Przejdź na stronę główną Interia.pl

Sławna Atlantyda?

Na Santorini przyjeżdżają chętnie malarze i fotografowie. Jedni i drudzy z jednakową pasją uwieczniają zachód słońca, którego nie zobaczy się podobno nigdzie indziej.

Zachodzące słońce maluje na niebie całą gamę barw w tonacji żółci i czerwieni. Już nie świeci jasnym blaskiem, a żarzy się ognista kula zawieszona nad nieboskłonem. To wszystko odbija się w wodach Morza Egejskiego, co powoduje, że dostrzegamy dwa obrazy - ten rzeczywisty i odbity. A jeśli na dodatek na pierwszym planie majaczą zarysy palm, bajecznie kolorowy obrazek graniczy z kiczem.

Reklama

Ale turyści lubią taki kicz. Wybierają też chętnie pocztówki, na których zachodzące słońce jest tłem do oryginalnych, białych budowli.

Miasteczka na klifie

Pobielane ściany domów, nierzadko z błękitnymi okiennicami, otoczone ogródkami glinianych donic z kaktusami, małe kościółki sąsiadujące z ruinami tajemniczych, minojskich świątyń - to obrazki, jakie ogląda się na Santorini. Większość wiosek położona jest na wysokim klifie. Można do nich wjechać na grzbiecie osiołka wąskimi ścieżkami snującymi się między tarasami winnic i cytrusów. A dookoła jest błękit morza i błękitne niebo.

Krajobraz, jaki roztacza się przed oczami przybywających turystów jest dziełem katastrofy sprzed wieków. Wybuch wulkanu w połowie drugiego tysiąclecia przed naszą erą spowodował całkowite zniszczenie kultury i cywilizacji minojskiej. Dziś o wspaniałej przeszłości tego miejsca zaświadczają tylko odkrycia archeologiczne. Np. fragmenty mozaik, ułamane kolumny, zarysy świątyń, malowniczo położony teatr - oto, co można zobaczyć w okolicach wiosek Kamaris i Perrisa.

Wysokie, skaliste brzegi otaczają na wyspie zatoczki, wdzierające się głęboko w ląd. Ściany klifu pokrywa warstwa szarego, przechodzącego w czerń pumeksu. Gdzieniegdzie skała staje się brązowa, czasem aż czerwona w promieniach ostrego słońca. Czasami ulega się złudzeniu, że surowa, niedostępna skała musi być zamieszkana przez nieziemskie istoty. A tak przecież nie jest. W zawieszonych na skałach domach mieszkają zwykli ludzie.

Sławna Atlantyda?

Platon sądził, że wyspa była niegdyś sławną Atlantydą - doskonałym państwem, oazą szczęśliwości. Tubylcy natomiast przysięgają, ze sto lat temu zlatywały się na wyspę wampiry.

Apokaliptyczne wydarzenia niewiele obchodzą współczesnych turystów. Brzmią jak echo legendy. Dzisiaj wyspa jest doskonałym miejscem, by połączyć leniwy wypoczynek nad morzem, pływanie między ławicami pumeksu i olbrzymich ryb z wycieczkami po okolicy. Plaże w niczym nie przypominają naszych nadbałtyckich, bo są ciemne, pokryte piaskiem powulkanicznym i pełne drobnych kamyczków, które rozgrzane letnim upałem parzą stopy niczym rozżarzone węgielki, wyrzucone prosto z piekła.

Wprawdzie ciemna plaża wydaje się mało elegancka, ale przecież podobne spotyka się na Wyspach Kanaryjskich i Cyprze. Natomiast wulkaniczna gleba jest bardzo żyzna, więc każdy dostępny centymetr, po odpowiednim przygotowaniu, jest wykorzystywany pod uprawy. Przeważają plantacje pszenicy, pomidorów (większość przerabiana na przecier), pistacji i winogron. Wytwarzane na wyspie wina visando i nichteri są dla wielu zbyt słodkie, lecz należą do najlepszych na Cykladach.

Z północy na południe

Wysunięte na północ miasteczko Ia było niegdyś głównym portem rybackim Morza Egejskiego. Upadło, w wyniku recesji gospodarczej, wojen, trzęsień ziemi i zmniejszenia populacji ryb. Ucierpiało chyba najbardziej podczas trzęsienia ziemi w 1956 roku. Ale zrekonstruowano większość domów, przylegających do klifu.

To właśnie tutaj, do tej mieściny, zjeżdżają autobusami ludzie z całej wyspy, żeby obserwować bajeczne zachody słońca. A potem, po zapadnięciu zmroku, udają się do baru z muzyką rockową. Niedaleko stąd położone są wioski - Ammoudi i Armeni. W pierwszej mieszkają rybacy, w drugiej cumują promy. Jedyna znajdująca się w Armeni tawerna specjalizuje się w przyrządzaniu ośmiornicy z rusztu.

Miejscowość wysunięta najdalej na południe nazywa się Akrotiri. Jest to miejsce o tyle ważne, że dostarcza dowodów na istnienie minojskiej kolonii. Prowadzone tu prace wykopaliskowe odsłoniły dwie lub trzypiętrowe budowle zniszczone najpierw przez trzęsienie ziemi, a następnie zalane lawą wulkaniczną. Odkrywca wyspy, profesor Marinatos, zginął pod gruzami rozpadającej się ściany i tu został pochowany. Dotychczas odkopano zaledwie niewielką część największego (poza Kretą) miasta minojskiego.

Malowniczością swoich uliczek, domków, cerkiewek przewyższa inne osiedla na wyspie Fira, wisząca desperacko na krawędzi klifu. To niezwykle atrakcyjne położenie jest często pokazywane na pocztówkach i turystycznych folderach.

W małej cekiewce Evangelismos, którą wybudowano na ruinach rozpustnego Heraionu, odbywały się gimnapedia, czyli tańce nagich młodzieńców ku czci Apollina Karnijskiego. Niegdyś wyspę Santorini nazywano Kalliste - najpiękniejszą. Feniccy zdobywcy nazwali ją Thera na cześć jednego ze swoich królów. Natomiast Santorini czyli święta Irena, przypadło Thirze za czasów bizantyjskich.

Daleko do szkoły

Źródła podają, że na Santorini nie mieszka więcej jak pół miliona ludzi. Latem ta liczba jest zwielokrotniona, dzięki turystom, którzy wybierają Santorini jako miejsce letniego wypoczynku. Niezbyt wygodnie mieszkać na tej wyspie, jeśli ktoś ma aspiracje na dalsze kształcenie po maturze. Nie ma tu żadnej uczelni. Do najbliższej szkoły wyższej trzeba udać się na Kretę, dokąd podróż statkiem trwa ok. 3 godzin.

Niby ludzie na Santorini jest mało, ale i tu można spotkać rodaków. Np. pani Ania przyjechała na wyspę nakłoniona przez narzeczonego. Na Santorini oznacza to jakby się było pełnoprawnym członkiem rodziny. Zerwać narzeczeństwo to niczym w naszych warunkach wziąć rozwód. Pani Ania nie zdecydowała się jeszcze na ślub, zastanawia się, czy osiedlić się w tym miejscu na stałe. Latem, jak twierdzi, jest całkiem znośnie, przyjeżdżają wycieczki, zaglądają Polacy, z którymi można pogawędzić. Zwłaszcza, że pani Ania pracuje w sklepie jubilerskim, a więc i możliwości kontaktów z ludźmi są większe.

Zimą, ruch turystyczny zamiera. Notuje się spadki temperatur, jak ostatnio, kiedy słupek rtęci w termometrze zbliżył się do zera. Nie przywykli do takich temperatur mieszkańcy Santorini mniemali, że nawiedziły ich arktyczne mrozy. Domy budują bez ogrzewania, licząc na dobrotliwość niebios, na słońce i ciepło. Tak więc, kiedy obniża się zimą temperatura powietrza, niepokoją się o zbiory i plony winnej latorośli. Oznacza to bowiem spadek produkcji wina.

Dowiedz się więcej na temat: Grecja | santorini | podróże | turystyka | wyspa | atrakcje | Europa | turyści

Reklama

Najlepsze tematy

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje