Przejdź na stronę główną Interia.pl

Tirana - miasto, które żyje zmianą

Zaczynasz rozumieć Tiranę, stolicę Albanii, kiedy próbujesz przejść przez główną ulicę miasta, którą miejscowi nazywają po prostu Bulwarem.

Są tam przejścia dla pieszych i samochody zatrzymują się, kiedy naprawdę muszą, ale przejście przez ulicę to wyczyn bliski rzuceniu się ze sceny w roztańczony tłum. Tyle że tu jest to tłum roztańczonych samochodów.

Reklama

To wymaga odwagi. I zrozumienia, że Albańczycy żyją w rytmie luźnej zasady: wypełnij przestrzeń, jeśli jest wolna.

Był duszny czerwcowy dzień. Znalazłem swój rytm, ruszyłem z centralnego placu Tirany nazywanego Skanderbeg i przeszedłem przez Bulwar.

Kiedy umykałem przed samochodami w drodze na spotkanie z Edi Ramą, premierem Albanii, pomyślałem o tym, że prowadzę samochód od 1986 roku, czyli o 5 lat dłużej niż ktokolwiek w całej Albanii. Oczywiście z wyjątkiem kilku osób mających specjalne zezwolenia w czasach albańskiego komunistycznego dyktatora Envera Hodży, który w stalinowskim stylu rządził krajem 45 lat.

Kiedy wszedłem do budynku, szybko zaprowadzono mnie do biura Ramy. Jako burmistrz Tirany w latach 2000-2011 Rama, charyzmatyczny lider Partii Socjalistycznej, był odpowiedzialny za pokrycie szarych komunistycznych gmachów kalejdoskopem barw. Do dzisiaj paleta jaskrawych kolorów budzi w tej bałkańskiej stolicy wybuchy śmiechu.

- Nie jestem tu ze względu na politykę - powiedziałem, kiedy uścisnęliśmy sobie dłonie. - Jestem dziennikarzem turystycznym i przygotowuję materiał o Tiranie.


Rama, 51, który jest także artystą i byłym członkiem narodowej drużyny koszykówki, wyraźnie się rozluźnił i wyłożył nogi na biurko zastawione przybornikami i kolorowymi markerami. Zachowywał się jak Lyndon B. Johnson, ale zamiast garnituru i kowbojskich butów, nosił spodnie khaki i znoszone czarne trampki. Tapeta w gabinecie drukowana jest w esy-floresy - rysunki, z których słynie premier-artysta.

- To, co widzisz tu dzisiaj, w 2000 roku trudno było nazwać miastem. Na wszystkich terenach zielonych stały nielegalne budynki - opowiadał.

Według premiera po wyburzaniu nielegalnych budynków nad samym tylko brzegiem Lany usunięto 123 000 ton betonu. Rama połączył te wyburzenia z malowaniem budynków na różne kolory, co stało się jego wizytówką.

- Kiedy zaczęliśmy malować, wydarzyły się dwie rzeczy - wyjaśniał Rama. - Po pierwsze właściciele sklepów zaczęli się pozbywać krat, bo poczuli się pewniej. A po drugie zaczęli płacić podatki.

Zapytałem premiera, jak to jest żyć w stolicy, która cierpiała pod despotycznym reżimem do 1991, a teraz jest demokratyczna.

-  Żyjesz zmianą - powiedział. - Każdego dnia żyjesz potrzebą zmiany.

Dla turystów ta zmiana manifestuje się w namacalnej miejskiej energii.

Tirana jest gęstą plątaniną willi w stylu włoskim z lat 20., przeszklonych wieżowców, bruków z ery otomańskiej, sklepów z tytoniem i skrzyniami pełnymi warzyw, oraz kawiarnianych ogródków, w których modna młodzież sączy macchiato. Pośród tego wszystkiego rozrzucone są masywne komunistyczne budynki pomalowane w jaskrawe kolory.

Plac Skanderbeg to centrum miasta i pierwszy przykład terenów zielonych, które Rama postanowił przywrócić do stanu poprzedniego. Biznesmeni pędzą przez skwer otoczony alejami i usiany trawiastymi wyspami. Tu i tam w cieniu drzew na trawie ludzie odpoczywają, jedząc arbuzy i wachlując się w upale. To miejsce, gdzie zwiedzający może załapać architektoniczny a zatem i historyczny sens Tirany, miasta założonego w 1614 przez otomańskiego generała Sulejmana Bargjini, które jest stolicą od 1920 roku. Żyje tu jedna czwarta trzymilionowej populacji Albanii.

Stojąc przed brązową statuą jeźdźca dzierżącego miecz, Gjergja Kastrioti, znanego też jako Skanderbeg, narodowego bohatera, który w 1443 przeciwstawił się okupującemu Albanię imperium otomańskiemu, rozejrzałem się wkoło. Po prawej - meczet Ethema Beya ukończony w 1823 roku. Około 65 procent ludności Albanii to muzułmanie i w tym dniu, w środku Ramadanu, tłum zbierał się na modlitwę.

Za mną stał  musztardowo-żółty budynek ministerstwa w barokowym stylu, zaprojektowany w latach 20. przez włoskich architektów ery faszystowskiej. Dalej widać błękitne kopuły soboru Zmartwychwstania Pańskiego w Tiranie, otwartego w 2012 roku.

Poszedłem na północny kraniec placu, do Narodowego Muzeum Historycznego, którego fasadę zdobi ogromna mozaika, będącej hołdem dla albańskiej historii: od Ilirów do partyzantów z drugiej wojny światowej.

Przewodnik, Viktor Sharra opowiedział mi, że ten masywny socjalistyczny budynek był otwarty w 1981 roku za Envera Hodży. Te dwa słowa słyszałem tak często i odnośnie tak wielu obiektów, że zaczęły zlewać się w jedno "zahodży". Hodża rządził Albanią od 1944 roku do swojej śmierci w 1985 roku.

W środku  Sharra i ja przechadzaliśmy się po powierzchniach wystawienniczych liczących 17 999 metrów kwadratowych, pośród ponad 5 000 eksponatów pochodzących z różnych epok: od paleolitu po czasy komunizmu. Mijaliśmy helleńskie popiersia, iliryjskie monety, armaty, dokumenty deklarujące albańską niepodległość w 1912 roku. Kiedy znowu wyszliśmy na zewnątrz, Sharra spojrzał na mnie poważnie i zacytował Churchilla: "Bałkany wytworzyły więcej historii, niż mogą strawić".

Skręciłem w południową część głównej ulicy miasta oficjalnie nazywanej Bulwar Deshmmoret E Kombit (północna część nazywa się Bulwar Zogu I, na cześć Ahmeda Zogu, prezydenta, który został królem, panującego od 1925 do 1939 roku). Ponad 85 lat temu, kiedy Bulwar był wciąż w budowie, pewien francuski architekt miał krzyknąć: "Widziałem już miasta bez bulwarów, ale nigdy nie widziałem bulwaru bez miasta!"

To już się zmieniło. Dziś wzdłuż Bulwaru stoją 4-5 gwiazdkowe hotele, banki, butiki i Pałac Kultury, siedziba Narodowego Teatru Opery i Baletu, Biblioteka Narodowa i Narodowa Galeria Sztuki. Na drugim piętrze tej ostatniej możemy zobaczyć doskonałą kolekcję socrealistycznego malarstwa, pierwsze piętro gości wystawy czasowe.  

Po drodze na spotkanie z dziennikarzem Aldą Bardhylim, widziałem dowody na istnienie nierówności typowych dla postkomunistycznych krajów, które szybko przeszły do gospodarki rynkowej. Lśniące mercedesy mijają rozklekotane rowery, na których jadą po trzy osoby. Tuż przede mną kobieta w wysokich kozaczkach tancerki go-go i obcisłej sukience w panterkę nie pozostawała w tyle za starszym mężczyzną w obszarpanym płaszczu i słomianym kapeluszu jadącym na ledwo zipiącym skuterze.

- Przez wiele lat w Albanii nie było niczego, ani kawiarni, ani barów tylko praca - mówi Bardhyli, dodając, że w czasach komunizmu praca była skolektywizowana - ludzie mieli "normalną pracę", podbijali kartę w fabrykach i kopalniach. Dzisiaj biznes jest sprywatyzowany i choć bezrobocie sięga 13 proc., panuje tam duch przedsiębiorczości,  czego dowodem jest ilość sklepów, restauracji, barów i wyraźne upodobanie do zachodniego konsumpcjonizmu.

Siedzieliśmy w Komiteti, kawiarni, która określa się także jako  muzeum. Jest wypełniona przedmiotami wyprodukowanymi "zahodży". Półki wypełniają stare radia i komunistyczne książki. Przy barze, który serwuje raki w 25 smakach, z sufitu zwisają grabie, a między ich zęby powtykane są kieliszki.

- Ludzie lubią zagraniczne rzeczy, ponieważ długo byliśmy odcięci od świata. Bez telewizji, bez podróży i kontaktów - powiedział Bardhyli. - Za komunizmu tego im brakowało i teraz nadrabiają.

Udaliśmy się do pobliskiej tawerny e Kasap Beut na lunch. Siostry Verushi prowadzą tę przytulną restaurację, gdzie warkocze czosnku i papryki wiszą obok malowanych talerzy i ceramicznych dzbanów. Siostry to typowe bałkańskie matrony, które uśmiechają się szeroko, kiedy widzą obcych i jeszcze szerzej, kiedy widzą stałych bywalców. Ich ojciec dostarcza mięso (nazwa tawerny to w wolnym tłumaczeniu "pan rzeźnik"). Warzywa dostarczane są bezpośrednio przez rolników. Nie ma menu. Dania po prostu pojawiają się na stole: cienkie ciasto burek nadziewane zmiksowanymi cebulami i pomidorami, świeża zielenina, pieczona jagnięcina, doskonały sernik. Rachunek to ok. 1500 leke od osoby.

Muszę przyznać, że łatwo zakochuję się w miastach i często są to zapadłe dziury. Ale Tirana nie jest zapadłą dziurą - choć większość mieszkańców, z którymi rozmawiałem, starała się mnie przekonać, że jest wręcz przeciwnie. Na każdym kroku nowo poznane osoby starały się wysłać mnie z miasta do miejsc, które są uważane za albańskie atrakcje, jak wybrzeże Adriatyku, góry. Odmawiałem. Dopiero wtedy odkrywali przede mną swoje ulubione zakątki Tirany.

- Tirana tętni życiem - wyjaśnia Gent Mati, właściciel agencji turystycznej  Outdoor Albania, z którą ubiegłego lata wspinałem się w północnych albańskich Alpach. - Ale to jest stolica ze swojskim klimatem. Każdy ma swoje ulubione miejsce. Zachwycaliśmy się tymi  miejscami sącząc koktajle w Barze Radio, w ekskluzywnej  dzielnicy Blloku. Za czasów  Hodży "Blok" był zarezerwowany dla elit rządowych i znajdował się poza zasięgiem przeciętnych obywateli. Dziś ta ciasna sieć około tuzina ulic jest wypełniona barami, szykownymi butikami emanującymi nuworyszowskie wibracje. Radio - urządzone w stylu lat 60., zapełnione tłumem młodzieży - to najlepsze miejsce w tej modnej dzielnicy.

- Wcześniej byliśmy biedni, a teraz mamy więcej sklepów. Ale jakość życia nie zmieniła się - mówi właściciel Radia, Enton Kaca, który wierzy, że mieszkańcy Tirany zaczynają myśleć w inny sposób. - Tutaj chcemy obsługiwać nową generację Albańczyków.

Później Mati i ja pojechaliśmy 8 km za miasto do oazy, jaką jest farma Uka, aby zobaczyć tę nową generację w akcji. Producent wina Flori Uka, prowadzi rodzinny biznes, który jest oparty na zasadach zrównoważonego rolnictwa. Na 2 hektarowej farmie hoduje się winogrona, oliwki, pomidory, fasolę szparagową, rukolę, jabłka, granaty, śliwki i kiwi.

Owoce pracy Uki kończą w kieliszkach i na talerzach w jego restauracji. Dania z grillowanej cukinii, papryki, zapiekanki z ziemniaków pojawiają się na stołach pokrytych obrusami w kratę. Sączyliśmy kieliszek jego Chimaera, mieszanki 3 merlotów, caberneta, sauvignon i syrah.

- Do jedzenia trzeba mieć nowatorskie podejście, ale gotować z prostotą - powiedział Uka, gdy stuknęliśmy się kieliszkami.

Następnego ranka wziąłem  taksówkę i ruszyłem 5 km na północ od centrum miasta, by przejechać się kolejką linową Dajti Ekspres. Po 15 minutach jazdy ponad drzewami znalazłem się w Parku Narodowym Dajti. Patrząc w tył z gondoli zastanawiałem się: Jakie było moje ulubione miejsce w Tiranie?

Znalazłem je jeszcze tej samej nocy.

Bar Hemingway znajduje się w spokojnej okolicy ok. 10 minut piechotą od placu Skanderbega. Inne bary Hemingway w Europie uchodzą za pretensjonalne. Ale nie ten. Tu, to co wyluzowane miesza się z tym, co literackie, jazz spotyka Bałkany, a Tirana - Hawanę. Czerwone kuszące światło rzuca cienie na fotografie Buena Vista Social Club. Podobiznę Hemingwaya zdobią cytaty po angielsku i albańsku. Jest tam pianino dla nastrojowych wieczorów jazzowych, a na półkach stoi  140 gatunków rumu.

Było późno, gdy tłum w barze zaczął się przerzedzać. Siedziałem na zewnątrz z właścicielem Rodmirem Sukajem.

 - Tu w Tiranie panuje duch kreatywności i robienia rzeczy w dobry, prawdziwy sposób - mówił, gdy wznosiliśmy toast za udany wieczór.

Przypomniałem sobie, co kilka dni wcześniej powiedział mi premier. O tym, że turyści często nie chcą przyjeżdżać do Albanii z powodu stereotypów. Ale kiedy już się zdecydują, to zawsze chcą wrócić. Jest to zatem kwestia pierwszego razu. Jeśli raz spróbujesz, już nigdy tego nie zapomnisz.

Alex Crevar

Tłum. I. Grelowska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje