Przejdź na stronę główną Interia.pl

Szaleństwo zaklęte w kamieniu

Na pobliskich łąkach krowy jak z reklamy czekolady pobrzękują dzwonkami. W sennym miasteczku u podnóża gór ludzie krzątają się pomiędzy gospodą a kościołem. Wystarczy jednak podnieść głowę, by ten spokój znikł.

Strzeliste szare mury wyrastają wprost ze skały. Zębate blanki i wieżyczki sprawiają wrażenie, jakby za chwilę miał z nich sfrunąć na skrzydłach nietoperza hrabia Dracula. Nic więc dziwnego, że turyści, którzy mają bilety na godz. 12.30, są święcie przekonani, że przyjechali do niemieckiego Disneylandu. To rodziny oficerów marines stacjonujących w największej amerykańskiej bazie lotniczej w Europie - Ramstein.

Reklama

Dzieciaki w za dużych T-shirtach i bejsbolówkach zamęczają kasjerkę pytaniami o Myszkę Miki i popcorn. W końcu cała wycieczka ładuje się do dorożek i wolno rusza w stronę zamku.

Z parkingu przy pawilonie, w którym mieszczą się kasy (tu trzeba kupić za 9 euro od osoby bilet uprawniający do zwiedzania zamku z przewodnikiem), do bramy wjazdowej Neuschwanstein wiedzie stroma asfaltowa alejka. Większość turystów decyduje się na 20-minutowy spacer. Starsi lub po prostu bardziej wygodni goście tę drogę mogą pokonać eleganckimi powozami, stylizowanymi na czasy belle époque.

Ukochany zamek bawarskiego króla, nieprzypadkowo nazywanego "Ludwikiem Szalonym", zwiedzać można tylko w grupach. Na bilecie wyraźnie wybita jest godzina wejścia. Trzeba pilnować czasu, bo chwila spóźnienia może oznaczać, że drzwi do jednej z największych atrakcji turystycznych w Europie pozostaną dla nas zamknięte. Mam jeszcze dwie godziny, więc spokojnie mogę przespacerować się wokół murów niezwykłej budowli.

Surowe kamienne ciosy, z których zbudowano zamek, nie powinny nas zwieść. Neuschwanstein to nie średniowieczne gniazdo rycerzy--rozbójników, tylko teatralna dekoracja w skali 1:1.

I nic dziwnego, bo głównym projektantem zamku był Christian Jank - w połowie XIX wieku ceniony scenograf teatralny. Znawcy historii sztuki w jego dziele dopatrują się wpływów gotyckich, bizantyjskich, barokowych, a nawet mauretańskich.

W 1867 roku Jank przyszedł do Ludwika II z pomysłem wybudowania rezydencji królewskiej, przywodzącej na myśl ulubione legendy bawarskiego monarchy - o zaklętym w łabędzia rycerzu Lohengrinie i szlachetnym Parsifalu - poszukiwaczu świętego Graala. Projekty scenografa monachijskich teatrów zachwyciły króla. Zwłaszcza, że od razu wiedział, gdzie powinien stanąć zamek z baśni - u podnóża Alp, nieopodal zamku Hohenschwangau, w którym Ludwik spędził dzieciństwo.

Budowa rozpoczęła się w maju 1868 roku i trwała przez 18 lat aż do tajemniczej śmierci króla. W tym czasie skończono wznoszenie murów i oddano do użytku 30 z planowanych 90 pokoi. 60 komnat od ponad stu lat aż do dziś czeka na wykończenie.

Łagodna ścieżka spod zamkowych murów wiedzie do najpiękniejszego punktu widokowego w całej okolicy. Wiszący most Marii (Marienbrucke) spina dwa brzegi głębokiego wąwozu. Stąd jest najlepszy widok na zamek i alpejską dolinę przeciętą pistacjową wstęgą rzeki Lech. Most, nazwany imieniem matki Ludwika - księżnej pruskiej, to było ulubione miejsce rozmyślań nieszczęśliwego króla. Bawarski monarcha uciekał tu od trosk i problemów. A tych mu nie brakowało.

Wrażliwy, dobrze wykształcony, egzaltowany, ale czy Ludwik II rzeczywiście był szalony? Jego niepoczytalność ogłosiła komisja lekarska zaocznie, nie poddając go żadnym badaniom. Dwa dni później ciało króla odnaleziono w jeziorze Starnberg, a wraz z nim utonął psychiatra Bernhard von Gudden, przewodniczący lekarskiego konsylium. Mało kto uwierzył w aż taki splot nieszczęśliwych okoliczności.

W czasie 22 lat panowania na bawarskim tronie Ludwik doznał wielu upokorzeń i rozczarowań. Bawaria lata swojej potęgi i świetności miała dawno za sobą. W XIX wieku była już tylko mało znaczącym krajem wciśniętym pomiędzy wschodzące imperium Prus i Austrię. Ludwik II nie znosił pruskiego "żelaznego kanclerza" Ottona von Bismarcka. Uważał go za nieokrzesanego barbarzyńcę. Jednak był zbyt słaby, by przeciwstawić się wojskowej potędze północnego sąsiada. Wolał związać się sojuszem z katolicką - tak jak Bawaria - Austrią. Zwłaszcza że żoną austriackiego cesarza Franciszka Józefa była jedyna kobieta, którą Ludwik kochał - cesarzowa Elżbieta (zwana Sisi).

Klęska Austrii pod Sadową w siedmiotygodniowej wojnie z Prusami w 1866 roku pozbawiła Ludwika złudzeń. Złą sytuację Bawarii pogorszyła jeszcze zwycięska wojna Prus z Francją. Gdy w 1871 roku w Wersalu pruski król Wilhelm ogłosił się cesarzem zjednoczonych księstw i królestw Niemiec, los króla Bawarii był przesądzony.

Ludwik II nie miał w sobie woli walki. Nie znosił wojen, irytowała go dyplomacja. Wolał ucieczkę w świat wyobraźni. Pasjonował się operami Ryszarda Wagnera. Uważał kompozytora za swego najbliższego przyjaciela. Wybudował dla niego nowoczesny teatr operowy w Bayreuth. W zamku Neuschwanstein zaprojektował specjalną salę muzyczną.

Nie mógł przypuszczać, że utwory Wagnera zabrzmią w niej dopiero pół wieku później i w okolicznościach, które z pewnością nie przypadłyby mu do gustu - na spotkaniu wyższych oficjeli niemieckiej partii narodowosocjalistycznej.

Spoglądam na zegarek. Zbliża się godzina zapisana na moim bilecie wstępu do zamku. Asfaltową alejką docieram więc przed bramę i tu wraz z grupą amerykańskiej młodzieży wchodzę do bajkowego świata.

Zamek wewnątrz zaskakuje nowoczesnością. Bo Ludwik II, mimo swojego zauroczenia starogermańskimi legendami, cenił sobie komfort i interesował się nowinkami technicznymi. Jako jeden z pierwszych wprowadził do swoich siedzib elektryczność i centralne ogrzewanie. W kuchni i łazienkach z kranu płynęła ciepła woda.

Gości już od progu uderza bizantyjski przepych wystroju komnat. Każdy centymetr ścian pokryty jest freskami. Rycerze w błyszczących zbrojach dosiadają pięknych rumaków. Patrzą na ich zmagania surowe twarze świętych. W kątach czają się mityczne potwory.

Wąskie drzwi niespodziewanie wiodą do sztucznej groty. Przyćmione światło wydobywa z ciemności wiszące stalaktyty. Kolejne drzwi i znów kompletna zmiana. Wchodzimy do majestatycznej sali tronowej. Wyraźnie można dostrzec intencje, które miał nieszczęśliwy król: chciał olśnić przybywających do niego petentów. Mieli odnieść wrażenie, że monarcha jest pomazańcem bożym, godnym następcą króla Artura, a nie słabym, zakochanym w smutnej muzyce wrażliwcem, który musi w milczeniu znosić arogancję pruskich urzędników panoszących się na jego własnym dworze.

Przewodnik z zawodową rutyną przegania grupę podopiecznych po prywatnych apartamentach Ludwika II. Piękne, ciężkie meble ze szlachetnego drewna najlepsi rzemieślnicy z Monachium rzeźbili przez 10 lat. Król mieszkał tu sam. Jego zaręczyny z Sophią, młodszą siostrą cesarzowej Sisi, zostały zerwane w atmosferze skandalu. Ludwik był homoseksualistą i nie chciał żyć w obłudnym związku, a opinia publiczna nie była gotowa, by zaakceptować jego wybory uczuciowe. Dlatego wybrał samotność.

Pół godziny przeznaczone na zwiedzanie Neuschwanstein minęło. Przewodnik zajmuje się już kolejną grupą, a ja idę do odległego o trzy kilometry miasteczka Füssen.

Wąskie uliczki i renesansowe kamienice wyglądają jak na zdjęciach w turystycznym folderze. Na ulicy mężczyźni w marynarkach i pod krawatem miło uśmiechają się do dziewczyny w białej bluzce układającej bukiet na wystawie kwiaciarni. Tylko górujący nad miastem zamek nie pasuje do obrazka.

Sergiusz Pinkwart

Tekst pochodzi z magazynu

Pani
Dowiedz się więcej na temat: Niemcy | zamek | turystyka | podróże | atrakcja turystyczna | widoki | Neuschwanstein

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje