Przejdź na stronę główną Interia.pl

Podróże marzeń: Armenia

Kraj w cieniu wielkiej góry, gdzie produkują koniak godzien prezydentów.

Gdy tylko dojechałem do Erywania (dawniej po polsku mówiliśmy Erewań), przypomniały mi się nieśmiertelne dowcipy tzw. Radia Erewań, symbolu absurdu.

Reklama

ulubionym był ten, kiedy to chińscy komuniści ostrzelali pracujący w polu radziecki traktor. Traktor odpowiedział ogniem rakietowym i odleciał do Moskwy.

Sama stolica Armenii nie jest już tak radosna. Trzęsienia ziemi i siedemdziesiąt lat komunizmu wywarły na niej nieodwracalne piętno. Trudno powiedzieć, co większe.

Ale na szczęście miasto to nie architektura, ale przede wszystkimi ludzie. Bardzo gościnni i serdeczni. A przede wszystkim fantastyczne miejsce wypadowe do miejsc z najważniejszymi zabytkami ormiańskimi.

Zwiedzanie wypada zacząć od Eczmiadzynu. To miejscowy "Watykan", siedziba Katolikosa - głowy Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego. Armenia szczyci się tym, że jest jednym z najstarszych (o ile nie najstarszym) państw chrześcijańskich świata. Na pewno ma najstarszą katedrę. Główny kościół powstał tu już w trzecim wieku naszej ery, a od szóstego stulecia istnieje w niemal niezmienionej formie. Największym jego skarbem jest relikwia z włóczni, którą miano przebić bok Chrystusa.

Jednak o wiele efektowniejszy, silnie pobudzający wyobraźnię zabytek znajdziemy w pobliskich górach. Wykute w skałach monastyry są trudno dostępne nawet dziś, w XXI wieku. Jednym z najwspanialszych jest klasztor Gegharda.

Samochód mozolnie wspina się, pokonując powoli krętą drogę. Dawniej było jeszcze trudniej i może dlatego udało się mnichom zachować swoją wiarę, choć nie udało się obronić przed wszystkimi najeźdźcami. Największą, nieodżałowaną do dziś, stratą Armenii jest biblijna góra Ararat. To tu miała się zatrzymać po potopie Arka Noego.

I rzeczywiście - w promieniu wielu kilometrów jako jedyna góruje nad horyzontem. Na jej stoku Noe mógł osiąść, gdy zaczęły opadać wody. Niestety żadna z wypraw naukowych nie odnalazła choćby śladu arki. Dla Armeńczyków Ararat jest niedostępny, znajduje się już za granicą z Turcją. Ich serce krwawi, bo widzą go z wielu miejsc...

Koniecznie trzeba pojechać do najbardziej znanego klasztoru Chor Wirap. To w tutejszych podziemiach więziony był Grzegorz Oświeciciel, od którego rozpoczęła się chrystianizacja kraju na początku IV wieku naszej ery.

Niewielkie zabudowania wyglądąją jeszcze skromniej na tle wielkiego pięciotysięcznika, jakim jest Ararat. Zresztą nawet jeśli przy dobrej pogodzie patrzymy na górę z Erywania, to miejska zabudowa metropolii wydaje się na monumentalnym tle naprawdę malutka.

Góra znajduje się na fladze Armenii, ale także na... stołach. Taką nazwę nosi jedna z firm destylujących armeński koniak. Producent Araratu szczyci się tym, że jako jeden z pierwszych dostał światową nagrodę za produkcję koniaku jeszcze zanim Francuzi zastrzegli sobie tę nazwę.

Teraz może swój wyjątkowej jakości trunek nazywać brandy lub winiakiem. Znawcy jednak wiedzą, że nie w nazwie kryje się jakość. Dobrą markę rozsławił sam premier Winston Churchill. A nie był to jedyny polityk, który docenił smak Araratu.

Zwiedzając wytwórnię (z której bram oczywiście widać górę), znajdziemy też polskie akcenty. Firmę, oprócz innych głów państwa, odwiedziło trzech naszych prezydentów. Każdemu podarowano beczkę trunku.

Znajdziemy tu antałki dedykowane Lechowi Wałęsie, Aleksandrowi Kwaśniewskiemu i Bronisławowi Komorowskiemu. Niektóre dojrzewają ładnych parę lat, nabierając wyjątkowego charakteru. W każdej chwili obdarowani mogą poprosić o swój "depozyt". Firma wtedy rozleje trunek do specjalnych butelek. Jednak dotychczas żadna z głów żadnego państwa nie zdecydowała się na taki krok. Może czekają, aż koniak dojrzeje jeszcze bardziej?

MIECZYSŁAW PAWŁOWICZ

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje