Przejdź na stronę główną Interia.pl

W poszukiwaniu świętego Graala

Kraina starych zamków i nowoczesnych win wychodzi z cienia. Langwedocja - do niedawna uboga krewna Prowansji - kusi sekretami przeszłości i ma przed sobą świetną przyszłość.

- Sto dwadzieścia tysięcy euro - prawdziwa okazja. Kupuje pan? - wyciągnięta w moją stronę sękata ręka farmera, który całe życie spędził, pracując w winnicy, a na emeryturze dorabia jako agent nieruchomości, zawisła w powietrzu. Dotknąłem jeszcze raz ciepłego, kamiennego muru. Aż trudno uwierzyć, że za cenę 60-metrowego mieszkania w Warszawie mogę zostać właścicielem 300-letniego domu w Le Somail, w sercu Langwedocji.

Reklama

Tuż za niskim ogrodzeniem z otoczaków zaczynały się i ciągnęły aż po horyzont równe rzędy winorośli. Starzy kelnerzy rozkładali kolorowe plastikowe obrusy na stolikach ustawionych w ogródku restauracji przy antycznym moście rozpiętym nad rzeką Aude. Wystarczyłaby odrobina wyobraźni, by zobaczyć maszerujące tędy dwa tysiące lat temu rzymskie legiony, tabory Wizygotów, którzy przyszli po Rzymianach, Saracenów, rycerzy Karola Wielkiego, tajemniczych katarów, templariuszy, krzyżowców, muszkieterów, sankiulotów... Gościnna ziemia pomiędzy Rodanem a Pirenejami od zawsze przyciągała życiowych rozbitków i awanturników.

Odkrywanie Langwedocji zacząłem od Béziers. Małe miasteczko 150 kilometrów na zachód od zapełnionego turystami Awinionu wyglądało na całkowicie opustoszałe. Tylko pod rosłymi platanami przy głównej alei kilku emerytów zapamiętale grało w petanque - uwielbianą na południu Francji odmianę gry w boule.

Wędrowałem stromymi uliczkami wciśniętymi pomiędzy kamienice i zastanawiałem się, na plan jakiego historycznego filmu trafiłem. Można by tu kręcić zarówno "Romeo i Julię", jak i "Trzech muszkieterów". Na samym czubku wzgórza, na którym usytuowane jest miasto, wszedłem do kamiennej katedry pod wezwaniem św. Magdaleny. Moją uwagę przykuła skromna tablica pamiątkowa. Podszedłem bliżej i włosy stanęły mi dęba na głowie.

700 lat temu, 22 lipca 1209 roku, w Béziers zamordowano 20 tysięcy ludzi. Na dodatek tej zbrodni dokonano z błogosławieństwem samego papieża. Armia krzyżowców przybyła do Langwedocji, by rozprawić się z katarami - heretykami, którzy wierzyli w to, że nasz świat został stworzony przez złego Boga. W Béziers było ich ponoć 222 - zaledwie 1 proc. mieszkańców. Jednak gdy najeźdźcy zażądali ich wydania, rada miejska z oburzeniem odrzuciła ultimatum.

Béziers miało potężne fortyfikacje i spore zapasy żywności. Pech chciał, że obrońcy zapomnieli zamknąć bram. Gdy oddziały krzyżowców wdarły się za mury, do dowodzącego oblężeniem legata papieskiego, opata cystersów Arnolda Amaury wysłano gońca z pytaniem, jak odróżnić heretyków od pobożnych katolików. Surowy mnich odpowiedział: "Zabijcie wszystkich. Bóg rozpozna swoich". Kilka dni później Amaury w liście do papieża Innocentego III pisał z dumą: "20 tysięcy obywateli poszło pod miecz, nie bacząc na wiek ni płeć. Dzieło boskiej zemsty było doprawdy zachwycające...".

Żeby zrozumieć, jak doszło do największej zbrodni średniowiecznej Europy, pojechałem 90 kilometrów dalej na zachód - do Carcassonne. Miasto wygląda jak kolorowa ilustracja w powieści z gatunku płaszcza i szpady. Twierdza opasana podwójnym pierścieniem murów z 53 wieżami to jedno z tych miejsc, w których historia jest na wyciągnięcie ręki.

Całe miasto żyje z turystów, którzy szukają śladów po potępionych katarach. W wąskich uliczkach wewnątrz średniowiecznej twierdzy na straganach można kupić drewniane miecze krzyżowców i kaptury inkwizytorów. W restauracyjnych menu, nazwach ulic, sklepów i barów powtarzają się wciąż dwa nazwiska rycerzy, którzy związali swój los z Langwedocją: Trencavel i Montfort.

Wicehrabia Rajmund-Roger Trencavel, zwany "Parsifalem - rycerzem Graala" był przedstawicielem epoki nazywanej dziś "XII-wiecznym renesansem". W jego zamku trubadurzy śpiewali damom serca słodkie canzony, a święty Dominik Guzman prowadził teologiczne spory z katarskimi przywódcami, którzy z racji ewangelicznego ubóstwa i nieskazitelnego stylu życia zwani byli "doskonałymi" (grec. katharsis - oczyszczenie).

Simon de Montfort był po drugiej stronie barykady. Podczas oblężenia Carcassonne przez krzyżowców dokonywał heroicznych czynów dowodzących jego wielkiej odwagi. W nagrodę po zamordowanym wicehrabim Trencavelu otrzymał Carcassonne i rządził twardą ręką, osobiście asystując w torturach, którym poddawano podejrzanych o herezję. Montfort w otoczeniu inkwizytorów zawzięcie ścigał heretyków w swoich włościach, ale był bezsilny, gdy podejrzani kryli się za murami licznych w Langwedocji komandorii templariuszy.

Rycerze świątyni nie chcieli uczestniczyć w krucjacie, a po upadku ostatniej twierdzy katarów - warowni Montségur, podejrzewano ich o to, że ukryli najcenniejszy skarb heretyków - święty Graal.

Gdy na początku XIV wieku król Francji Filip Piękny aresztował wszystkich templariuszy, liczył, że odnajdzie nieprzebrane skarby. Ale kosztowności i cenne relikwie, jeśli w ogóle były - zniknęły. Pozostała legenda, która w XIX wieku odżyła, gdy Bérenger Sauni`ere, proboszcz położonego nieopodal Carcassonne Rennes-le-Château, podczas remontu w kościele (dawnej komandorii templariuszy) odkrył tajemnicze manuskrypty.

Dokumenty dowodziły, że pierwsza dynastia francuskich królów, Merowingów, wywodzi się od potomków Jezusa i Marii Magdaleny. To oni są właśnie świętym Graalem (Sang Real - królewska krew). Dokumenty Sauni`ere´a okazały się fałszywe, ale wjeżdżając na maleńki parking przed kościołem Marii Magdaleny w Rennes-le-Château, każdy chyba czuje dreszcz emocji. Zbyt wiele jest znaków zapytania, co zręcznie wykorzystali Michael Baigent i Richard Leigh - autorzy bestsellera "Święty Graal, święta krew", a po nich Dan Brown, który na motywach ich książki napisał własną - "Kod Leonarda da Vinci". Rennes-le-Château można dziś zwiedzić w pięć minut, ale kiedyś było sporym rzymskim miastem - oppidum, a potem stolicą Wizygotów (czego pozostałości widać w kościele).

Wracam bocznymi drogami, wzdłuż niekończących się winnic. Nie sposób oprzeć się kuszącym tablicom: "Vente de vin! Dégustation a domicile". Zjeżdżam w szutrową dróżkę prowadzącą do kamiennego domu. Gospodarz z dumą oprowadza mnie po obszernej piwniczce. Prosto ze stalowych zbiorników upuszcza doskonałe wino.

Tradycje winiarskie sięgają tu dwóch tysięcy lat, ale do niedawna mało kto słyszał o trunkach z tego regionu. Dopiero od 20 lat, gdy winnicami zaczęło zarządzać młode pokolenie winiarzy, Langwedocja stała się modna.

Choć znawcy grymaszą, że "młodzi gniewni" zbyt się wzorują na winach z Kalifornii i Chile. Mnie to nie przeszkadza. Nikt tu nie kupuje wina na butelki. Za radą sprzedawcy biorę plastikowy kanister przepysznego rose, w przyzwoitej cenie 50 eurocentów za litr.

- Jak się pan wreszcie zdecyduje, proszę zadzwonić! Niemcy i Anglicy kupują takie domy w ciemno. To dobra inwestycja! - farmer-agent nieruchomości wyraźnie traci cierpliwość. Ostatni raz patrzę na "mój" dom w Le Somail. Teraz jakoś wyraźniej widzę popękany tynk, podejrzane sterty gruzu pod ścianami i zabite okiennice. Zastanawiam się, ile może kosztować remont, i już wiem, że musiałbym najpierw znaleźć skarb templariuszy. Może w przyszłe wakacje...

Sergiusz Pinkwart

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama