Przejdź na stronę główną Interia.pl

Trzy pokolenia jadą do Tokio

A więc byliśmy w Tokio. Trzy pokolenia mojej rodziny siedziały rzędem na ławce w wagoniku metra: moja matka, teść i teściowa, mój mąż Matt i naszych dwóch synów: Teddy, prawie dwa latka i Felix, cztery. Zrobiłam zdjęcie tego żywego drzewa genealogicznego w drodze do naszych starych przyjaciół.

Czego na zdjęciu nie dało się zobaczyć? Tego, że za 20 minut oczy Feliksa  zaczęły puchnąć w wyniku jakiejś tajemniczej reakcji alergicznej, że dzień był nieprawdopodobnie gorący, a wilgotność powietrza wysoka, co bardzo nie pasowało do kostiumów superbohaterów, jakie nasi synowie chcieli nosić podczas japońskiej wersji Halloween, i tego, że zostaliśmy zaatakowani przez komary, kiedy staliśmy w niekończącej się kolejce po słodycze na pobliskim jarmarku.

Reklama

Zaniepokojenie z powodu ostatnich epidemii dengi wzrosło,  szukaliśmy zatem pociechy w lekach antyhistaminowych i w klimatyzowanym domu naszych przyjaciół. Zapomniałam, że kiedykolwiek uważałam się za nieustraszonego podróżnika.

Przez chwilę jednakże byliśmy optymistami.

Pomysł rodzinnego wyjazdu do Japonii pojawił się po raz pierwszy ostatniej jesieni, kiedy okazało się, że mój mąż i ja musieliśmy wypełnić tam rozliczne zobowiązania zawodowe. Zamiast zostawić dzieci z dziadkami, postanowiliśmy zabrać dziadków z sobą. Podróż wielopokoleniowej rodziny może być wyczynem akrobatycznym, szczególnie z dwojgiem dzieci poniżej 5 roku życia. Ale gra była warta świeczki, bo przed Japonią nasze matki nigdy nie były za morzem. Każda z nich była na emeryturze i niezbyt często wybierały się poza swoją strefę komfortu, nie licząc podróży do Kanady czy Meksyku. Chcieliśmy pokazać im możliwości. Chcieliśmy, żeby dla wnuków były czymś więcej niż postaciami, z którymi rozmawia się przez  FaceTime.

I - bądźmy szczerzy - wiedzieliśmy, że będziemy potrzebować nieco pomocy z dziećmi. Dlatego wykorzystaliśmy długo zbierane mile i zarezerwowaliśmy bilety do Japonii dla naszej siódemki.

I mieliśmy nadzieję, że będzie to coś ekstra. Japońskie słowo amae oznacza zależność od cudzej uprzejmości. Idea została wprowadzona w latach 70. przez wpływowego japońskiego psychiatrę Takeo Doi, który używał jej do wyjaśnienia silnych więzi międzyludzkich w japońskim społeczeństwie. Uprzejmość wytwarza giri, zobowiązanie do odwzajemnienia się. I tak relacja zaczyna się bazując na pragnieniu bycia "zaopiekowanym" i przewidywaniu, czego mogą potrzebować inni.

Okazało się, że amae jest niezłym sposobem myślenia dla naszej trzypokoleniowej rodziny w czasie spędzanym razem pod tokijskim dachem. Pomijając wszystko, udane wycieczki z innymi bez względu na to, czy jest to rodzina, znajomi czy obcy, czy jest to jeden towarzysz czy sześcioro - w znacznym stopniu polegają na tym, że dbasz, by inni byli równie zadowoleni jak ty.

 Jestem już zupełnie inną osobą niż ta, którą byłam dziesięć lat temu, kiedy po raz pierwszy pojechałam do Tokio, jako dwudziestoletni lekkoduch, aby w ramach międzynarodowej przygody odwiedzić znajomych ze szkoły.  Pamiętam nowatorstwo tego wszystkiego, co napotkałam i dziwaczne, cudowne doświadczenia. Przyjaciele pokazali mi szalony zestaw rzeczy, jakie można kupić w ulicznych automatach (potrzebujesz piwa lub telefonu komórkowego? A może kremu do twarzy?).

W przyprawiającym o zawrót głowy barze na 52 piętrze Park Hyatt Tokyo, hostessa pokazała mi szafę wypełnioną butami na wysokim obcasie, którymi mogłabym zastąpić moje nieodpowiednie klapki. Nawet zatrzymanie się w 7-Eleven na ulicy wiązało się z zupełnie innym poziomem ekscytacji wywołanym nowatorskimi cukierkami i napojamitakimi, jak Crunky Popjoy, Pocari Sweat i DewDew. I oczywiście był tam niesamowity tłum pieszych przechodzących przez przejście“Shibuya scramble," położone nad stacją Shibuya i będące jednym z najbardziej zatłoczonych skrzyżowań na świecie.

Jest tam tyle rzeczy, którymi można się zachwycać i takich, które wprawiają w zakłopotanie, ale biorąc pod uwagę, że w Tokio mieszka 13,5 mln ludzi, istnieje też ryzyko, że to wszystko człowieka przytłoczy. Tłum pasażerów w labiryncie systemu metra, nie wspominając o barierze językowej, może być przerażający.

Matt i ja staraliśmy się postawić w sytuacji naszych małych dzieci i naszych rodziców, będących po 60., aby być świadomymi czy czują się komfortowo. Przez Airbnb wynajęliśmy dwa domy w dwóch różnych dzielnicach - zielonej Azabu Juban, w pobliżu ambasad i cichej Omotesando, zaledwie kilka kwartałów od awangardowych pokazów mody na słynnej Harajuku - i spędziliśmy tydzień w każdym.

 Poza pracą nasze cele były skromne. Zaplanowaliśmy nasz pobyt tak, jak zrobiłaby to każda inna rodzina: odnalezienie parków i placów zabaw, zakupy i poszukiwanie miejsc uczęszczanych przez miejscowych. Odrobiliśmy zadanie szperając w Googlemaps i pytając o radę Japońskich znajomych, a także trzymając oczy szeroko otwarte podczas spacerów i starając się używać japońskich fraz tak często, jak to tylko możliwe.

Kiedy podróżujesz ze swoimi rodzicami i ze swoimi dziećmi, każdy ma swój punkt widzenia. Moja mama Selena, urodzona w Chinach mieszkanka Nowego Jorku, wolała nie wychodzić sama, bo bała się zgubić. Ale brała na muszkę japońskie supermarkety, które polubiła, by przygotować dla nas to, co uważała za ważne: domowe posiłki, jak krewetki z imbirem i czosnkiem i brokuły z ryżem, lub smażony makaron z kurczakiem.

Dla kontrastu ojczym  męża Jan, pochodzący ze Wschodniego Wybrzeża marynarz i inspektor morski, był jakby prowadzony przez wrodzone poczucie kierunku. Pozwalał sobie na rozmaite indywidualne wypady, aby zobaczyć sprzedawców ze słynącej z elektroniki dzielnicy  Akihabara, albo handlarzy na słynnym targu rybnym  Tsukiji, gdzie na aukcjach jest kupowana i sprzedawana większość tuńczyka znajdującego się na światowym rynku. Wszystko fotografował.

W domu w Sonoma w Kaliforni, moja teściowa Robin, ma małą farmę z całą menażerią: kotami, psami, ziębami, kaczkami i kurami. W Tokio wykazała się sokolim okiem jeśli chodzi o wszystko, co związane z naturą. Wzdłuż leśnych ścieżek w  Yoyogi Koen, tokijskim odpowiedniku Central Parku, zachęciła nas do podziwiania modliszek siedzących na źdźble trawy. Mattem kierowało zamiłowanie do słodyczy. Po drodze do domu każdego dnia wpadał do cukierni i sklepów ze słodyczami, na jakie naprowadził go jego osobisty radar.

W ten sposób odkrywaliśmy rytmy, które pozwalały nam poznać to miejsce. Dla mnie było to poranne bieganie, a po nim wizyta w uroczej  kissaten - kawiarni ukrytej za ogrodem sąsiedniego domu, od 10 rano serwującej skrupulatnie parzone espresso. Po tygodniu wizyt nauczyłam się zjawiać się jak najwcześniej, z Feliksem będącym wciąż w pidżamie, tak, abyśmy zdążyli załapać się na kilka z około setki maleńkich pięknych waniliowych tart, które energiczny młody właściciel wypiekał każdego ranka i sprzedawał, aż do wyczerpania zapasu.

Dzieci miały swój własny sposób na odnalezienie rzeczy, które je interesowały. Wąskie uliczki  Omotesando są kręte i pełne ukrytych sklepików oraz ścieżek rowerowych. Jednego deszczowego poranka napotkaliśmy miniaturową japońską śmieciarkę, obsługiwaną przez dwóch mężczyzn w uniformach, którzy sprzątali plac zabaw. Feliks zakochany we wszelkiego rodzaju pojazdach, podbiegł do mężczyzn, ale nagle ogarnęła go nieśmiałość. Zdołał tylko wyszeptać pozdrowienie:  konnichiwa. Jeden z mężczyzn uśmiechnął się. Feliks uciekł. Teddy wyskoczył z wózka i pobiegł za starszym bratem pomiędzy wielkie betonowe zwierzęta pomalowane na jaskrawe kolory.

Kiedy zobaczyłam mają mamę, śmiejącą się bezradnie i próbującą złapać dwóch chłopców, goniąc za nimi dookoła wielkiego błękitnego wieloryba -zorientowałam się, że zawlekliśmy się 8000 km przez Pacyfik, aby tego doświadczyć. Poczucia dzielenia się odkryciami, dużymi i małymi. To było więcej niż zwiedzanie Tokio. To było to, czym żywią się relacje międzyludzkie. Do było spędzanie razem wspaniałych chwil i wszystkie te krótkich lecz znaczące szczegóły, jakie za tym idą.

Były tam domowe kolacje i drobne prezenty. Pudełko plastikowego sushi dla Felixa i  kolekcja gumek do mazania w kształcie zwierzątek dla Teddyego. Zestaw lego ze sklepiku na rogu. Wysłanie rodziców na zabawny posiłek do restauracji kaiten sushi, gdzie dania wędrują wokół na taśmie. Takie restauracje są popularne i jest w mich zawsze mnóstwo ludzi chcących zjeść lunch, zarówno miejscowych jak i turystów, a nasi rodzice mogli wybrać co chcieli, czując się swobodnie.

Rodzice wcześnie chodzili spać, więc mogliśmy wyjść na kolację bez dzieci, w tym raz na niezapomnianą ucztę suto zakrapianą sake w wielkiej nagrodzonej gwiazdką Michelin restauracji typu izakaya.

Czasami wybieraliśmy się całą paczką. Dwa piętra powyżej ruchliwej Harajuku, moja rodzina zajęła niemal wszystkie krzesła w  małym bufecie z curry, na który się natknęliśmy. W ciasną przestrzeń za nami został wciśnięty wózek, w którym spał Teddy. Wynieśliśmy go po schodach jak pijanego radżę.

Wszyscy byliśmy wygłodniali po porannym spacerze po parku  Yoyogi Koen, ale ja byłam świadoma, że śpiący dzieciak to tykająca bomba zegarowa, która może przerwać nasz posiłek w każdej chwili. Nasz czas był ograniczony. Kiedy kucharz podał pachnące talerze z katsu curry z ryżem i warzywami -  arigatou gozaimasu ! - odetchnęłam. Felix zaczął połykać kawałki swojego doprawionego curry kotleta. Moja mama spojrzała na jedzenie, a potem uśmiechnęła się do mnie podekscytowanym uśmiechem małego dziecka, którego nie widzę dostatecznie często. Ten uśmiech był zaraźliwy i przeszedł na rodziców Matta, a później na nas. Takie momenty się zapamiętuje.

Poruszanie się całą paczką sprzyja wycieczkom na łono natury. Wybieraliśmy się na długie spacery przez wschodnie ogrody Pałacu Cesarskiego, gdzie chłopcy wspinali się na drewniane mostki i na kamienne fundamenty wieży oraz do  Meiji Shrine, kompleksu budynków i ogrodów poświęconego pierwszemu cesarzowi współczesnej Japonii i jego małżonce.

Wraz z Yoyogi Koe Shrine to jedne z niewielu spokojnych zielonych terenów w mieście ciężkim od betonu. Są tu szerokie żwirowe ścieżki i gęsto nasadzone drzewa: dęby, sosny i kamforowce.

 W centrum kompleksu cały ruch pieszy wstrzymała biało ubrana procesja - shintoistyczne wesele. Nieopodal podziwialiśmy ściany życzeń z wiszących ema - drewnianych tabliczek z wypisanymi modlitwami, które pozostawili tu odwiedzający.

 Wzięłam drewnianą tabliczkę i zapisałam życzenie Felixa: "więcej sushi". A co do mnie - czegóż więcej mogłabym chcieć? Miałam Felixa na ramionach i rodzinę wokół siebie. Pozwoliłam sobie poddać się amae, tej zależności od uprzejmości innych - i nie potrzebowałam niczego więcej.

Bonnie Tsui
 fot. Ko Sasaki

tłum. I. Grelowska

 

 


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje