Przejdź na stronę główną Interia.pl

Tam, gdzie powstał świat

Na zakończenie każdego 52-letniego cyklu, jaki rządził ich kalendarzem, Aztekowie gasili wszelki ogień płonący w ich domach, a kiedy następowała noc, kapłani pocierali drewienka, by wzniecić nowy płomień na szczycie świętego wulkanu wznoszącego się ponad lśniącymi taflami jezior. Podczas tego święta składano ofiarę całopalną z ludzi, a kończył je bieg z płonącymi pochodniami w dolinę, gdzie ponownie rozniecano paleniska w domach i świątyniach.


Rytuał należy już do przeszłości, ale wulkan wciąż można zobaczyć na terenie miasta Meksyk. "El Cerro de la Estrella", czyli Wzgórze Gwiazdy, jest teraz zieloną oazą w Iztapalapa, jednej z najbardziej popularnych dzielnic stolicy. Aztekowie po raz ostatni dopełnili ceremonii Nowego Ognia w roku 1507, przed przybyciem hiszpańskich konkwistadorów dowodzonych przez Hernana Cortesa w 1519 r. Obecnie, jak donoszą lokalne źródła, do przemocy dochodzi tu znacznie częściej niż co 52 lata. Historie o ciałach ze śladami tortur porzuconych przy drodze i o grasujących sforach dzikich psów skutecznie odstraszają turystów.

Reklama

Ta niesława zadziwia w miejscu, które ma status Parku Narodowego już od 1938 roku i które było natchnieniem dla poety Octavio Paza. Nazwał je on miejscem, gdzie stworzono świat.
To punkt o strategicznym znaczeniu militarnym i jedno z najważniejszych miejsc kultu religijnego w pobliżu Tenochtitlan, azteckiej stolicy pogrzebanej pod  Meksykiem, uważa David Stuart, który kieruje Centrum Środkowoamerykańskim na Uniwersytecie w Austin w Teksasie. 

- Zazwyczaj jest pomijane, choć to jedno z najważniejszych miejsc w kosmologii Azteków - twierdzi David Stuart.
Chciałem stanąć w miejscu, na które tysiące ludzi kierowało wzrok w te świąteczne noce, kiedy modlili się o życie. Chciałem spojrzeć w dół na betonowy trąd slumsów i wyobrazić sobie, jak wyglądało to miejsce tysiąc lat temu, kiedy przez czyste powietrze widać było pokryte śniegiem szczyty i jeziora lśniące w słońcu.

Dlatego ostatniego lata, podczas mojego pobytu w Meksyku, wybrałem się na Wzgórze Gwiazdy trzykrotnie.
Za pierwszym razem trafiłem tam - niezamierzenie - pod uzbrojoną eskortą. Zapytałem Rafaela Lopeza, szefa bezpieczeństwa publicznego w Iztapalapa, o ryzyko podczas takiej wycieczki.
Kilka dni później Lopez, w spodniach w panterkę i wojskowych butach, powitał mnie osobiście w swoim biurze przy głównym placu dzielnicy, nad którym w smugach białego dymu wybuchały akurat fajerwerki. Oficer z pistoletem maszynowym stał na zewnątrz.
Lopez poinformował mnie, że od 2012 roku w ciągu dnia wzgórze patroluje 15 oficerów. W nocy jest ich jeszcze więcej. A po atakach psów, w których zginęły 4 osoby, obławy na zwierzęta również są częste.
- Jestem fanatykiem El Cerro - powiedział Lopez, wręczając mi książkę na temat wzgórza napisaną przez miejscowego historyka.

- Gdy nie będę już pracował w Iztapalpa, wrócę tu, by ochraniać wzgórze jako wolontariusz.
Kiedy wyruszyliśmy na wycieczkę, Lopez jechał na przedzie w białej półciężarówce, a ja za nim w białej furgonetce wypełnionej pracownikami dzielnicy, oraz miejscowymi reporterami i fotografami. Pierwszy przystanek zrobiliśmy w pomarańczowym muzeum o kształcie piramidy, usytuowanym na północnym zboczu góry - Muzeum Nowego Ognia.

Po obejrzeniu malowideł i dioram poświęconych ceremonii Nowego Ognia i wysłuchaniu wyjaśnień dotyczących 52-letniego cyklu kalendarzowego, Lopez zaprowadził nas do ogrodzonej jaskini w pobliżu szczytu, zwanej Jaskinią Diabła.

- Jest bardzo zanieczyszczona - wyjaśnił Lopez, wskazując na metalowy słupek, na którym zamontowano jedną z czterech kamer na wzgórzu. Po drugiej stronie drogi wąskie schody prowadziły do ruin, gdzie z szerokiej podstawy piramidy można spojrzeć w dół: na wieżowce, majestatyczne bulwary i samoloty lądujące na lotnisku. Jeśli ktoś będzie mieć więcej szczęścia niż ja, i wiatr akurat oczyści stolicę z zanieczyszczeń, będzie mógł zobaczyć w oddali ogromne wulkany Popocatépetl i Iztaccíhuatl.
Lopez poprowadził wycieczkę w dół i pokazał nam inną jaskinię, która była niegdyś zamieszkana przez ludy prekolumbijskie.

U podnóża góry, w małym parku w pobliżu większej drogi, Lopez i jego pomocnicy rozdali nam kaski, ochraniacze i maseczki chirurgiczne. Następnie przeszliśmy przez otwór w płocie i zeszliśmy w dół po skałach wulkanicznych i cuchnących workach ze śmieciami, aż do pieczary, prowadzącej pod miasto Meksyk.

Ciemności jaskini  pożerały snop światła z latarki Lopeza, kiedy opowiadał o Aztekach wierzących, że te jaskinie prowadzą Mictlanu, podziemnego świata. Miejscowi geologowie wciąż starają stworzyć mapy podziemnego labiryntu, na który składa się ponad 100 jaskiń.
- Nie wiemy, jak głęboko sięgają - powiedział.
Kilka dni później w restauracji w południowej części miasta spotkałem Jesusa Sancheza, archeologa z Narodowego Instyutu Archeologii i Historii, który badał wzgórze od 2002 do 2008.

Ceremonia Nowego Ognia to tylko jedna z rzeczy, które wyróżniają Wzgórze Gwiazdy, powiedział mi przy piwie Sanchez. Wulkan uformował półwysep, który oddzielił źródła wody słodkiej od słonej. To  sprawiło, że kontrolowanie wzgórza jest kluczowe zarówno dla dominacji militarnej jak i produkcji rolniczej.
- Ten, kto zajął El Cerro, praktycznie kontrolował całą dolinę Meksykańską - powiedział Sanchez.

Opowiedział też, że on i jego zespół częściowo odsłonili piramidę zbudowaną w 500 roku i związaną z centrum Teotihuacan przed przybyciem Azteków. Prace nad tymi ruinami pozostały niezakończone z powodu braku funduszy, a potężnym zagrożeniem dla wykopalisk jest organizowana co roku w czasie Wielkiego Tygodnia Droga Krzyżowa, która przyciąga ponad milion osób. Organizatorzy tego wydarzenia tradycyjnie odtwarzają ukrzyżowanie Chrystusa na szczycie ruin, nawet o tym nie wiedząc.

- Obawiamy się, że świadectwa archeologiczne, które przetrwały na El Cerro i są tak ważne dla historii Meksyku, mogą zniknąć w przeciągu 10 lat - powiedział. - A utracić El Cerro, to utracić fundamenty meksykańskiej tożsamości.

Wróciłem na Wzgórze Gwiazdy w sobotni poranek transportem publicznym. 23 minuty metrem, a później 10 minut rozklekotanym autobusem przez ulice pokryte graffiti. Ale najbardziej pamiętna wycieczka miała miejsce tydzień później, w ciemnościach.
Mój kierowca ignorował czerwone światła o 5:45 rano i przeciął San Antonio Abad, główną arterię z liniami metra biegnącymi przez środek,  zbudowaną na starej azteckiej drodze przez jezioro Texococo. Błądziliśmy po wąskich pokrytych graffiti uliczkach, aż znaleźliśmy muzeum. Zaparkowaliśmy przed Jaskinią Diabła.

Burza, która oczyściła powietrze z zanieczyszczeń, minęła i patrzyliśmy na światła miasta wypełniające dolinę, jak niegdyś wypełniały ją jeziora. Na horyzoncie widać było błękitno pomarańczowe wulkany. Kiedy słońce rozbłysło ponad górami, zauważyłem mężczyznę modlącego się u podstawy piramidy. Grupa czterech kobiet w strojach do joggingu uniosła ręce w kierunku słońca.
Myślałem o tych wszystkich ludziach przejętych kruchą naturą świata, który mógł się skończyć właśnie wtedy, gdy z lękiem spoglądali znad brzegów swoich jezior w kierunku Wzgórza Gwiazdy.
I myślałem o tym, co musieli czuć, widząc w ciemności pierwsze błyski nowego ognia.

Patrick Harrington

tłum. I Grelowska

Reklama

Najlepsze tematy

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje