Przejdź na stronę główną Interia.pl

Panelaki Bratysławy

Niektóre miejsca przyciągają turystów działającymi na wyobraźnię sformułowaniami rodem z folderów turystycznych: fontanny Rzymu, dachy Paryża, bazary Marrakeszu.

Panelaki Bratysławy, położonej nad Dunajem słowackiej stolicy, nigdy nie znajdą się na tej liście. Ale pojęcie ma potencjał. A widok jest zadziwiający - zakładając, że pod słowem zadziwiający rozumie się, tak jak ja, istnienie największego skupiska brzydkich betonowych wieżowców, jakie można spotkać w krajobrazie krajów Europy środkowej, które wcześniej znajdowały się pod komunistyczną kontrolą.

Reklama

Samo słowo jest popularnym wyrażeniem w języku czeskim i słowackim, które odpowiada bardziej technicznemu określeniu: budynki panelowe. Panelaki, budowane z wielkiej płyty, można było postawić szybko i tanio, co umożliwiało rozwiązanie powojennego kryzysu mieszkaniowego. Wyrażały też podstawowy aspekt sowieckiej ideologii, dostarczając egalitarnych siedlisk dla ludności - nawet jeśli była to ludność, która nie mogła sobie pozwolić na narzekanie na złą izolację, przeciekające okna, usterki i wady konstrukcyjne..

Na Węgrzech i w Polsce też funkcjonują słowa określające takie osiedla (blokowiska). Wieżowce z wielkiej płyty były w końcu kiedyś na topie w Bloku Wschodnim. A impuls, by dostarczyć uniwersalne miejskie lokum można było zobaczyć na całym świecie: od londyńskich mieszkań komunalnych po Cabrini Green w Chicago, które były budowane między 1942-1962 rokiem i wyburzane między 1995-2011, aż po niesławne osiedle  Pruitt-Igoe, które powstało w St. Louis w 1954 roku (zaprojektowane przez Minoru Yamasaki, architekta który stworzył też World Trade Center) i zniszczone przez brak nadziei i dynamit w 1972 roku.

W Europie boom na panelaki trwał od 1959 do 1995. W Czechosłowacji przetrwały jako nazwa dla budynków i wszystkiego, co one wyrażają, ponieważ zbudowano ich tu więcej niż w jakimkolwiek miejscu na sowieckiej ziemi. Dzisiaj niemal jedna trzecia Czechów i Słowaków, ze wszystkich grup zarobkowych wciąż nazywa swoje panelaki domem. Tylko na bratysławskich osiedlach dzielnicy Petrzalka żyje 130 000 mieszkańców.

Wacław Havel, pierwszy postkomunistyczny prezydent Republiki Czeskiej, nazwał panelaki "pozbawionymi godności klatkami dla królików, przeznaczonymi do wyburzenia".  Ale panelaki Bratysławy przetrwały z nie mniejszą determinacją niż bratysławski zamek i stare miasto po drugiej stronie Dunaju.

A ludność Petrzalki, z determinacją dostosowująca się do cokolwiek szwankujących obietnic XXI wieku, wciąż się na nie żali.

Przed zbudowaniem króliczych klatek na tym terenie, w 1945 roku znajdował się obóz, w którym internowano niemal całą bratysławską populację Węgrów. Jeszcze wcześniej - od 1938 do 1945 roku - obszar był zaanektowany przez nazistowskie Niemcy. W 1944 roku znajdował się tu obóz pracy dla węgierskich Żydów.

Nic dziwnego, że dzisiejsi mieszkańcy zupełnie nie zwracają uwagi na jakichkolwiek turystów przechadzających się pośród monolitów i kontemplujących porażki fatalnej XX-wiecznej ideologii politycznej i inżynieryjnej manifestującej się w betonie.

Ale to właśnie tam dotarłam pewnego odpowiednio szarego listopadowego popołudnia. Poznałam już bardziej malownicze części miasta - od barokowych kościołów po żydowskie ruiny - podczas poprzedniej wizyty. Zatrzymałam się na kilka dni  w przyjemnym pensjonacie w Wiedniu, gdy poczułam zew tej topornej dzielnicy określanej czasami jako bratysławski Bronx.

Spontaniczna jednodniowa wycieczka to łatwa podróż pociągiem, który łączy europejskie stolice. Wybraliśmy się razem z innym samotnym podróżnikiem, którego spotkałam tego dnia podczas śniadania w pensjonacie. Wyruszyliśmy z lśniącego, nieskazitelnego, nowo wybudowanego dworca głównego w Wiedniu. Około godzinę później znaleźliśmy się w zniszczonym, nielogicznym chaosie  dworca głównego w Bratysławie.

W Bratysławie można zobaczyć bardziej imponujące relikty ery Komunistycznych Wielkich Dziwnych Budynków.  Przyciągają one turystów z aparatami lepszymi niż mój. Takie wycieczki zaliczają zazwyczaj potężną odwróconą piramidę nazywaną  Slovensky Rozhlas, siedzibę  Słowackiego radia; wybudowaną w 1970 roku filię Słowackiej Galerii Narodowej i  Namestie Slobody (Plac Wolności).

Ale aby podjąć najbardziej osadzone w klimacie wyzwanie, mój towarzysz i ja ograniczyliśmy naszą wyprawę do panelaków Petrzalki, mostu, który ma nas tam zaprowadzić i wszystkiego, co znajduje się między nimi. Wsiedliśmy do tramwaju, który wydawał się jechać we właściwym kierunku i wysiedliśmy w pobliżu mostu.

Mogliśmy z łatwością spędzić godzinę po prostu się gapiąc i dobre dziesięć minut, poznając różne nazwy tego miejsca Most SNP (Most Słowackiego Powstania Narodowego), Nowy  Most, lub most UFO, jak nazywają go turyści. To naturalnie narzucające się określenie nawiązuje do konstrukcji w kształcie latającego spodka, znajdującej się na szczycie pylonu podpierającego asymetryczną konstrukcję od strony Petrzalki.

Za opłatą można wjechać windą do punktu widokowego, znajdującego się pod jurysdykcją  restauracji UFO. Prezentując szaloną dominację totalitarnej woli nad zdrowym rozsądkiem, z dodatkową dawką pogardy, umysły, które stworzyły ten most, zniszczyły ogromną część cennej starówki. Udało im się zdewastować niemal całą żydowską dzielnicę, by puścić tędy drogę główną. A że historia lubi się powtarzać, trzej projektanci mostu popadli w niełaskę reżimu jeszcze zanim most został oficjalnie otwarty w sierpniu 1972 roku i ich imiona nie pojawiły się na tablicy pamiątkowej.

Opuściliśmy nabrzeże, gdzie wszystko jest stare i ruszyliśmy niższym poziomem Nowego Mostu - bezpiecznym dla pieszych i rowerzystów, ponieważ samochody poruszają się po górnym poziomie. Panelaki Bratysławy rozciągają się za nim, już je widzimy. I kiedy stawiamy nogi na nabrzeżu, na którym wszystko jest nowe, udajemy się w kierunku tego mieszkaniowego mirażu

Ale najpierw natrafiamy na hołd oddany nowemu kapitalizmowi - przechodzimy obok nowego centrum handlowego Aupark, mijamy lśniący kompleks biurowców nazywany Digital Park. Mają tu swoje siedziby globalne przedsiębiorstwa takie, jak Bayer, Shell i Lenovo.

Na poziomie przyziemia pełno jest eleganckich kawiarni. Duży neon reklamuje Digital Golf. Młodzi biznesmeni w garniturach palą na zewnątrz. Kobiety sprawdzają swoje smartfony. Idziemy dalej, skręcamy w boczną uliczkę. Mijamy kosze na psie odchody. Jesteśmy na obrzeżach panelaków. Ruszamy przez podwórza.

Jeden problem: tam nie ma prawdziwych podwórzy. Nie ma miejsc, gdzie ludzie mogą się zebrać, czy wypocząć, nie ma sklepów, ani usług. Autorytet w dziedzinie urbanistyki Jane Jacobs, która ostrzegała świat przed alienacją, do jakiej prowadzą takie molochy, powiedziałaby "Widzicie, o czym mówię? Architekt i prawdziwy champion blokowisk, Le Corbusier, powiedziałby: "Och, moja wina".

Spacerowaliśmy około godziny, obserwując małe postkomunistyczne poprawki w kolorystyce na niektórych elewacjach - żółtych, czerwonych, morelowych, gołąbkowych. W niektórych klatkach schodowych stoją rośliny doniczkowe. Dowiedzieliśmy się, że w niektórych budynkach zrobiono nową izolację, a niektóre ciasne mieszkania zostały przerobione. Wydawcy magazynu remontowego PanelPlus dobrze znają swoich czytelników...

Później, w moim mieszkaniu w przedwojennej kamienicy położonej niedaleko od Manhattańskich Lincoln Towers (całkiem przypominających panelaki),  przeglądałem zdjęcia w internecie, by zobaczyć na ile wrażliwość Ikei może poprawić feng shui mikroskopijnych kuchni w panelakach.

Życie w panelakach nie ma w sobie hipsterskiej ironii ani uroku retro.

Nie jest też związane z ekonomicznymi niedogodnościami, ani, przynajmniej teraz, z polityczną ideologią. Te miejsca są zdumiewające a zarazem prozaiczne, ogromne i niewidoczne.

W drodze powrotnej przez Nowy Most mój towarzysz i ja zdecydowaliśmy się zajść na lunch do restauracji UFO.

Winda zawiozła nas do okrągłego pomieszczenia, urządzonego w stylu będącym połączeniem szyku lat 90 tych z domieszką czarnego humoru - weźmy choćby rzeźbę tajniaka z lornetką przy barze.

Posiłek był elegancki, menu degustacyjne było określone jako  "mediterasian", obsługa bardzo usłużna, a  rachunek z drinkami wyniósł mniej niż 120 dolary. Skusiliśmy się też na bogaty deser, którym rozkoszowaliśmy się, spoglądając w dół na Stare Miasto, gdzie w katedrze św. Marcina począwszy od XV wieku koronowano węgierskich królów.

Zanim udaliśmy się na dworzec, by powrócić do obojętnej elegancji Wiednia, zatrzymałam się w restauracyjnej toalecie. Jej okna wychodziły na Petrzalkę, z widokiem na wszystkie Panelaki Bratysławy sięgające aż po horyzont.

Widok był tak porażający, że nie od razu zwróciłam uwagę na ciętą uwagę wyrytą na ramie okna: "Podoba się widok?"

Lisa Schwarzbaum

Fot. Andreas Meichsner

Tłum. I. Grelowska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje