Przejdź na stronę główną Interia.pl
Raj odnaleziony

Podróż na Seszele

Kreolski to marzenie uczniów latami dręczonych zasadami francuskiej ortografii. Czar francuszczyzny pozostał, angielska pisownia wszystko ułatwia, a językowa mieszanka brzmi frapująco i egzotycznie. Język jak znalazł dla 150 wysp archipelagu leżącego między Tanzanią a Malediwami - najłatwiejszej w odbiorze i najbardziej przyjaznej części Afryki.

Nie powiem, że smakuje jak kurczak - zawsze tak się mówi. A to nie smakuje jak kurczak. Smakuje jak... jak ptak. Bo lata jak ptak. Judah nie jest wyjątkiem wśród taksówkarzy w stołecznej Victorii - wszyscy gadają bez przerwy, ale ten wychodzi poza sztampowe zachwyty nad błękitem morza, męczące pytania o kraj pochodzenia i pełne oficjalnego entuzjazmu informacje o zbliżającym się karnawale. Judah w swojej taksówce błyskawicznie ustala sprawy pryncypialne: wyznanie, stan cywilny, język ojczysty pasażerów. Oraz - stosunek do ewentualnego spożycia nietoperzy. Podają je na przykład w restauracji Marie Antoinette, którą właśnie mijamy (typowa kuchnia, bardzo prawdziwa - zachęca Judah), i w kilku innych miejscach.

Reklama

Jest o czym mówić, bo seszelskie nietoperze są, co tu kryć, ogromne. Pteropus seychellensis, nietoperz owocowy znany także jako "latający lis" lub "meganietoperz", ma charakterystyczne rudopomarańczowe futerko, drapieżną główkę i potężne skrzydła. Mieszka w niewielkich, ale gęstych lasach tropikalnych archipelagu, jest widoczny właściwie wszędzie na tutejszym błękitnym niebie i wbrew temu, co twierdzi Judah... smakuje raczej jak jagnię. Jeśli już, oczywiście, uporamy się z wygrzebywaniem mięsa spomiędzy drobnych kosteczek.

Zresztą nietoperze podawane w całości to dziś rzadkość. Najczęściej robi się z nich curry, w którym rozpuszcza się poczucie przekraczania kulinarnego tabu towarzyszące jedzeniu nietoperza w całości. Miejscowe "latające lisy" uchodzą za gatunek zagrożony, choć nie podlegają ochronie. Właściciel restauracji tłumaczy, że podaje nietoperze, które zginęły na skutek porażenia prądem. Latające ssaki, zbyt duże jak na standardy rozstawu tutejszych linii elektrycznych, zawieszają się na przewodzie wysokiego napięcia, głową dotykają drugiego, zamykają obwód i... lądują na talerzu, stanowiąc jedyną endemiczną potrawę seszelskiej kuchni.

Ostatnie katalogi ichtiologiczne wskazują wprawdzie aż 12 gatunków ryb występujących wyłącznie na tym archipelagu, ale choć ryby od zawsze były podstawą tutejszego menu, żadna z dwunastki nie trafia do restauracji. Rafy, które otaczają Seszele, kryją tysiące gatunków, dlatego połów jest na wyspach czynnością naturalną. Jeszcze dwie dekady temu "domowego" rybołówstwa nauczano tu w szkołach. To relikt czasów komunizmu, który w ciągu kilku lat dosłownie zabił miejscową gospodarkę.

Gdyby nie Ocean Indyjski i szaleńczo bujna wegetacja, wyspiarzom realnie zagroziłby głód. - Wtedy właśnie, w geście rozpaczy, do szkół wprowadzono lekcje połowu ryb - opowiada Thierry, nauczyciel, który, jak wszyscy nauczyciele świata, zarabia zbyt mało. Thierry dorabia, polując z kuszą i gotując dla turystów. "Private cooking", które urządza (pieczona barakuda złowiona na moich oczach i curry z ośmiornicy) we własnej kuchni, przeciąga się długo w noc. Thierry mówi, że łowienie ryb na wyspach nie jest rzeczą trudną. Wystarczy wypłynąć kilkaset metrów od brzegu i zarzucić jakąkolwiek, byle mocną, wędkę. Sytuacja, kiedy wyciąga się ją bez solidnej ryby trzepoczącej na haczyku, wciąż się nie zdarza.

Wiadomo, że nic nie smakuje lepiej od świeżo złowionej ryby wrzuconej na grill czy do pieca. Miejscowi restauratorzy starają się rzecz nieco komplikować. Do dobrego tonu, nawet w świetnych restauracjach, należy podawanie ryb z sosem czy choćby, w duchu wczesnych lat 2000, ozdobionych kleksami balsamicznej esencji z butelki. Paradoksalnie, szlachetną prostotę ryb pieczonych w całości znajdziemy dziś albo w jadłodajniach bardzo tanich, półamatorskich grillach rozstawionych na niewielkich plażach albo w najbardziej luksusowych hotelach. 

Ukształtowanie wysp sprzyja temu, by w niezliczonych zatoczkach budować oddzielone od świata, zaciszne hotele. To fenomen - bardzo tu niewiele molochów znanych z, powiedzmy, Costa Brava czy Hawajów. Większości plaż nie udało się zniszczyć, zabudowując je kombinatami turystycznymi - to także jest mimowolną zasługą miejscowego komunizmu. Wprowadzono go tu w drodze zamachu stanu w roku 1977. Seszelski Ludowy Front Postępu rządził przez 16 lat. Stojący na czele partii i państwa prezydent France-Albert René, znany także jako "Szef", trzymał rękę na pulsie i wkrótce po upadku Związku Radzieckiego zezwolił na system wielopartyjny. W zamian za to "Szef" utrzymał się u władzy aż do roku 2004.

Jeszcze pod koniec jego urzędowania banknoty seszelskich rupii zdobiły wizerunki czarnoskórych pionierów salutujących w charakterystyczny radziecki sposób, a wielkie portrety prezydenta, wisiały w każdej hotelowej recepcji czy sklepie. Po obfitujących w inwestycje latach 60. i pełnej turystów połowie kolejnej dekady, wyspy nagle opustoszały. Komunizm wymiótł stąd turystów, hotele podupadły, gospodarka stanęła, a ludzie pogrążyli się w głębokim marazmie.

- Zwłaszcza początek lat 80. był tu koszmarem - wspomina Günter, Niemiec mieszkający tu od lat 70. po kilkunastoletnim pobycie w zachodniej Afryce. - W ’81 roku zniknęło praktycznie wszystko - niczego nie można było kupić, nikt właściwie nie pracował. Straszne czasy... Günter to tajemniczy facet. Żyje z importu niemieckiego piwa i wina, tak twierdzi. Piwo, które sprowadza, jest niesmaczne i przegrywa konkurencję z lokalnym browarem. A wino pija tu mało kto, zresztą supermarkety (które zastąpiły małe i ciemne hinduskie sklepiki) obfitują w wina z Francji, Włoch i Hiszpanii.

Co robił na Seszelach w latach 70.? Co wcześniej przez tak długi czas w zachodniej Afryce? Jest w starym grubym Niemcu coś, co każe myśleć o awanturniczej przeszłości wysp, które przez ponad sto lat były schronieniem piratów, a w czasach zimnej wojny - terenem walki wywiadów i najemników. To właśnie w 1981 roku na lotnisku w Victorii oddział białych najemników dokonał spektakularnej próby zamachu stanu. Dowodził nimi legendarny pułkownik Mike Hoare, weteran II wojny światowej i supergwiazda wśród ówczesnych żołnierzy do wynajęcia. Hoare działał na zlecenie obalonego prezydenta Seszeli. Swój ponadczterdziestoosobowy oddział przebrał za klub rugby z RPA.

Pucz zakończył się groteskowo, zanim się rozpoczął. Jeden z "rugbystów" po przylocie przez pomyłkę stanął w kolejce "Coś do oclenia". Celnik musiał nabrać pewnych podejrzeń, widząc, że pasażer chcąc coś oclić, za nic nie chce pokazać co to. Żołnierz bowiem kategorycznie odmawiał otwarcia torby, w której pod strojem do rugby, leżał rozmontowany kałasznikow... Günter twierdzi, że słabo to pamięta i ogólnikowo narzeka na "złe czasy", które wówczas nastały. 

Wtóruje mu Sean, Australijczyk, który na Praslin, drugiej co do wielkości wyspie archipelagu, prowadzi pensjonat. - Jeszcze na początku XXI w. nie mogłem nająć nikogo do pracy na dłużej. Nikomu się nie chciało, miejscowi przychodzili na tydzień, dwa, potem bez uprzedzenia znikali i spotykałem ich po kilku dniach siedzących na brzegu i patrzących gdzieś w dal. Musiałam ściągać znajomych z Europy... Sean robi dziś lucjana, wielką, różową rybę - akurat to złowili jego dostawcy. Po staremu grilluje go tylko na palenisku z łupin kokosowych. Na dostawę świeżych ryb może liczyć, bo na Seszelach zmieniło się bardzo wiele.

Stołeczna Victoria (nazwana tak przez Anglików na część królowej), niegdyś ponura, porażająca bezruchem dziura, znów stała się zadbanym i bezpiecznym miasteczkiem, hoteli o różnych standardzie i apartamentów do wynajęcia jest bez liku - można znaleźć coś na każdą kieszeń - i dla "plecakowców", i dla milionerów. Skoro o milionerach mowa - pojawiła się cała kategoria miejsc, w których, obok napisów po angielsku i francusku (informacje po kreolsku to już dziś rzadkość), pojawiają się tabliczki pisane cyrylicą, a znajomość rosyjskiego to ogromny atut przy rekrutacji pracowników.

Jednak jest dokąd uciec nawet przed hałaśliwymi grupami Rosjan. Archipelag jest ogromny, a i trzy główne wyspy (Mahé, Praslin i La Digue) pełne są miejsc, w których można zapomnieć, że poza nami jest tu ktoś jeszcze. To chyba największy atut Seszeli - wystarczy kawałek w bok od głównej drogi, by znaleźć się w innym świecie. Wolnym od ludzi, cichym, buzującym przyrodą. Minimum wysiłku i łódka zabiera nas na wyspy niemal bezludne, takie, na których mieszkają tylko niewielkie grupki rastafarian. Albo - na niezadeptaną rafę. Albo podglądać endemiczne okazy ptaków czy gigantycznych żółwi.

Przy odrobinie wysiłku można polecieć lub popłynąć na oddalony o półtora tysiąca kilometrów i należący do Seszeli atol Aldabra. To drugi co do wielkości atol na świecie, raj miłośników przyrody pod- i nadwodnej. Rajskie skojarzenia są zresztą na Seszelach całkiem uprawnione. Na wyspie Praslin, w dolinie Vallée de Mai, rośnie pierwotny las. To dom endemicznych kokosów - coco de mer. Okazy męskie i żeńskie rosną na osobnych drzewach. Wystarczy rzut oka, żeby nie mieć cienia wątpliwości, które są które (Stwórca otarłby się o zarzut pornografii). Generał Gordon (ten z Chartumu, znany z W pustyni i w puszczy), odwiedziwszy Vallée de Mai, z pełną powagą twierdził - a jako człowiek wykształcony, musiał przedstawiać jakieś dowody - że tam właśnie mieścił się raj. Ten, z którego wygnano pierwszych rodziców (!).

Gdyby jednak możliwość odnalezienia utraconego raju nie okazała się wystarczającą atrakcją, Seszele gotowe są i na to. Legendarny pirat, Olivier Levasseur (świetne wykształcenie plus największy łup w dziejach zawodu), pod koniec życia osiadł na północy Mahé, zapewne w okolicach Bel Ombre koło Beau Vallon. Powieszono go na Réunion w roku 1730, ale jego części skarbu nigdy nie odnaleziono. Jej dzisiejszą wartość szacuje się na 160 milionów dolarów. Warto się rozejrzeć. 

Marta Bednarska

Twój STYL 7/2014


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama