Przejdź na stronę główną Interia.pl
Weekend w Chicago za 100 dolarów

Podróże: Chicago, Stany Zjednoczone

Chicago trudno jest podbić w weekend, nawet jeśli ma się pełny portfel. Pomyślmy o samych tylko najważniejszych punktach programu: pizzy pieczonej w tortownicy, chicagowskich hot-dogach, obejrzeniu panoramy miasta, zwiedzaniu skarbów historycznej architektury, Parku Millenium, stadionu Wrigley Field, a także zwiedzaniu galerii i słuchaniu słynnego chicagowskiego bluesa. A przecież to nie wszystko...

Ze 100 dolarami w kieszeni (a 25 dolarów trzeba będzie wydać na 3-dniową kartę Ventra) będzie jeszcze trudniej. Ale na tym polega idea 100 dolarowych weekendów - na pokazaniu, że nawet najbardziej skąpy turysta może bawić się w każdym mieście przez 48 godzin.

Reklama

Zacząłem od poświęceń. Przejrzałem repertuary teatralne, ale nie było tam nic poniżej 25 dolarów. The Cubs byli w mieście, ale najtańsze wejście na stadion Wrigley kosztowało blisko 30 dolarów. W Chicago, dzięki półmilionowej populacji meksykańskiego pochodzenia, jest też mnóstwo dobrego meksykańskiego jedzenia, ale ta opcja też odpadła. Tym razem raczej ze względu na ograniczenia czasowe niż brak pieniędzy.

Ale nawet biorąc pod uwagę te kompromisy, udało mi się zrobić wszystkie pozostałe rzeczy, jakie chciałem zrobić. (W mój budżet nie wchodzi zakwaterowanie i cena biletów lotniczych - poniżej znajdziesz więcej szczegółów dotyczących zakwaterowania, podpowiem też jak zaoszczędzić na kartach Ventra).

Piątek


Opuszczając lotnisko O’Hare ok. 13.30 po raz pierwszy posługuję się moją kartą Venta. Najpierw jadę niebieską linią, a następnie autobusem nr 9 i udaje się prosto do Pequod’s Pizza. Wybrałem Pequod’s Pizza z dwóch powodów. Po pierwsze to popularne miejsce, ale na tyle trudno tu dotrzeć, że turyści w większości się tu nie zapuszczają. Drugi powód to lunch za 4,99 dolarów.

Neonowe reklamy piwa, i wystrój, który trudno byłoby określić jako designerski, sprawiają, że na pierwszy rzut oka Pequod wygląda jak zwykły bar sportowy. Ale zapach nie jest zwyczajny: aromat pepperoni i zapiekanej mozzarelli mile połechtał mój nos, gdy siedziałem przy barze, czekając na realizację zamówienia. Trwało to 30 minut. Ale w cenie jest jeden dodatek i napój gazowany.

Jak każdy prawdziwy Nowojorczyk przybyłem tu z góry uprzedzony do pizzy w chicagowskim stylu (robionej w tortownicy). Ale kiedy moje zamówienie nadeszło, wszystkie moje wątpliwości rozpłynęły się jak kawałki mozzarelli w cieście. Moja pizza była z sosem pomidorowym i pepperoni, oraz ze skarmelizowanym (czyli pysznie przypalonym) serem na brzegach. Wyglądała wspaniale i z łatwością uzyskała status S.T.I. (Straight to Instragram). Każdy kęs smakował doskonale i ostatecznie (wraz z podatkiem i napiwkiem) zapłaciłem 7 dolarów. W ciągu dnia studolarowy weekend w Chicago nie nastręcza większych problemów (przynajmniej jeśli nie przyjechaliśmy tu w samym środku zimy): wystarczy spacerować po mieście. Jak w każdym wielkim ośrodku nie brakuje tu ciekawej architektury i interesujących ludzi. Trudniej jest po zmroku. Oto rozwiązanie: zaplanuj swoją wycieczkę na ten jeden weekend w roku, kiedy Chicagowska Orkiestra Symfoniczna gra za darmo (normalnie najtańsze bilety są po 38 dolarów). Ja tak właśnie zrobiłem.

Zasiadłem więc w Parku Milenijnym wśród tysięcznego tłumu, by wysłuchać wykonania Czajkowskiego po dyrekcją Riccardo Muti’ego. Od pierwszych dźwięków Burzy po szaleńcze crescendo Symfonii nr. 4 w f, niebo zmieniało kolor. Najpierw z chabrowego na różowo-pomarańczowy, potem na granatowy, a w końcu na głęboko czarny. Myślę, że to doświadczenie najlepiej podsumowała Alejandra Soto, absolwentka collegeu, siedząca obok mnie na trawie i oglądająca pierwszy w życiu koncert muzyki klasycznej: "Kiedy jesteś w tłumie, emocje są zupełnie inne, niż kiedy oglądasz to na Youtube".

Noc skończyła się wycieczką do Longman and Eagle, restauracji w Logan Square odznaczonej gwiazdką Michelin. Jaki podstęp krył się w ich ofercie "każda Whiskey za 3 dolary"? Żaden jak się okazało. Restauracja była ciemna i gwarna. Zająłem wolne miejsce przy barze. Po mojej lewej rozrzutna para piła drinki po 10 dolarów i rozmawiała z barmanem o wódce destylowanej z miodu, po prawej siedział facet dojadający naprawdę pysznie wyglądającego burgera (15 dolarów), którego wkrótce zastąpił gość pytający (na próżno) o walijską Whiskey.

Poprosiłem barmana o rekomendacje, co zakończyło się następująco: 9 dolarów za hojnie napełnione szklaneczki z Bank Note blended Scotch, George Dickel Rye i Old Forester Bourbon. Trudno zrobić lepszy interes. Zdecydowałem się również wydać 8 dolców na klopsy z polentą, pietruszkowym pesto i kremową fondutą. By poczuć smak gwiazdki Michelin.

W ciągu dnia wydałem 55,73 dolarów. Zostało mi 44, 27.

Sobota


Chciałem wydostać się z centrum podczas mojego 100-dolarowego weekendu więc pochodzący z Chicago bloger Steven Shalowitz doradził mi wycieczkę do świątyni bahaitów w Wilmette (na końcu fioletowej linii) oraz śniadanie w podmiejskiej naleśnikarni Walker Bros.

- Jednak nie wiem jak dostaniesz się z jednego do drugiego -  powiedział.

Oczywiście dostałem się na piechotę - 2 kilometry z jedynej Świątyni bahaickiej w Północnej Ameryce, gdzie można dowiedzieć się czegoś o religii mającej swoje początki w XIX-wiecznej Persji. Otaczające ogrody nadają koloryt, a w ośrodku można obejrzeć krótki, ale profesjonalnie zrealizowany film o historii i wierzeniach bahaitów. Świątynia jako taka jest doskonałym miejscem na krótką medytację.

Jest jeszcze jedna rzecz, której warto się przyjrzeć: jabłkowo-cynamonowe naleśniki z Walker Bros - ogromny, kleisty (nie potrzebujesz już z żadnego syropu) twór. Moje pierwsze wrażenie: to jest albo żart albo jednodaniowe wyjaśnienie amerykańskiej epidemii otyłości. Drugie wrażenie: za 10,5 dolara to świetny posiłek dla dwojga.

Tego popołudnia spóźniłem się kilka minut do Chicagowskiego Centrum Kultury na darmową wycieczkę organizowaną przez Chicago Greeters.

Wychodzi na to, że moje przybycie nie przeszło niezauważone, bo gdy przewodniczka Susan Bernstein dowiedziała się, że jestem z Nowego Jorku, uśmiechnęła się ironicznie i mruknęła: "Osobistości". Poprowadziła grupę trzech osób na energiczną, zabawną wycieczkę architektoniczną, doprawioną wspomnieniami z jej własnego dzieciństwa. Ubolewała na przykład nad tym, że Macy’s zajmuje teraz stary budynek Marshall Field & Company z jego eleganckimi zegarami zdobiącymi elewację (Norman Rockwell umieścił je kiedyś na okładce  Saturday Evening Post).

Powiedziała też, że od dawna uwielbia misterne ornamenty żeliwne na odnowionym ostatnio centrum Suliwana (jednym z arcydzieł Luisa Sulliwana, obecnie mieści się tam sklep sieci Target). Pod pięknymi szklanymi mozaikami w lobby budynku Marquette opowiadała o ojcu Marquette, jezuickim misjonarzu. Gdy skończyła, przewodnik z innej grupy wycedził przez zęby: - Ona podała wam więcej szczegółów, ale ja jestem darmowy. (Chicago Greeters nie przyjmują nawet napiwków i można się z nimi umówić na bardziej spersonalizowane wycieczki - bardzo polecam).

Po wycieczce spędziłem trochę czasu w Centrum Kultury, które prezentuje kilka wystaw sztuki współczesnej, w tym zainspirowanej komisem rzeźby Hebru Brantley. Można tu też zobaczyć szklaną kopułę Tiffanego. Później wybrałem się kilka przecznic dalej do Buddy Guy’s Legends, słynnego klubu bluesowego, gdzie można za darmo posłuchać muzyki akustycznej w soboty o 18.00 (i nie tylko).

Myślałem, że  będę siedział przy barze pił drogiego drinka i słuchał muzyki drugiej kategorii, ale jak się kazało byłem w błędzie. Na scenie pojawił się  Jimmy Johnson, 85 letni bluesowy wyjadacz, który spędził na scenach Chicago ponad 60 lat. Zagrał dwa uduchowione sety dla tłumu, który wypełnił to miejsce na długo przed zachodem słońca ("to dla mnie ranek" żartował Jimmy). I okazało się, że można stać całkiem blisko sceny pijąc puszkę  Shiner Bock za 3.50 dolarów.

Czas na spróbowanie jibarito, sandwicha ze stekiem ze smażonymi bananami, jakoby wynalezionego przez portorykańską społeczność Chicago. Autobusem pojechałem do Humboldt Park, gdzie West Armitage Avenue jest wprost naszpikowana portorykańskimi restauracjami. Mój dobrze poinformowany znajmy doradził mi wersję za 9 dolarów w La Bruqueña.

Moja kanapka była "ze wszystkim": raczej tłuste banany przecięte wzdłuż, smażone i utaplane w majonezie, z delikatnym stekiem, stopionym serem, sałatą i pomidorami. Nie było to niesmaczne samo w sobie, ale było tu za dużo tłustego, ciężkiego chaosu, aby było to warte zjedzenia tylu kalorii i ryzykowania rozstrojem żołądka.

Czy mogę potępić to danie na podstawie tylko jednej próby? Chociaż byłem najedzony, naraziłem mój budżet, aby spróbować innej wersji w Papa’s Cache Sabroso. Tam potwierdziłem, że jibartos nie są dla mnie, choć te drugie były o wiele lepsze -  banany były bardziej czosnkowe i chrupiące - to wciąż wolałbym zjeść te wszystkie składniki osobno. (Mój przyjaciel przekonywał mnie, że jibartos są niezastąpione na kaca. Całkiem możliwe)

W tym dniu wydałem 38 dolarów. Zostało mi 6.27.

Niedziela

Co robić w Chicago jeśli jesteś niemal spłukany? Zacznij od kawy za dwa dolary i bułeczki za pół ceny w Bourgeois Pig Café, a następnie idź do Parku Lincolna, gdzie wszystko jest za darmo: zoo, cieplarnie, a także na wpół ukryty, romantyczny staw Alfred Caldwell Lily Pool, któremu przywrócono ostatnio jego oryginalny kształt z 1936 roku.

Cieplarnie spodobały mi się najbardziej. Spacerując w kopulastych szklarniach, przyglądałem się fuksji magellańskiej, wyglądającej jak złoto-czerwone kolczyki, a także helikoniom, krzewom Pachystachys lutea i amarantusom.

Czas udać się na lotnisko z 2,64 dolarów w kieszeni - nie skosztowawszy nawet jednego hot-doga. Jak tego uniknąć? Po drodze do metra wpadnij na chicagowskiego klasyka (z tańszego przedziału cenowego) do raczej zaniedbanego baru Redhot Ranch na Western Avenue.

Zamówiłem hot-doga w klasycznym chicagowskim stylu (z relishem, cebulą, musztardą i papryczkami, niestety bez ogórka) za 3,75. Jak się okazało, dostałem go z masą świeżo smażonych frytek wrzuconych na wierzch i nieelegancko zawiniętego w biały papier. Kolejna bomba dla żołądka. Ale kto żyje za 100 dolarów w weekend, umiera (lub przynajmniej lekko cierpi) za 100 dolarów w weekend.

Wydałem 7,38 dolarów. Razem: 101,11.

Jeśli się wybierasz

Przejazdy

Nowa kontrowersyjna karta Ventra kosztuje 5 dolarów, które są przelewane z powrotem na twoje konto, kiedy zarejestrujesz ją on line. To jednakże nie sprawdza się w przypadku podróżników, którzy kupują 3 lub 7 dniową kartę i kończą z 5 bezużytecznymi dolarami  na karcie, gdy opuszczają miasto. Aby uniknąć dodatkowej opłaty, możesz posługiwać się kartą zbliżeniową, płacąc za przejazdy.

Zakwaterowanie

Zatrzymałem się w Lincoln Park u przyjaciela, który w ciągu kilku minut odpowiedział na mój status “wybieram się do Chicago" na Facebooku. Jeśli poszukiwanie przyjaciół przez Facebooka nic nie da, zawsze możesz  skorzystać ze stron takich jak Couchsurfing i BeWelcome.org, by zorganizować sobie darmowy nocleg. Ceny hosteli w Chicago zaczynają się od 30 dolarów za noc - znajdziesz je na hostelbookers.com. Jeśli jednak podróżujesz z grupą, często taniej (i bardziej wygodnie) jest poszukać prywatnego pokoju na  Airbnb.com (wiele z nich kosztuje mniej niż 100 dolarów za noc).

Seth Kugel

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje