Przejdź na stronę główną Interia.pl

Śladami Frodo

Nasz statek zdawał się stopniowo maleć. Przepływaliśmy właśnie środkiem nowozelandzkiego fiordu, kiedy kapitan polecił nam na górującej nad nami ścianie klifu wybrać punkt, znajdujący się na wysokości masztu.

Kiedy zaczęliśmy zbliżać się do brzegu, perspektywa rozmyła się, a punkt, który wybrałem znalazł się nagle na wysokości trzech masztów ponad nami.

Reklama

Kiedy byliśmy już na tyle blisko, że mogliśmy dotknąć rozmywających perspektywę ścian, kapitan wyłączył silnik. Zapadła ciężka kurtyna ciszy, zza której dobiegał daleki śpiew ptaków i delikatne szemranie niezliczonych maleńkich wodospadów, które ściekały z krawędzi położonych kilkadziesiąt metrów ponad naszymi głowami, drążąc ścieżkę wzdłuż wzgórz pokrytych śniegiem, mchem i paprocią.

Znajdowaliśmy się w położonym na południowo-zachodnim krańcu Nowej Zelandii Parku Narodowym Fiordland - niemal dziewiczej połaci wielkości stanu Connecticut. Według ostatniego spisu ludności stała populacja na tym terenie wynosi… 18 osób. Ogromny obszar Fiordlandu, znajdujący się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO cieszy się obfitością ośnieżonych szczytów, jezior alpejskich i prastarych lasów. Do jego największych skarbów należy 14 fiordów wrzynających się w linię brzegową, którą 10 tys. lat temu wyrzeźbiły lodowce z odpornej na erozję skały granitowej.

Piękna Fiordlandu nie udało się zachować w tajemnicy. Już w 1908 roku brytyjski tygodnik 'The Spectator' uhonorował Szlak Milford, czterodniową trasę znad jeziora Te Anau nad Zatokę Milford, mianem "Najpiękniejszego szlaku na Ziemi". Od czasu premiery pierwszej części "Władcy Pierścieni", która odbyła się w 2001 roku, liczba turystów z całego świata odwiedzających to miejsce wzrosła dwukrotnie.

Niektóre źródła podają, że Fiordland odwiedza ponad 700 000 turystów rocznie, głównie podczas sezonu letniego, od października do kwietnia. Pół miliona gości gromadzi się nad Zatoką Milforda - dzięki tunelowi o wysokości 1,2 km, który między 1935 a 1954 r. wykuto między górami, jest to najbardziej dostępny z 14 fiordów.

W grudniu zeszłego roku, podczas ośmiodniowej wycieczki na południe Nowej Zelandii, wraz z narzeczoną (a obecnie żoną), Lauren King, zdecydowaliśmy się ominąć tę najpopularniejszą atrakcję turystyczną kraju, zrażeni informacjami o nieprzebranych tłumach. Zamiast tego, spędziliśmy 4 dni zwiedzając mniej znany szlak Routeburn, położony na wschód od Milford, a następnie wyruszyliśmy jeszcze dalej na południe, w rejs po większej, ale położonej dużo dalej, Zatoce Doubtful.

Zawód spotkał nas dość wcześnie, bo już drugiego dnia wędrówki po szlaku Routeburn. Odkąd opuściliśmy samochód, z nieba nie przestawał siąpić nieregularny deszczyk, zamieniając rzekomo alpejską scenerię w obraz z zaśnieżonego ekranu telewizora. Naszła nas myśl, czy dobrze zrobiliśmy, decydując się na zaoszczędzenie pieniędzy i nocleg w namiocie za jedyne 15 dolarów od osoby, rezygnując jednocześnie z dostępu do kuchni, gorącego prysznica i łóżek w położonych przy szlaku domkach za 50 dolarów od osoby.

Utknęliśmy przy znaku, informującym, że szlak jest zamknięty ze względu na zagrożenie lawinowe. Za nami rósł tłum turystów. Czekając, przeklinaliśmy po cichu późną wiosnę, która pozostawiła po sobie śnieg na ponad 30 ścieżkach przecinających szlak, zwiększając ryzyko lawin i sprawiając, że tkwiliśmy teraz w tłumie rodzin, których poszczególni członkowie, rozdzieleni ze względu na różne tempo wędrówki, prowadzili irytujące rozmowy przez krótkofalówki.

W końcu otrzymaliśmy pozwolenie od strażnika, który prowadził jednodniowe wyprawy przez tereny zagrożone. Podczas dziesięciominutowego spaceru nie wydarzyło się nic specjalnego, jednak zakorkowany przez wąskie gardło szlak sprawił, że popadliśmy w jeszcze większe przygnębienie.

Na szczęście słoneczny dzień w górach leczy wszystkie dolegliwości. Gdy następnego ranka wyruszyliśmy w drogę powrotną, naszym oczom ukazała się panorama majestatycznych, ośnieżonych szczytów na tle błękitnego nieba, a wraz z nią wodospady i ukryte stawy górskie, które przegapiliśmy poprzedniego dnia.

Po południu rozbiliśmy biwak i ściągnęliśmy buty, aby przeprawić się w bród lodowatej rzeki, a następnie zeszliśmy ze szlaku i udaliśmy się na kilkugodzinną wyprawę do pobliskiej doliny. Snuliśmy się po bukowych zagajnikach i przedzieraliśmy przez pokryte paprocią torfowiska, zauważając po drodze gronostaja, który gonił królika w tę i z powrotem po zboczu.

Następnego poranka zakończyliśmy naszą wędrówkę w dużo lepszych nastrojach, wciąż jednak mieliśmy nadzieję, że druga część naszej wyprawy zagwarantuje nam więcej przeżyć.

W 1770 roku, podczas rejsu wzdłuż niezbadanego zachodniego wybrzeża Fiordlandu, brytyjski odkrywca, kapitan James Cook przepłynął obok czegoś, co przypominało port. "Ziemia po obu stronach tego portu wznosiła się niemal prostopadle do morza na znaczną wysokość" - zanotował w dzienniku. Pomimo nalegania swojego botanika, Cook odmówił wpłynięcia do dziwnego portu, wątpiąc, czy ze względu na wysokie ściany, uda im się z niego wypłynąć [przyp. tłum.: Cook w swoich zapiskach użył słowa "doubtful" (pol. wątpliwy), od którego wzięła się nazwa zatoki].

To właśnie wysokie zbocza zauważa się w pierwszej kolejności, patrząc nie tylko z oceanu, ale również z lądu.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje