Przejdź na stronę główną Interia.pl

Przeprowadzka na koniec świata - za i przeciw

Myślisz, że gdzie indziej byłabyś szczęśliwsza? Gdzieś, gdzie świeci słońce, gdzie nie trzeba tkwić całych dni przed monitorem, a czas płynie w spokojniejszym tempie. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Czyżby?

Joanna, Dagmara i Kasia, bohaterki książki "Rzuć to i jedź, czyli Polki na krańcach świata", spakowały się wyjechały w poszukiwaniu szczęścia. Ruszyły w różne strony, z różnych powodów, na różnych etapach życia.  Po kilku latach od przeprowadzki oceniają, czy było warto.

Reklama

Miłość od pierwszego słyszenia

U Joanny Sznajder wszystko zaczęło się od jednej rozmowy telefonicznej. - Pracowałam wtedy w biurze linii lotniczych Alitalia. Pewnego dnia mój kolega odebrał telefon. Dzwonił jakiś Włoch i prosił o rozmowę ze mną. Nie znałam człowieka i byłam akurat zajęta. Facet się jednak upierał. Niechętnie wzięłam telefon do ręki i nagle cały świat się zatrzymał.

To była miłość od pierwszego słyszenia. Irracjonalna, instynktowna, ale prawdziwa. To ona sprawiła, że dziś Joanna mieszka w Toskanii. Ale droga tam wcale nie była prosta. Kiedy Joanna odebrała telefon od Andrei, była mężatką. Kilka lat wcześniej mąż namówił ją, by zmieniła kierunek studiów na italianistykę. - Kto wie, jak potoczyłoby się moje życie, gdyby nie tamta decyzja - mówi Joanna. - Gdybym nie uczyła się włoskiego, pewnie nie znalazłabym pracy w Alitalii. Nigdy byśmy się z Andreą nie spotkali, a ja nie wyjechałabym do Włoch.

Decyzja o rozstaniu z mężem i rozpoczęciu nowego życia we Włoszech nie była łatwa. W Warszawie Joanna miała świetne życie: dobrą pracę, komfortowe mieszkanie, mogła podróżować po całym świecie. - Może zbyt łatwo, zbyt szybko nam to wszystko przyszło? - zastanawia się Joanna. - Byliśmy normalnym małżeństwem, ale na pewnym etapie zaczęliśmy się rozmijać. Gdyby wszystko było między nami dobrze, pewnie tamta rozmowa tak by mną nie wstrząsnęła, bo telefonów od Włochów odbierałam setki.


Po przeprowadzce do Włoch Joanna musiała zacząć wszystko od nowa. Poszukać pracy, a kiedy po urodzeniu dziecka została zwolniona, znaleźć na siebie nowy pomysł. Przyszły trudne chwile.

- Nie najlepiej wspominam okres, kiedy zostałam w domu z pierwszą córką. Andrea wychodził do pracy, a ja całe dnie spędzałam sama z dzieckiem. Po urodzeniu drugiej córki straciłam pracę. Z perspektywy czasu myślę jednak, że moje zwolnienie to była najlepsza rzecz, jaka mogła mnie spotkać. Inaczej nie miałabym odwagi założyć własnej firmy.

Joanna założyła biuro podroży Visitoscana, organizuje kameralne wycieczki po Toskanii i warsztaty włoskiej kuchni. Rachunek wychodzi na plus: ma fantastycznego męża, wspaniałe córki, pracę, która daje jej satysfakcję. Czy to wyjazd okazał się receptą na szczęście? - Ależ ja zawsze byłam szczęśliwa! Inaczej niż teraz, ale szczęśliwa. Wierzę, że wszystko, co mnie spotkało, także pierwsze małżeństwo, doprowadziło mnie tu, gdzie jestem teraz i gdzie miałam być. Po prostu dojrzałam do pewnych decyzji, do samodzielnego kierowania moim życiem. Toskania jest tego efektem.

Dziura w życiorysie

Niektórzy tak nazywają przygodę Dagmary Bożek-Andryszczak i jej męża Piotrka. Zamiast brać kredyt na mieszkanie, planować dziecko i zasługiwać na awans, spędzili dwa lata w podbiegunowych stacjach badawczych. - Czuliśmy, że można inaczej - mówi Dagmara. - Chcieliśmy pójść inną drogą niż wszyscy, przeżyć jakąś przygodę, czegoś jeszcze doświadczyć przed tak zwaną stabilizacją.

Spędzili rok w Polskiej Stacji Polarnej Hornsund imienia Stanisława Siedleckiego na Spitsbergenie, a później rok w Polskiej Stacji Antarktycznej imienia Henryka Arctowskiego. W okresie letnim w obu stacjach przebywa kilkadziesiąt osób, zimą zostaje grupka zimowników, którzy spędzają kilka miesięcy tylko we własnym gronie. To prawdziwy test dla związku, ale też konieczność, by zmierzyć się z samym sobą.

- Przychodzi moment, kiedy czuje się zmęczenie przebywaniem w zamkniętej grupie - opowiada Dagmara. - Spędzasz cały czas z tymi samymi ludźmi i nie masz możliwości zmiany otoczenia, łatwo wtedy o konflikty. Nie można od siebie odpocząć, emocje nie znajdują ujścia i byle drobiazg może spowodować ostry spór.

Daga i Piotrek wyszli z tej próby zwycięsko, silniejsi i jeszcze bardziej z sobą związani. Inaczej patrzą też na przyszłość. Tak jak inni uczestnicy wypraw do stacji polarnych twierdzą, że zimowanie na zawsze zmienia świadomość. - Nie wróciliśmy do etatowej pracy, szukaliśmy na siebie innego pomysłu. Piotrek założył własną firmę, ja prowadzę warsztaty dla dzieci, bo widzę w takiej pracy głęboki sens. Od wysokiego wynagrodzenia ważniejsze jest dla nas poczucie misji. Nie chciałabym więcej pracować za biurkiem, choć znam takich, których to uszczęśliwia. Ja nie patrzę na życie jako zmierzanie do celu, który osiągnę i osiądę na laurach. Chcę zawsze czuć w sobie taki zapał i entuzjazm jak dziś.

Kiedy wyjeżdżasz na koniec świata, przygotuj się na niespodzianki. Mieszkając w Polsce możemy sobie tylko wyobrażać, jak wygląda życie w danym kraju. Rzeczywistość można jednak zweryfikować dopiero na miejscu. Tak było w przypadku Katarzyny Bednarskiej, która wyjechała do Nepalu, poszukując wyciszenia i równowagi.

- Nepal wydawał się idealnym miejscem, żeby zmienić moje życie tak, jak chciałam: funkcjonować spokojniej, pracować z poczuciem sensu i misji, pomagać innym. Dostrzegłam też duży potencjał w lokalnej gospodarce. Pomyślałam, że to świetny moment, żeby zacząć w Nepalu własną działalność. Zaliczyłam jednak bolesne starcie z różnicami kulturowymi, religijnymi i poglądowymi.

W Polsce miała za sobą trudne doświadczenia. Jej firma poniosła duże straty, Kasia została bez środków do życia, przez kilka zimowych miesięcy nocowała w samochodzie. Kiedy jej sytuacja trochę się poprawiła, uzbierała pieniądze na wyjazd do Azji, który miał pomóc jej odzyskać duchową równowagę. Szukała na siebie nowego pomysłu. Na polskim rynku ogromna konkurencja, ciągle trzeba z kimś walczyć, rywalizować. W podroży zauważyła, że w Nepalu specjaliści z europejskim doświadczeniem są naprawdę potrzebni. Nie wzięła jednak pod uwagę ogromnej biurokracji i lokalnej mentalności.

- Nie przypuszczałam, że prowadzenie biznesu w Nepalu będzie takie trudne. Formalności i biurokracja są niemal nie do przejścia, zwłaszcza dla cudzoziemców. Działalność należy prowadzić pod cudzym nazwiskiem, bo musi być zarejestrowana na Nepalczyka. A sami Nepalczycy przeważnie pracują tak, żeby się nie zmęczyć. Są niepunktualni, kiedy umawiam się z kimś na spotkanie, godzinne spóźnienie nikogo nie dziwi, a bywa, że ktoś w ogóle się nie pojawia, bo mu się odechciało. Wyzwaniem jest też brak lojalności wobec pracodawcy. Szukasz pracownika, szkolisz go, a ten po trzech miesiącach bez żadnego wytłumaczenia nie przychodzi do pracy.

Styl życia w Nepalu też okazał się zupełnie inny, niż Kasia się spodziewała. - Przyjechałam tutaj, tęskniąc za prostotą i spokojem, ale Katmandu jest trzy razy szybsze, bardziej zatłoczone i hałaśliwe niż Warszawa. Jego mieszkańcy wcale nie żyją w zgodzie z naturą. Od ziołolecznictwa wolą pigułki, a od warzyw mięso, co mnie, wegankę, bardzo zaskoczyło. Zrozumiałam, że duchowość, której poszukiwałam, to w dużej mierze chwyt marketingowy, slogan mający sprzedać pewne usługi i produkty.

Jest jednak coś, co Kasia odnalazła w Nepalu, a czego nie spotkała nigdzie indziej. Miłość. Wesele na 400 osób odbyło się w Katmandu. Czy uczucie jej i Rajesha okaże się na tyle silne, by mimo przeszkód Kasia została w Nepalu? A może miłość można zabrać ze sobą i spróbować ułożyć wspólne życie jeszcze gdzie indziej? Czas pokaże. Przecież jedna przeprowadzka na koniec świata niekoniecznie musi być tą ostatnią.

Magdalena Żelazowska


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje