice zgodziliby się na takie akcje" - wspomina. Przyznaje też szczerze, że dziś rodzina też nie ma z nim lekko, bo bez pracy wytrzymuje maksymalnie pięć dni.

Iwona Zgliczyńska

SHOW 9/2012


Najlepsze tematy