Przejdź na stronę główną Interia.pl

Tylko dla wtajemniczonych

Kampen jest ulubionym miejscem niemieckich miliarderów. To taka miniaturowa wersja Saint-Tropez czy Portofino, z tą tylko różnicą, że mało kto (poza Niemcami) o nim słyszał. Nic dziwnego, bo wyspa Sylt to pilnie strzeżony skarb.

Morze wydm, trawy czesane wiatrem, dzikie róże, a pośród nich potężne domostwa kryte przypominającymi grzybie kapelusze dachami z trzciny.

Reklama

Strzecha to na wyspie Sylt symbol bogactwa. Wszystko dlatego, że jest droga w utrzymaniu - trzeba ją co 30 lat wymieniać, a ubezpieczenie krytego nią domu jest o wiele droższe niż tego z dachówką. Nic więc dziwnego, że w luksusowym i wymuskanym kurorcie Kampen strzechą kryte są nie tylko piękne wille, ale także butiki światowych marek.

Mieszkać chciałby tu każdy, jednak nawet ten, kto ma miliony na koncie, nie może kupić domu na Sylt ot tak, po prostu. Trzeba czekać w długiej kolejce. Wszystko dlatego, że nowych posiadłości się tu raczej nie buduje, a starych prawie nikt nie sprzedaje.

Tym sposobem wille z Kampen są najdroższymi i najbardziej pożądanymi nieruchomościami w całych Niemczech - każdy ich metr kwadratowy jest wart około 30 tysięcy euro! Ziemia też kosztuje tu krocie, bo choć Sylt jest największą z Wysp Północnofryzyjskich (Niemcy dzielą ten archipelag z Danią), to niemal połowa jego powierzchni znajduje się pod ścisłą ochroną.

Paradoksalnie to snobizm i moda na Sylt ratują tę idylliczną krainę przed zagładą. Bo gdyby nie zainwestowane tu miliony, to płaska jak naleśnik wyspa kurczyłaby się z prędkością około metra rocznie. Trzeba się nieźle natrudzić, by po zimie "wyszarpnąć" Morzu Północnemu zabrane przez sztormy plaże - piasek, z którego słynie Sylt, to delikatna materia. Układa się w wydmy wyglądające niczym zastygłe morskie fale porośnięte gęstą czupryną ostrych traw.

Niektóre, jak Uwe-Düne przy Kampen, były dawniej ruchome. Okiełznała je dopiero trawa posadzona przez rybaków zmęczonych ciągłą walką z żarłocznym, pożerającym ich domy piaskiem.

Wydmy płynnie przechodzą w długą, 40-kilometrową plażę zajmującą niemal całe zachodnie wybrzeże wyspy. Jej znakiem rozpoznawczym są charakterystyczne białe kosze plecione z wikliny. To niemiecki wynalazek idealnie osłaniający od wiatru i o wiele bardziej malowniczy niż grajdoły czy parawany.

Kosze świadczą o tym, że wiatr lubi Sylt. Zresztą zachwyceni są tym kite- i windsurferzy, którzy ściągają deski z dachów drogich samochodów, gdy tylko mocniej zawieje.

Miłośników ciepła w chłodniejszy dzień ratują słynne plażowe sauny. Właśnie wiatr, a raczej potężne zimowe zawieje i sztormy sprowadziły na Sylt Romana Polańskiego i ekipę "Autora widmo", do którego zdjęcia kręcono na samej północy, nad zatoką Königshafen.

Tu wyspa jest najwęższa - wschodni brzeg od zachodniego dzieli zaledwie 320 piaszczystych metrów, a do kąpieli nie zachęcają niebezpieczne prądy. Przylądek, zwany łokciem, zwieńcza latarnia morska w biało-czerwone pasy, a okoliczne piaski i trawy stworzyły niesamowitą, naturalną dekorację do filmu.

To właśnie artyści zapoczątkowali w latach 60. modę na Sylt. Francuska aktorka Brigitte Bardot była jedną z pierwszych, która tu przyjeżdżała, a za nią ściągnęła reszta. Potem przyszła kolej na bogaczy, którzy zamienili podupadające rybackie osady w centralnej części wyspy w wymuskane perełki.

Ot, chociażby Keitum - balansujące na krawędzi Zielonych Klifów, rzeźbionych przez erozję i morskie fale. Tak tu pięknie, że nietrudno zrozumieć, dlaczego Sylt jest tak pilnie strzeżoną tajemnicą.

Tekst: Anna Janowska

PANI 8/2017


Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje