Piękne Boże Narodzenie
Opowieści wigilijne
Mają być niezapomniane, serdeczne, rodzinne. Dlaczego tak często nas rozczarowują? Poprosiliśmy sześciu specjalistów od psychologii, terapii, coachingu o opowieść wigilijną. Taka, w której każdy z nas może znaleźć jakiś morał, ważna prawdę, radę do wykorzystania we własnym domu. Żeby te święta były ciepłe i spokojne nie tylko w SMS-ach i na kartkach z życzeniami.
Wystarczy jeden telefon
Sławomir Murawiec, psychiatra, Centrum Zdrowia Psychicznego Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie
Nazwijmy go "Pan X". Znałem go dość dobrze, bo był naszym pacjentem od wielu lat, kilkakrotnie prowadziłem go jako lekarz na oddziale. Zwracał uwagę swoją niezwykłą elokwencją, oczytaniem i charyzmą. Kiedyś opowiedział mi o nadchodzącym końcu świata. Argumentował tak spokojnie, był bardzo przekonujący, prawie mu uwierzyłem.
Zjawił się w Wigilię. Nikt z nas, lekarzy, pielęgniarzy, sanitariuszy, nie lubi pracy w ten dzień, ale cóż - jeśli tak wypada w grafiku, godzimy się z tym. Zresztą Wigilia w szpitalu psychiatrycznym jest zazwyczaj bardzo spokojna.
Pogotowie nie przywozi nam pacjentów z interwencji. Przychodzą za to sami. Najczęściej ci, których leczymy od wielu lat - jak Pana X. Dlaczego w ten wieczór pojawiają się w szpitalu, miejscu, które w zasadzie nie powinno im się kojarzyć najlepiej? Bo są samotni. Nie mają z kim spędzić Bożego Narodzenia, nie mają do kogo się odezwać. Odwiedzają więc nas, bo nas przynajmniej znają.
W przypadku Pana X też tak chyba było. Gdy zapytałem go, jakie ma objawy, zmieszał się. Udzielił standardowej odpowiedzi: słyszy groźne głosy, ktoś go śledzi. Zacząłem wypisywać kartę. Pan X czekał cierpliwie. Patrzył na naszą oddziałową choinkę, sztuczną oczywiście, trochę zakurzoną. Ozdobiliśmy ją jednym łańcuchem światełek, bo tylko to mieliśmy.
Zdało mi się, że nagle Pan X posmutniał. Nie zdążyłem go jednak o nic zapytać. Sam zaczął mówić. "Czy pan wie, panie doktorze, jaki wielki jest ten świat? Miliardy ludzi, ogromne kontynenty, wielkie miasta. A mimo to można być w tym wielkim świecie strasznie samotnym. Niech pan spojrzy na tę choinkę i wyobrazi sobie, że jej igiełki to obcy ludzie, którym jest pan obojętny. Trudno byłoby je nawet zliczyć. A lampki to ci, którym jest pan bliski. Niedużo ich, prawda?".
Podszedł do drzewka, ujął delikatnie jedną z żarówek i odkręcił ją. Zgasła, a wraz z nią - kilka sąsiednich. "Gdy coś się psuje między dwojgiem ludzi, to dotyka nie tylko ich. Zaburza całą strukturę świata", dodał cicho.
Wiedziałem, o czym mówił. Kiedyś miał przecież rodzinę, dzieci, dom i na pewno inne święta niż te na naszym oddziale. Pan X popatrzył na telefon. "Lampki przestały świecić, ale przecież kabelki nie są uszkodzone. Można to jeszcze zmienić. Wydaje mi się, że myśli pan o kimś konkretnym", powiedziałem. Kiwnął tylko głową. Zabrałem karty, wycofałem się, zostawiłem go na chwilę samego.
Gdy wróciłem, wszystkie światełka na choince mrugały. A Pan X powiedział tylko, że nie zostanie na oddziale. Później dowiedziałem się od znajomego, że to Boże Narodzenie spędził ze swoją byłą żoną i dziećmi.
Co chciałbym przekazać, opowiadając tę historię? Moje przesłanie jest bardzo proste: warto w święta naprawiać lampki. Wielu z nas ma w swoim życiu takie pogaszone płomyczki. Ja także. Dzisiaj to już nieważne, dlaczego zgasły. Święta to czas, kiedy łatwiej wyciągnąć dłoń do zgody. Mniejsze jest ryzyko, że zostaniemy odrzuceni.
Nie ma sensu zbyt wiele się spodziewać - że ktoś, kto od lat nas nie widział, kto czuje do nas żal, powie: "Przyjeżdżaj. Czeka na ciebie talerz. Ja na ciebie czekam". Albo że wszystkie winy zostaną wybaczone, a złe słowa, które kiedyś padły - zapomniane. Nie oczekujmy, że coś dostaniemy. Po prostu spróbujmy coś dać bez nadziei na zapłatę. Czasem wystarczy jeden telefon.
Miejsce przy stole
Ewa Stankowska, psycholog, psychoterapeutka rodzinna, prowadzi Poradnię Zdrowia Psychicznego oraz Ośrodek Terapii Rodzin w Poznaniu
Pani Krystyna nie lubiła świąt. Mimo to przygotowania do nich zaczynała już w październiku. Kupowała bakalie, prała firanki, pastowała podłogi, myła okna. Potem zabierała się do prac kuchennych: piernik według staropolskiego przepisu musiał być gotowy dwa miesiące przed Wigilią, żeby skruszał. Na początku grudnia - już zmęczona - marynowała smażone śledzie, sama robiła wędliny, piekła ciasteczka, kręciła mak w starej makutrze, gotowała barszcz, lepiła uszka, prasowała...
Gdy zaczęła mi o tym opowiadać, zdziwiona zapytałam: gdzie w tym wszystkim byli jej najbliżsi? Mąż, córki? Nigdzie. Byli nieobecni lub prawie nieobecni. Deklarowali pomoc, ale...
"Gdy kilka lat temu poprosiłam jedną z córek o zrobienie kutii, zmełła mak tylko dwa razy i deser był niejadalny. Mąż podczas mycia okien zostawia brudne smugi na szybach. A w czasie samej wieczerzy... No cóż, oni siedzą przy stole, a ja tylko podaję kolejne potrawy, zabieram brudne talerze, wysłuchuję krzyków wnuka i jeszcze widzę nadąsane miny córek i zięciów. Wszystkiego mi się odechciewa. Ja naprawdę nienawidzę świąt!", powiedziała pani Krystyna i rozpłakała się.
Pomyślałam sobie wtedy: jak to jest, że cały rok czekamy na ten jeden dzień - pichcimy, pakujemy prezenty, ubieramy choinkę, wkładamy odświętne stroje, a potem spędzamy w towarzystwie bliskich jeden z najsmutniejszych wieczorów w roku? Jesteśmy tak strasznie osamotnieni, siedząc przy jednym stole z ludźmi, których kochamy.
Wtedy poprosiłam panią Krystynę, żeby - korzystając z mebli w gabinecie - spróbowała odwzorować układ, w jakim do stołu zasiada jej rodzina. Wspólnie go przeanalizowałyśmy. Na honorowym miejscu, u szczytu stołu, w wysokim foteliku siedział wnuk, syn starszej córki. Jego mama i ciocia zajmowały miejsca z prawej i lewej strony, skupione na dziecku: czy się najadło?
Na następnym krześle siedział mąż pacjentki, naprzeciwko niego - jego siostra, potem - po obu stronach stołu - zięciowie, na kuchennych taboretach. Najgorsze miejsce miała moja pacjentka: dostawka na tak zwanym wylocie, tuż przy drzwiach prowadzących do kuchni, bo może trzeba donieść, przynieść, zadbać...
"Niemożliwe, żeby to było takie proste! To na pewno nie przez krzesła i taborety, jakaś bzdura!", wykrzyknęła zdumiona pani Krystyna. Mimo to zgodziła się przeprowadzić tamtej Wigilii eksperyment.
Gdy przyszli wszyscy goście, zaproponowała, by usiedli tym razem nieco inaczej. Ona sama zajęła miejsce u szczytu stołu. Naprzeciwko niej - mąż. Po jednej stronie- młodsza córka z zięciem i ciotką, po drugiej starsza córka z zięciem i wnukiem (jego umieszczono między rodzicami) - córki były przy mamie, zięciowie - przy teściu. Zadbano też o to, by wszystkie krzesła pochodziły z jednego kompletu (który kupiono kilka dni przed świętami - pani Krystyna zażyczyła sobie takiego właśnie prezentu pod choinkę), a potraw przygotowano mniej, by nie trzeba było ciągle wstawać od stołu i donosić nowe dania.
Byłam bardzo ciekawa relacji pani Krystyny. Czy taka rewolucja wyszła jej na dobre? Moja pacjentka pojawiła się w gabinecie dopiero w połowie stycznia. Weszła uśmiechnięta, tryskająca energią. "Nie uwierzy pani, jak wspaniale spędziliśmy święta! Atmosfera była cudowna. Córki przynosiły z kuchni smażonego karpia, łazanki, zupę, mówiąc: mamusiu, nie wstawaj, pomożemy ci. Wnuk zachowywał się grzecznie, przysłuchiwał się naszym rozmowom. Mąż żartował z zięciami. Chyba po raz pierwszy to było spotkanie przy stole, a nie ciężka orka!", opowiadała zachwycona.
Jestem terapeutą rodzinnym. Patrzę na rodzinę jak na system. To, w jakim porządku bliscy zasiadają do posiłku, często odzwierciedla stosunki panujące między nimi, kruchą "równowagę sił". Mimowolnie kierujemy nasze spojrzenia na tego, kto siedzi u szczytu stołu. A jeśli jest to dziecko? No cóż, czuje się podczas kolacji jak mały król. Ci, którzy siedzą na dostawkach, "gorszych" miejscach, mogą mieć wrażenie, że taką też pozycję zajmują wśród najbliższych.
Wystarczy jednak drobna zmiana, by zburzyć dotychczasowy układ i wprowadzić nowy. Pani Krystynie właśnie to udało się zrobić. Zachęcam: przyjrzyjmy się porządkowi, w jakim nasza rodzina zasiada do wigilijnej wieczerzy i spróbujmy w te święta zaproponować coś innego. Weźmy przykład z Krystyny. Można też przeprowadzić tę "rewolucję krzeseł" zgodnie z regułami demokratycznymi, proponując wszystkim członkom rodziny, by przesiadali się tak długo, dopóki każda osoba nie znajdzie miejsca, na którym czuje się dobrze. Drobnostka, a być może okaże się najwspanialszym prezentem pod choinkę.





















Wasze komentarze (24)
Co do tych wszystkich uzdrowicieli serc to powiem to, co usłyszałem w szpitalu psychiatrycznym w którym przyszło mi wykonywać pracę, zresztą zupełnie nie związaną z tym miejscem. Kiedy skończyliśmy pracę i nie mogliśmy znaleźć nikogo kto by nas z oddziału wypuścił, podszedł jeden z pacjentów i się zapytał co się dzieje. Kiedy mu wytłumaczyliśmy powiedział, to normalne, znowu się gdzieś zamknęli i gadają przy kawie. Proszę pana wielu z tych lekarzy bardziej potrzebuje leczenia niż my.
Myślę, że to o czym mówią ci specjaliści każdy w miarę rozgarnięty człowiek potrafi wymyślić sam, tym którzy tego nie potrafią terapeuta raczej nie pomoże.
nie mów tak!!! że miało by Cie nie byc!