Przejdź na stronę główną Interia.pl

Spacerując w stadzie w Kenii

W Njoro, mieście położonym w Wielkich Rowach Afrykańskich, stanęłam przed prowizorycznym warsztatem, w którym mieszkańcy gromadzą łuki i strzały na wypadek bitwy.

Na trawniku pokrytym rozsypaną słomą, na końcu brudnej drogi przebiegającej wzdłuż porzuconych pól i opuszczonych domów, młody, poważny mężczyzna o imieniu Samuel pokazał mi, jak używać tej broni. Trzeba zanurzyć strzałę w truciźnie, ostrożnie umieścić w łuku, obrać cel i wystrzelić. - Muszę chronić swoją rodzinę - powiedział.

Reklama

Tak było w 2007 roku, kiedy byłam w Kenii, by pisać o aktach przemocy, które nasiliły się po wyborze na prezydenta aktualnie urzędującego Mwai Kibaki. Pochodzący z grupy Kikuyu, Mwai Kibaki został oskarżony o sfałszowanie wyników wyborów, w których pokonał Raila Odinga z grupy Luo. Zamieszki i brutalne konflikty etniczne zapłonęły w Rowach Afrykańskich. Niektórzy powrócili do łuków i strzał zabijając innych z druzgocącą celnością.

Trzy lata później, wróciłam do doliny, żeby zobaczyć, jak bardzo się zmieniła. Byłam szczęśliwa widząc, że jest spokojnie i po chwilowym zastoju gwałtownie wzrosła liczba turystów. Teraz musiałam przygotować się na zupełnie inny rodzaj niebezpieczeństwa: hipopotamy.

Kiedy szliśmy przez Crescent Island na jeziorze Naivasha mój przewodnik, Mumo, zaczął opowiadać o hipopotamach, które wędrują przez wyspę o tej porze dnia, zwłaszcza w czasie deszczu. Hipopotamy mogą wtargnąć do lasu zostawiając za sobą wiele zniszczeń. I nie chodzi tylko o zniszczenia w przyrodzie, hipopotamy zabijają więcej ludzi, niż jakiekolwiek inne zwierzęta. Wtedy zaczęło padać.

- Nie przejmuj się, lepiej jest uciekać przed hipopotamami, niż przed bawołami, ale lepiej jest być zaatakowanym przez bawoła, niż przez hipopotama - powiedział Mumo śmiejąc się.

Nie odbudowało to mojego poczucia bezpieczeństwa, przypomniał mi się znak przy wejściu na wyspę, napis na nim brzmiał: Spacerujesz po Crescent Island na własną odpowiedzialność.

Wyspa jest obszarem lądu na jeziorze Naivasha, a dokładnie obrzeżem zanurzonego w wodzie wulkanu. Ogromne jezioro (jego rozmiar zmienia się w zależności od pory roku) położone jest w samym sercu Wielkich Rowów, gdzie miliony lat temu skorupa ziemska rozdarła się tworząc rysę rozciągającą się przez cały kontynent. Wybuchy aktywnych wulkanów po obu stronach rozłamu utworzyły rowy. Powstały zbocza wulkanów, z których rozciąga się widok na rozległe tereny, kręte górskie wąwozy i jeziora.

Celem wycieczki było poznanie różnorodności dzikich zwierząt - żyraf, impali, hipopotamów - na Crescent Island i otaczającym ją jeziorze. Okolice jeziora Naivasha często przeoczane przez turystów, którzy odwiedzają bardziej popularny Park Narodowy Jeziora Nakuru słynący z różowych flamingów i parku safari, są wciąż wolne od wydeptanych ścieżek, niezatłoczone i bardzo ładne.

Bez problemu można znaleźć taksówkę lub wynajem samochodów, by pokonać półtoragodzinną trasę z Nairobi do Naivasha. Ja jednak pod wpływem impulsu skorzystałam z matatu - niesławnych kenijskich busów, które nie tyle dojeżdżają do celu, co raczej dotaczają się do niego.

Kupiłam bilet za 167 szylingów kenijskich (około 2 dolary) i mężczyzna w zawadiackiej czapce konduktora wskazał mi miejsce w najbliższym matatu. Usiadłam przy oknie na tylnym siedzeniu gotowa do drogi.

Kiedy wspinaliśmy się na urwisko, osiągając wysokość 8000 stóp ponad poziomem morza, czułam, że powietrze stawało się rzadsze. Potem wjechaliśmy się w szerokie, zielone niziny, na których gdzie niegdzie można było dostrzec niskie domki i plantacje herbaty.

Po przybyciu do Naivasha kupiłam kolejny bilet na matatu, tym razem do Fisherman's Camp, gdzie miałam zamiar się zatrzymać. Fisherman's Camp to popularne wśród turystów miejsce nad brzegiem jeziora, gdzie dostępny jest szeroki wachlarz tanich miejsc noclegowych, od namiotów do okrągłych wschodnioafrykańskich chat nazywanych banda, droższych kwater i kilku całkiem luksusowych hoteli.

Było już po zmroku, kiedy tam przyjechałam. Udałam się do restauracji, gdzie na kolację zjadłam smażoną tilapię i domowej roboty frytki z sosem tatarskim, popiłam słodowym piwem Tusker, które jest nieoficjalnym drinkiem narodowym Kenii. Zaledwie kilka kroków dalej światło księżyca odbijało się w jeziorze.

Dowiedz się więcej na temat: park narodowy | Afryka | Kenia | podróże | turystyka | kemping | Rezerwat

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama