Piękne Boże Narodzenie
Amant od święta
Dlaczego wystąpił pan w komedii romantycznej? ― Reżyser powiedział, że będzie puszczana w TV w każde Boże Narodzenie. Spodobała mi się ta wizja ― uśmiecha się Maciej Stuhr, który w filmie "Listy do M." włożył dawno nienoszony strój amanta.
Rozmawiamy o świętach w czasach popkultury, rodzinnym terrorze i wstydzie przy śpiewaniu kolęd. Będzie też jeden przepis i jedna odezwa do społeczeństwa. Chcecie Maćka? Oto Maciek!
Twój Styl: Mikołaj przychodził do domu czy rodzice podrzucali paczki cichcem?
Maciej Stuhr: - Przyszedł raz, gdy miałem trzy czy cztery lata. Do dziś podejrzewam, że to był ojciec. Wrażenie okazało się tak silne, że przestałem wierzyć w prawdziwego Mikołaja dopiero w połowie podstawówki, jako ostatni w klasie.
Córka, jedenastolatka, wierzy?
- Kiedy była mniejsza, mieliśmy jedną czy dwie wizyty Mikołaja. Gdy poszła do szkoły, chciałem odbyć z nią rozmowę uświadamiającą. Zacząłem: Wiesz, Matysiu, żył kiedyś naprawdę taki Święty, który czynił wiele dobrego... A ona trzeźwo ucięła: Tata, ale ty już chyba nie wierzysz w Mikołaja?
Podoba się panu, że Boże Narodzenie startuje nazajutrz po Wszystkich Świętych?
- Pod naszą szerokością geograficzną trudno się czymś w listopadzie ucieszyć. Liście opadły, jeszcze nie jest biało. Więc jak mam do wyboru szarą ulicę bez niczego i tę samą ulicę w ozdobach świątecznych, wolę tę drugą. Chociaż oczywiście wydaje mi się śmieszne, że "oni" chcą już nam robić święta.
Oni?
- Producenci dóbr. Co roku nie omieszkam tego złośliwie skomentować, ale tak naprawdę mi to nie przeszkadza. Oczywiście jest zagrożenie, że to, co się wokół świąt dzieje, troszkę je przytłacza.
A nie przesłania?
- Nie! Bo my potrafimy się bronić przed konsumpcją. Ona próbuje nas wciągać, uzależniać, ale przecież ludzie - zwłaszcza w Polsce - kochają święta z innych powodów. I nie przestaną ich kochać, choćby zobaczyli nie wiem ile świątecznych reklam coca-coli.
A co jest niezbędnym minimum, żeby uznać święta za spełnione?
- Odrobina skupienia. I miłości. Nie trzeba ani pieniędzy, ani spędu rodzinnego, ani szału prezentowego. To wszystko oczywiście też służy świętom, ale nie stanowi o sednie sprawy.
Ale choinka chyba musi być?
- Trudno wyobrazić sobie, że nie. To jest w nas wdrukowane, co nie zmienia faktu, że tam, gdzie się Pan Jezus urodził, choinek nie było prawdopodobnie zbyt wiele (uśmiech). Podobnie trudno sobie wyobrazić ten czas bez rodziny, aczkolwiek - i w "Listach do M." mamy taki wątek - jest duża grupa osób, która tym obowiązkiem rodzinno-miłosnym czuje się sterroryzowana. Nie wszystkie rodziny mogą i nie wszystkie chcą być razem. Są tacy, którzy czują się źle z pytaniem: A jak święta? U rodzinki czy z ukochanym? Bo oni ani u rodzinki, ani z ukochanym. I trzeba to uszanować.
A pan z rodzinką czy z ukochaną?
- Od paru lat tak się układa, że nasz dom stał się tym zapraszającym na wigilię. Piękna sprawa, ale fizycznie wyczerpująca. Co roku sobie mówimy: w te święta tak się umęczyliśmy, że w następne na pewno wyjedziemy i nie będziemy się szarpać. Ale im bliżej grudnia, tym częściej pojawia się myśl: kurczę, no jak do tego Egiptu pojechać, co z wigilią? I zostajemy.
Są ludzie, którzy w każde święta muszą obejrzeć "Kevina samego w domu" albo przeczytać "Dzieci z Bullerbyn". Ma pan świąteczne rytuały kulturalne?
- W jakimś piśmie widziałem, że na święta polecano film "33 sceny z życia" Szumowskiej, z adnotacją: naciesz się rodziną, dopóki nie będzie za późno. Można i tak. My co roku słuchamy Staszka Sojki. Mamy całą jego dyskografię, w tym dwie płyty kolęd.
To ma znamiona rytuału?
- Musi mieć, bo w sumie w domu są trzy płyty z kolędami (śmiech). W dzieciństwie z upodobaniem słuchałem winylu "Wiesław Ochman - kolędy". Może gdzieś jeszcze jest na wsi u rodziców. Kiedy z nimi mieszkałem, rytuałem, i to prawdziwym, było wspólne słuchanie "Koncertu noworocznego z Wiednia". Czasem też mama - skrzypaczka - grywała świąteczne koncerty, na które wybieraliśmy się gromadnie. A dopóki żyli dziadkowie, był rytuał oglądania pasterki watykańskiej.
- Ale jak już mówimy o kulturze, to nie mogę nie wspomnieć o kulinarnej. Bo właśnie w święta to, co robimy w kuchni, można zasłużenie nazwać kulturą. U nas zaczyna się z początkiem grudnia, kiedy z córką przystępujemy do bigosu. Mamy już to wyliczone: dzień pierwszy - cztery godziny krojenia. Potem tydzień gotowania i mrożenia. Korzystamy z książki kucharskiej świętej pamięci Macieja Kuronia. Lubię zdanie, którym kończy się ten przepis: "Kapustę z grzybami przez kilka dni gotujemy i studzimy, aby mogła zyskać miano bigosu".
Czy jest coś, co łączy Wigilię pana córki z dawnymi Wigiliami - pana i jeszcze wcześniej pana Jerzego?
- Trudno jest mówić o tym, nie popadając w banał. Na pewno wszystkie miłe drobiazgi związane z przygotowaniem stołu, liczeniem potraw i tym, że - ilekolwiek by ich było - zawsze ma wyjść dwanaście. Bo przecież masło to też potrawa.
A sól i pieprz liczycie?
- Jak trzeba, żeby się zgadzało - tak (śmiech). Druga ponadczasowa sprawa - kolędowanie. Jak jest moja mama - z towarzyszeniem gitary. Co roku sobie obiecuję, żeby wyjść poza pierwszą zwrotkę "Przybieżeli do Betlejem". Na razie wyniki są mizerne. Ale staramy się o to dbać ze względu na Matyldę, bo takie momenty kształtują człowieka na całe życie. Nawet jeśli się komuś wydaje to staromodne albo nie do końca autentyczne. I nawet jeśli córce może wstyd się potem przyznać w szkole, że śpiewała kolędy z babcią.
Ci, co nie doceniają takich chwil, są chyba o coś ubożsi...
- Ja staram się jak najmniej oceniać postawy innych ludzi. Ktoś może tego nie potrzebuje, komuś to się wydaje słabe. Staram się zachować dystans i być bliżej złotego środka, tym bardziej że ostatnio w naszym społeczeństwie zaczęły się polaryzować postawy. Zwłaszcza na tle religijnym. Jedni wołają, że mamy średniowiecze, że epoka przeddarwinistyczna. Drudzy uważają, że oddalenie się od tradycji i religijności jest zagrożeniem dla nas jako ludzi.
- Kiedy patrzę na sprawę krzyża w sejmie, Palikota, radio Maryja, to widzę, że porozumienie się oddala. Żadna strona nie przekona drugiej. Obie uważają, że są autentyczne i mają rację, a tamci są zaczadzeni.
Artykuł pochodzi z kategorii: Świąteczny nastrój
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
Trochę poprzynudzam :)) Miałam dziś wolne więc... więcej





















Wasze komentarze (96)
Ale jedno dobrze piszesz: większość z Was dla pozoru wyznaje zasady chrześcijańskie i to widać w Waszym zachowaniu do drugiego człowieka. Nie ma to nic wspólnego z tym, czego nauczał Jezus - On wybaczył tym, którzy Go ukrzyżowali, tym, którzy się Go wyparli, a Wy nie jesteście nawet w stanie zaakceptować człowieka mającego odmienne poglądy od Waszych...To żenujące, wstydźcie się przed Bogiem za tą nienawiść dla bliźniego...a co ten bliźni robi z Polska słępy jesteś czy głupa palisz a moje sumienie zostaw mi...
Ale jedno dobrze piszesz: większość z Was dla pozoru wyznaje zasady chrześcijańskie i to widać w Waszym zachowaniu do drugiego człowieka. Nie ma to nic wspólnego z tym, czego nauczał Jezus - On wybaczył tym, którzy Go ukrzyżowali, tym, którzy się Go wyparli, a Wy nie jesteście nawet w stanie zaakceptować człowieka mającego odmienne poglądy od Waszych...To żenujące, wstydźcie się przed Bogiem za tą nienawiść dla bliźniego.