Przejdź na stronę główną Interia.pl

Pięć Ziem nad morzem

„Jest długie lato w Portofino” – wiadomo. Zaczyna się wcześnie i późno kończy. Ale Riwiera to nie tylko superekskluzywne mariny pełne prywatnych jachtów i markowe ciuchy światowych projektantów. Tuż za Portofino zaczyna się Pięć Ziem. Cinque Terre – najpiękniejsze miasteczka Ligurii.

Ludzie w Corniglii - jednym z Cinque Terre - urzekli mnie najbardziej. Wszyscy uśmiechnięci, rozmowni, pomocni. Może dlatego, że tutaj, na północno-zachodnim wybrzeżu Włoch, życie płynie jakoś inaczej. Czuje się to na każdym kroku. Pewnie dlatego postanowiłam zatrzymać się tu na dłużej.

Reklama

Początki nie były łatwe - jadąc do Ligurii, nie sprawdziłam, że właśnie zaczyna się tam długi weekend, co oznacza, że szansa na znalezienie noclegu graniczy z cudem. Pytam o pokój w barze przy przystanku autobusowym. Właściciel kieruje mnie do hostelu. Cieszę się na myśl, że nie zapłacę dużo, ale radość mija po dwóch minutach. Nie ma miejsc. Minę muszę mieć nietęgą, bo recepcjonistka postanawia podzwonić w mojej sprawie. Po trzecim telefonie udaje jej się wreszcie znaleźć pokój u znajomej, seniory Toniny. Pokój jest skromny, łazienka na korytarzu, dzielę ją wraz z trzema innymi pokojami. To nic, i tak jestem szczęśliwa.

Malutką Corniglię, jak przystało na Cinque Terre, zbudowano na urwisku. Spokojnym tempem obchodzę miasteczko w dwie godziny. Wąskie ulice wiją się wśród ciasno ustawionych budynków. Często to ślepe uliczki prowadzące do domów lub punktów widokowych, przy których stoją ławki dla turystów. Widok na turkusowe morze i kolejną miejscowość - Manarolę, jest obłędny.

- O, nasza znajoma z Polski! - krzyczy do mnie właściciel barku przy przystanku autobusowym, do którego wstępuję, żeby czegoś się napić. Ale zaraz, skąd on wie?
- Dziewczyno, to jest Corniglia - uśmiecha się. Po chwili przynosi przekąski i wino.

Giorgio, bo tak nazywa się mój nowy znajomy, zaczyna wymieniać miejsca, które koniecznie muszę zobaczyć. Na liście znajduje się także plaża nudystów.
- Przy stacji kolejowej skręcasz w lewo i wchodzisz do wydrążonego w skale tunelu, którym idziesz kilometr. Pamiętaj o latarce - radzi.

Na plażę się nie decyduję, ale postanawiam zobaczyć pozostałe miasteczka. Cinque Terre najlepiej zwiedzać koleją. Na dobrą sprawę wszystkie miejscowości można obejrzeć w jeden dzień. Tylko po co się spieszyć? Sprzedawca na dworcu kolejowym przekonuje mnie do zakupu Cinque Terre Card za 10 euro. Dzięki niej mogę korzystać z przejazdów pociągiem czy autobusami do wszystkich miejscowości pomiędzy Levanto a La Spezią. No to jadę do Manaroli!

Witają mnie naturalnych rozmiarów rzeźbione postacie ustawione na wzgórzu. Niczego takiego wcześniej nie widziałam. Co prawda w porównaniu z Corniglią miasteczko jest nieco cukierkowe w kolorach, ale ma to swój urok. I znowu wąskie uliczki. Zastanawiam się, ile razy ludzie wpadają na siebie, wychodząc z domów. Tak zderzam się (dosłownie!) z Marią, właścicielką pensjonatu. Maria pyta, skąd jestem i jak przyjechałam. Jak to "sama"? Bez przyjaciółki? Bez faceta? Do Włoch?! Energicznie bierze mnie pod ramię.

- Chodź, zabieram cię na kawę! Korzystam z okazji i pytam o konstrukcje na wzgórzu. - To szopka - odpowiada Maria. - Zaprojektował ją były pracownik kolei, dziś emeryt. Budował ją sam przez 30 lat. Na całym wzgórzu jest około 300 figur. Co roku w Boże Narodzenie szopkę oświetlają tysiące lampek. Nawet została wpisana do Księgi Guinnessa - Maria robi pauzę. - Ale powiedz, jak to jest naprawdę. Masz problem z facetem, że jesteś tu sama? Wybacz, nie byłabym Włoszką, gdybym nie zapytała - uśmiecha się przepraszająco.

Zapewniam ją, że z moim życiem osobistym wszystko jest w porządku.

- OK, OK, ale na wszelki wypadek pamiętaj, żeby zostawić ukochanemu dedykację w Alei Zakochanych - grozi mi placem. Aleja Zakochanych, zwana też Ścieżką Miłości, znajduje się na trasie łączącej miasteczka Manarolę i Riomaggiore. Na starcie witają mnie przyczepione do metalowych siatek kłódki. Zakochani zawieszają je, a następnie wrzucają kluczyki do morza, co ma utrwalić związek. Znane są jednak próby późniejszego demontażu. Ponoć najbardziej spektakularna miała miejsce przy użyciu łomu. Spacer zajmuje około godziny i jest okazją do podziwiania niezwykłych widoków. Chodzi tu nie tylko o krajobraz, ale i o nieskończoną ilość wyznań miłosnych powypisywanych na ścianach tunelu, a nawet na pobliskich kaktusach!

Może faktycznie i ja powinnam zostawić napis? Na wszelki wypadek zostawiam dwa, nigdy nie wiadomo. Gdy docieram do Riomaggiore, wydaje mi się, że miasteczko jest gorszą kopią Manaroli. Po chwili szwendania się podobnymi uliczkami jestem znudzona i głodna. Wiedziona zapachem trafiam do małego sklepiku. Nie jestem najlepsza w podejmowaniu szybkich decyzji, a ta wydaje się niemożliwa. Na ladzie leży chyba ze dwadzieścia rodzajów pizzy w kawałkach. Pytam sprzedawcę, którą pizzę poleca.

- Nie, nie! To nie pizza, to pizzeta - podkreśla stanowczo. Gdy pytam, czym się różni, wyjaśnia, że pizzeta sprzedawana jest w kawałkach na wynos, zawsze na grubym i puszystym cieście. Typowy włoski fast food. I smaczny, i pożywny - jak znalazł przed dalszą podróżą. Monterosso jest największym i najstarszym ze wszystkich Terre. To tu znajduje się największa plaża (tuż obok wyjścia z dworca) i... szlak prowadzący do najbardziej konserwatywnego spośród wszystkich pięciu miasteczek - malowniczej Vernazzy.

Tutaj nie jeździ się samochodami, a rybołówstwo nadal jest tu najważniejszym zawodem. Słyszałam wcześniej, że pokonanie górskiej drogi z Monterosso zajmuje ponad dwie godziny. Żart! "Zrobię tę trasę szybciej - myślę. - Przecież w trekkingu jestem zaprawiona". Żałuję już pół godziny później, pokonując kolejne niemające końca schody. Nie jest to trasa łatwa, szczególnie w piekącym słońcu. Gdy myślę, że nie mam już siły, wreszcie widzę Vernazzę. To dla niej przyjechałam do Cinque Terre, zazdrosna o wspomnienia znajomych.

Miasteczko uchodzi za najpiękniejsze w regionie, ujmuje leżącą właściwie w centrum zatoką, miejscowym białym winem i słynnym, świeżym pesto. Morze oblewa Vernazzę z trzech stron, ponad nią rosną winnice, a jeszcze wyżej wznoszą się skały, z których do lazurowej wody skaczą na główkę śmiałkowie. Kiedy już obejrzałam pięć miasteczek, pomieszkałam trochę w Corniglii, postanowiłam nieco zmienić klimat i zanurzyć się w atmosferze sławy i pieniędzy. Czas na "właściwą" Riwierę - kilka najelegantszych miejsc na wybrzeżu. Gdy czekam na autobus, wybiega do mnie Giorgio.

- Chyba zwariowałaś! - krzyczy. - Przecież odwiozę cię na stację! Chwilę później pyta mnie, gdzie zatrzymam się w Levanto. Gdy odpowiadam, że nie wiem, wybucha śmiechem: - Wy, Polacy, jesteście szaleni! I właśnie dlatego was lubimy. Masz, weź to - wręcza mi kartkę z adresem. - Przyda ci się, jeśli nie znajdziesz łóżka w hostelu. I faktycznie nie znajduję.


Idę pod adres podany przez Giorgia. Drzwi otwiera mi jego kuzynka Chiara.

- Czekaliśmy na ciebie - uśmiecha się prowadząc mnie do pokoju. - Mam nadzieję, że ci odpowiada. Nie wiem, co powiedzieć, jestem zachwycona pokojem, który mi proponuje. To najtańszy nocleg podczas całego mojego pobytu. A przy tym najlepszy.

- Wybrałaś dobry moment na odwiedzenie Levanto - przekonuje mnie gospodyni. - Nie ma tłumów, możesz spokojnie pospacerować po mieście czy po plaży. No i pełno tu teraz surferów - puszcza do mnie oko. Chwilę później w korytarzu mijam parę z deskami surfingowymi. Peter i Sarah przyjechali z Anglii, żeby "łapać fale". Nie są jedyni. Sarah tłumaczy, że tylko w tym rejonie fale osiągają wysokość czterech metrów.

- Powinnaś spróbować, to niesamowite uczucie - przekonuje. Rozkładam tylko ręce. Nie umiem pływać. Kawałek dalej, czyli Santa Margherita Ligure. Szybkie samochody, przystojni mężczyźni, luksusowe jachty. Wkładam najlepsze ciuchy. Pijąc espresso, zastanawiam się, w którą część ciała powinnam najpierw wstrzyknąć botoks - spacerujące tu kobiety potrafią zepsuć nastrój. Bo Santa Margherita to prawdziwy kurort. Co to znaczy, przekonuję się na kolacji. Nigdzie nie mogę dostać stolika. Nie miałam rezerwacji i jestem sama, czyli - należy mnie ignorować. Wreszcie w jednej z trattorii lituje się nade mną właścicielka i zaprasza... za godzinę! Zjawiam się po godzinie, ale stolik nadal nie jest gotowy.

- We dwójkę pójdzie nam łatwiej - słyszę za sobą. Tak poznaję Mata. Po chwili siedzimy, popijając wino.

- Ludzie nie przywykli tutaj do jadających samotnie, to dla nich niepojęte - tłumaczy Mat, Amerykanin, przejazdem na Riwierze. Następnego ranka wybieram się do mitycznego Portofino. Decyduję się na spacer brzegiem morza - wreszcie widzę piasek zamiast żwiru! Pierwsi plażowicze rozkładają leżaki, a mnie czeka przeprawa przez park krajobrazowy. To prawdziwa ścieżka zdrowia, ale sceneria jest przepiękna.

Do Portofino docieram po godzinie. Miasto jest malutkie, turyści tłumnie wydeptują w nim ścieżki. Trwa szał zakupów. Bo tutaj są tylko markowe butiki. Może gdybym zawinęła tu jachtem, mając wcześniejszą rezerwację w pobliskiej restauracji, nie robiłoby to na mnie większego wrażenia. Tymczasem jestem bez szans nawet na kawę, po prostu nie ma gdzie usiąść. I wtedy nagle ktoś krzyczy: "Jolie, Jolie! Pitt!". Tłum pędem rusza do mariny. W mgnieniu oka kawiarenka pustoszeje. A ja w końcu spokojnie mogę napić się kawy.

Agnieszka Zawistowska

Twój STYL 04/2013

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje