Przejdź na stronę główną Interia.pl

Z plecakiem w Jurę

Na Szlak Orlich Gniazd wyruszamy w samo południe z Krakowa. Jest nas dwoje, Piotr i ja. Naszą wyprawę trudno nazwać dopracowaną. Idziemy na żywioł.

Jest gorąco jak diabli, plecaki już zaczynają nam ciążyć. Jedziemy na Krowodrzę. W tramwaju prawie pusto, leniwa atmosfera udziela się wszystkim. Na miejscu mamy problemy ze znalezieniem początku trasy. "To tam, po drugiej stronie drogi." - mówi nam jedna z nielicznych napotkanych osób.  Idziemy.

Reklama

Mijamy kilka domów, przechodzimy przez tory. Upał jest wręcz nieznośny. Wędrujemy przez jakieś nowe osiedle. Potem nagle pojawiają się przed nami pola, uderza nas w nozdrza ostry zapach rzepy. Dostrzegamy pierwszą atrakcję szlaku wymienianą w przewodnikach - Czerwony Mostek. Droga pod nim jest kompletnie zalana po wcześniejszych ulewach. Przechodzimy bokiem, potem przez szosę. Lądujemy na gruntowej drodze, z lewej mamy las, a z prawej pola. Idziemy. Na szczęście drzewa dają trochę cienia.                        

Naszym pierwszym ważniejszym celem jest zamek Ojców. Krajobraz powoli się zmienia, wokół nas zaczynają wyrastać wapienne skały. Po jakimś czasie wkraczamy do wąwozu. Jest wilgotno i ciemno. Docieramy do Źródła Miłości, przy którym pluskają się dzieci. Musimy wyglądać naprawdę marnie, ponieważ nagle zatrzymuje się przy nas duże BMW, a siedzące w środku małżeństwo pyta, czy nas nie podrzucić na pole namiotowe. Patrzę na Piotra - czemu by nie? Co prawda to tylko kilometr, ale jesteśmy już zmęczeni. Ładujemy się więc do środka.           

Właściciel pola - niemiły jak diabli, ale przynajmniej jest się gdzie wykąpać. Powoli zapada zmierzch, więc po krótkim prysznicu w lodowatej wodzie idziemy spać. Ranek wita nas mocnym słońcem. W nocy dookoła wyrosło jeszcze parę namiotów. Idziemy do zamku. W ciągu stuleci prawie nic z niego nie zostało, ale właśnie na tym polega jego piękno. Zamek w Pieskowej Skale nie zrobił już na nas, miłośnikach ruin, tak wielkiego wrażenia.

Aby do niego dotrzeć, musimy przejść kilka kilometrów wzdłuż asfaltowej drogi. Umieramy z gorąca. Przynajmniej ja, bo Piotr się nie przyzna. Co chwilę mija nas jakiś wariat na motorze, który jeździ tam i z powrotem. Przejście szlaku w polną drogę witamy zatem z ulgą.           

Późnym popołudniem docieramy do Olkusza. Idziemy na krótkie zakupy do, a potem - znowu w pola. Nie podoba nam się niebo, które z każdą chwilą robi się coraz bardziej granatowe. Jeszcze bardziej nie podobają nam się głuche pomruki wydobywające się z chmur. Przed nami widok na szerokie pola i las. Po jakimś czasie wchodzimy pomiędzy drzewa. Stopy zapadają się w piaszczystej drodze, zaczyna kropić.

Las jest sosnowy, przepiękny. Pachnie igliwiem, mchem, wilgocią. Ale ja jestem zmęczona i zaczynam żałować, że nie zatrzymaliśmy się na nocleg wcześniej. Wtem las kończy się, przed nami polna droga prosta jak strzała. A dalej na wzgórzu... "Łaaał..." - wyrywa mi się i od razu zapominam o kłótni i bolących plecach. "A nie mówiłem?" - cieszy się Piotr.

Przed nami góruje zamek Rabsztyn. Piękny, ponury, z oknami niby oczodoły. Ma swój klimat. Idziemy kawałek drogą i spotykamy starszego pana kopiącego w ogródku. Po krótkiej rozmowie  pozwala nam przenocować na swojej działce. Kiedy rozkładamy namiot, mieszkańcy domu przyglądają się nam przez okna jakbyśmy byli czymś egzotycznym. Na kolację jemy jakieś zupki z proszku i idziemy spać. Tym razem bez prysznica.           

Ranek jest chłodny i wilgotny. Zamek stoi tam, gdzie stał wieczorem i roztacza wokół magiczną aurę zapomnianych czasów. Na śniadanie znowu zupki. Odżywiamy się gorzej, niż przeciętny student. Droga do zamku biegnie lasem, na szczycie okazuje się, że trwają prace renowacyjne. Udaje nam się wejść na wieżę, rozwalić plecak, zszyć go i ruszyć dalej.            

Kolejny na liście jest Bydlin. Nie jesteśmy pewni, jak wygląda, ale mamy nadzieję na coś ekstra. Jednak niebo nie dostarcza nam pozytywnych myśli. Zaczyna lekko kropić. Na szczęście wchodzimy w las. Później jest jednak coraz gorzej i kiedy zbliżamy się do celu naszej wędrówki, burza rozhulała się na dobre. Krótka przerwa na przystanku autobusowym, kanapki z pasztetem i w drogę.

Leje tak, że nie widać domów na końcu drogi. Chowamy się przy wejściu do szkoły. Jesteśmy cali mokrzy. Buty, spodnie, majtki, włosy, bluzki plecaki - dosłownie wszystko! Myślę o tym, jak to będzie rozbijać namiot w taką pogodę i robi mi się przykro. Wszystko mokre, jak to się wysuszy? Decydujemy się poszukać noclegu w którymś z domów. Nie liczymy na wiele, naszym marzeniem jest miejscówka w stodole. Dzwonimy do pierwszych, drugich, trzecich drzwi. Nic. Cisza. Nikt nawet nie otworzy. W końcu ostatni dom po lewej. Ponury, trochę brudny.

Wchodzimy do ogrodu, krzaki jałowca pokryte grubą warstwą pajęczyny. Widzimy otwarte na oścież drzwi do garażu. Dzwonimy. Podnosi się głośne szczekanie. Po chwili otwiera nam młody chłopak. Mówimy o co chodzi, on każe nam poczekać. Stoimy w oszklonej sieni, wszędzie są pajęczyny, kurz, jakieś szmaty. Rozglądamy się coraz bardziej przerażeni. Kiedy chłopak długo nie wraca, zaczynam się zastanawiać, czy nie zostaniemy zamordowani i zjedzeni. Przemyślenia Piotra są podobne. W końcu okazuje się, że możemy tam przenocować.

W pomieszczeniu obok garażu, w którym kiedyś mieścił się gabinet dentystyczny. Rozkładamy rzeczy. Nadal się boję, ale w końcu w tę pogodę lepszy taki nocleg, niż namiot. Po jakimś czasie przyjeżdża mama chłopaka, jest dla nas bardzo miła, daje nam gruby materac, pozwala skorzystać z łazienki, zaprasza na film. Mówi, że przyjęłaby nas w domu, ale byłby problem z psami. No tak. Psów jest całe stado. W dodatku są malutkie i dożarte.

Dziękujemy jej bardzo za gościnę, po czym gotujemy w piwnicy makaron na palniku. Burza ostro daje. Rozwieszamy nasze rzeczy na czym tylko się da i  idziemy spać. Wstajemy bladym świtem. O 4 rano chłopak przynosi nam wiadro wrzątku, trochę się myjemy, pakujemy i idziemy podziękować pani domu. Chociaż jestem bardzo wdzięczna za nocleg, nadal towarzyszy mi niemiłe uczucie strachu i cieszę się, że opuszczam to miejsce. W drzwiach Piotr zostaje zaatakowany przez pieski, kiedy sytuacja jest opanowana, pani żegna nas słowami: "Dobrze, żeście dzieci nie zmarzły." Robi mi się od tego ciepło na sercu.            

Idziemy asfaltową drogą, po obu stronach mamy las. Jest chyba siódma rano, pogoda po burzy jest przecudna. Gałęzie uginają się od wody, pachnie zielenią. Ziemia paruje obficie i zaczynają dobierać się do nas komary. Według drogowskazów, zamek Bydlin znajduje się w lesie na wzgórzu. Pod górę idziemy zieloną, wilgotną drogą. Powietrze jest świeże, zieleń żywa i soczysta. Mam wrażenie, że znajduję się w jakiejś egzotycznej dżungli.

Na szczycie witają nas ruiny. "Tylko tyle?" - Piotr staje w miejscu i rozgląda się na boki. Z zamku zostały trzy ściany. Nawet gdyby zostało więcej, trudno byłoby to nazwać zamkiem. Kasztelem może. Warownią. Ale nie zamkiem. Kręcimy się tam przez chwilę i ruszamy dalej. Dookoła nas rozciągają się łany zbóż, z których raz po raz wyrastają sosny. Dalej Szlak prowadzi nas przez głęboki, wilgotny jar. Jest w nim trochę chłodniej.

Później wchodzimy w bukowy las, depcząc po dywanie zbrązowiałych liści. Krajobraz zmienia się co chwilę. Las, polna droga, łąki, znowu las, tym razem dębowy. Idziemy w kierunku zamku Smoleń. Na miejscu musimy chwilę odpocząć. Na obiad zjadamy naprawdę ohydną konserwę. Aż do teraz, ilekroć o niej pomyślę, robi mi się niedobrze.            

Smoleń jest niesamowity. Zachowało się go całkiem sporo, łącznie z charakterystyczną strzelistą wieżą. Piotr od razu się tam drapie, ja zostaję na dole. Od wczorajszej burzy moje buty są w opłakanym stanie, więc mój chłopak pożyczył mi swoje i teraz człapię w nich jak jakaś niezgraba. Wolę nie ryzykować łażenia po śliskich kamieniach. Siadam i podziwiam urzekające widoki. Wszędzie dookoła rozciągają się malownicze pola osnute delikatną mgiełką. Jest pięknie.           

Ruszamy dalej, w kierunku Ogrodzieńca w Podzamczu. Po drodze wpadam do kałuży z błotem, na co mój chłopak reaguje bardzo entuzjastycznie. Za nami na niebie znów pojawiają się ciemniejsze chmury. Bardzo nam się to nie podoba. Po drodze lądujemy nad dużym zalewem wodnym i chwilę się kąpiemy. Gorąco nas rozleniwia, więc postanawiamy poleżeć dłużej, a  do Ogrodzieńca jedziemy busem.            

Na miejscu Piotr znajduje pole namiotowe. Jest tam gorący prysznic, więc nie posiadam się z radości. Jemy kolację, a kiedy robi się zupełnie ciemno, idziemy na spacer. Niebo jest czyste jak łza, księżyc pokrywa wszystko bladoniebieską poświatą. Dochodzimy do zamku. W jego oknach palą się pochodnie, a zza murów od czasu do czasu dobiegają dzikie wrzaski. Trafiliśmy na noc duchów.

Krążymy jakiś czas dookoła oczarowani niezwykłą atmosferą. Następnego dnia jest niedziela, więc postanawiamy zostać na miejscu do poniedziałku. Rano idziemy do kościoła, później zwiedzić zamek. W świetle dnia nie wygląda już tak magicznie, ale i tak robi niesamowite wrażenie. Oczywiście, dookoła kwitnie handel pamiątkami, co krok natykamy się na jakąś knajpkę na świeżym powietrzu, niektórzy oferują przejażdżkę na kucykach, malowanie twarzy, strzelanie z łuku. Strzelamy.

W zamku jakaś sesja ślubna, wszędzie kręci się pełno weselnych gości. Piotr kupuje mi pajdę ze smalcem, której nie jestem w stanie zjeść. Jest gorąco i pięknie. Duże tłumy, dużo dzieci, krzyki i śmiechy. Wracamy do namiotu. Upał nas wykończył, więc kładziemy się spać wcześniej.           

Następnego dnia znowu jest chłodniej. Idziemy lasem w kierunku zamku Morsko. Droga jest monotonna, pola, las, pola, las - i tak dalej. Nie zmienia to jednak faktu, że jest pięknie. Zamek w Morsku to jednak tylko mała ściana. Siedzimy tam chwilę. Tego dnia potwornie się ociągamy. Naszym zaplanowanym noclegiem jest pole namiotowe w Złotym Potoku. A do niego jeszcze ho ho! I dalej. W jakiejś wsi gubimy drogę, pytamy jakiegoś chłopaka w BMW. Proponuje, że nas podwiezie, więc ładujemy plecaki do jego malutkiego auta. Do dziś nie wiem, jak udało nam się tam zmieścić.            

Na nocleg rozbijamy się we wsi Podlesice. Jak przystało - pod lasem. Wieczorem rozpalamy nasze pierwsze ognisko. Dokoła tylko łąki, sosny i piach. Rankiem mija nas pielgrzymka. Zbieramy się szybko i ruszamy dalej. Po drodze trafiamy na skałki wspinaczkowe, z których rozciąga się przepiękny widok na Jurę Krakowsko-Częstochowską.    

Po południu docieramy do kolejnych dwóch zamków. Bobolice i Mirów to dwie warownie położone na dwóch wzgórzach odległych od siebie o kilometr. Oba zamki zostały zakupione przez nieznanego inwestora, który rozpoczął ich renowację. Do Złotego Potoku, naszego dzisiejszego celu, zostało jeszcze kilka kilometrów, a już powoli zaczyna się ściemniać. Idziemy przez jakiś głuchy las, końca nie widać.

Robię się coraz bardziej zestresowana. Wreszcie docieramy do asfaltowej drogi. Jest już zupełnie ciemno. Błądzimy jeszcze przez jakieś pół godziny, po czym obwieszeni wszystkimi lampkami, wleczemy się poboczem. Docieramy do miejscowości. Przy wejściu na strzeżony parking siedzi grupka młodych ludzi. Nie wiemy, co robić, jest już bardzo późno. Piotr pyta stróża parkingu, czy by nas nie wpuścił. W końcu się zgadza. W ciemnościach w ogóle nie widać jego twarzy. Prowadzi nas w głąb, dookoła jest pełno maszyn budowlanych i jakieś budy. Namiot rozbija się nam ciężko, bo pod ziemią jest pełno gruzu. Usypiamy trochę wystraszeni, bo stróż ciągle kręci się gdzieś w pobliżu.            

Rankiem budzą nas odgłosy maszyn. Odkrywamy, że w nocy padało, bo na daszku namiotu zebrało się sporo wody. W świetle dnia parking nie wygląda już tak wrogo. Po śniadaniu idziemy do centrum na krótkie zakupy.            

Dalsza wędrówka upływa spokojnie. Idziemy do Olsztyna pod Częstochową. Droga biegnie wśród pól i lasów, a niebo znów mruczy nad nami złowrogo. Kiedy docieramy na miejsce, idziemy na zamek, gdzie robimy przerwę na obiad. Wchodzimy potem na wieżę, z której w oddali widać sanktuarium na Jasnej Górze. Pojawiają się też pierwsze błyskawice. Zbieramy się szybko i szukamy miejsca, w którym moglibyśmy się schronić. Wybór pada na przedsionek kościoła. Zdążamy w ostatniej chwili, bo wkrótce burza szaleje już na całego.           

Kiedy pogoda się trochę uspokaja, idziemy na plebanię. Proboszcz nie chce nas przenocować, ale wysyła nas do ośrodka dla dzieci prowadzonego przez zakonnice. Tam rozbijamy się na podwórku. I jest prysznic!            

Rankiem budzi nas wołanie: "Kić, kić, kić, kić! Kić, kić, kić, kić, kić!" - jedna z sióstr karmi kota. Po śniadaniu ruszamy dalej. Ostatnie dni nas bardzo rozleniwiły, więc do Częstochowy docieramy autobusem. Pierwsza rzecz, jaką robimy na miejscu, to wyprawa do McDonalda, gdzie rzucamy się na tortillę z kurczakiem. Potem Jasna Góra, dworzec kolejowy i z powrotem do Krakowa. W mieszkaniu z sentymentu rozbijamy namiot na środku pokoju. Konserw już nie tykamy! 

Ania Gaj

Reklama

Najlepsze tematy

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje