Przejdź na stronę główną Interia.pl

Nordland - norweskie inspiracje

Norweskie wybrzeże jest wyjątkowo długie. Środkową jego część stanowi Nordland, kraina tysięcy wysepek, małych i dużych, oraz rybackich osad, w których wiele chat używanych dawniej przez rybaków zostało przerobionych na domki noclegowe dla turystów.

Tutaj można wprost zachłysnąć się świeżym powietrzem, ale i widokami. A do tego zobaczyć białe noce i poznać tajemnicę hodowli łososi, które mają wyjątkowy smak.

Reklama

Norwegia ma 20 tysięcy wysp. Jedna piąta z nich znajduje się w Helgelandzie, części Nordlandu, prowincji w samym środku długiego wybrzeża Norwegii. Wśród tutejszych mieszkańców popularna jest pewna legenda o trollach. Jeździec Hestemannen zobaczył piękną Lekamoyę kąpiącą się nago z siostrami w zatoce niedaleko Bodo.

Ruszył ku nim, lecz dziewczęta uciekły. Pościg trwał długo, aż wyczerpane skryły się na wyspie Alsten. Lekamoya uciekała dalej. Rozzłoszczony jeździec wypuścił strzałę... Pewien świadek tego zdarzenia rzucił kapelusz, by ratować dziewczynę. Strzała przebiła nakrycie głowy, które spadło do morza. W tym momencie wzeszło słońce, które wszystkie trolle zamieniło w kamienie.

Tak powstał masyw górski De SyvSostre (Siedem Sióstr) i góra Torghatten w kształcie kapelusza. Siedem Sióstr jest najbardziej charakterystycznym motywem w krajobrazie, widocznym już z daleka. Przed stoma laty w tych okolicach panowała gorączka śledzia. Ludzie z całej Skandynawii zjeżdżali do Nordlandu, aby łowić i przetwarzać śledzie i dorsze.

Dziś na wysepkach, których w zasięgu wzroku są setki, nikt nie mieszka. W tamtych czasach było inaczej. Na największej w okolicy wyspie Skibbatsvar mieszkało na stałe zaledwie ok. 300 osób, za to w szczycie sezonu połowowego nawet 3 tys! Mieli tam szkołę, szpital, nawet damy dla umilania czasu. Szkołę zamknięto dopiero 40 lat temu.

Dziś domy rybaków są miejscem letniego lenistwa mieszczuchów, ale wiele jest też prywatnych wysp o powierzchni ledwie kilku tysięcy metrów kwadratowych, gdzie rodziny spędzają wakacje. Płot jest im niepotrzebny - dookoła faluje morze. 22 stycznia 1901 roku na wyspie Sandsundvar, gdzie dziś stoją dwa zwykle puste domy, rozegrał się dramat.

Sztorm nie jest tu niczym niezwykłym, jednak zwykle wiatr wieje z jednego kierunku. Domy na skalistych wysepkach budowano tak, by były w stanie mu się oprzeć. Tego dnia przyszedł jednak z innej strony i przerósł najgorsze wyobrażenia. Mimo wiązania się linami do skał, zginęło 34 rybaków. Żywioł zmył ich do morza. Zniszczył też 7 spośród 16 domów.

Dziś mieszkańcy tego wybrzeża mają zazwyczaj inne zajęcia niż rybołówstwo. Odkrycie i eksploatacja ropy naftowej spod dna Morza Północnego uczyniły Norwegów ludźmi zamożnymi, więc uprawą roli i pozyskiwaniem owoców morza zajmują się raczej dla przyjemności lub dla tradycji.

To drugie stało się intratnym zajęciem, zwłaszcza na wpisanej na listę światowego dziedzictwa UNESCO wyspie Vega. Powodem umieszczenia jej tam nie był żaden spektakularny obiekt, lecz zespół czynników, dzięki którym Vegę uznano za jedną z najmniej zepsutych przez cywilizację wysp na świecie.

Taką, gdzie tradycyjna gospodarka doskonale współgra z tym, co stworzyła natura. Miejscową specjalnością jest miniprzemysł związany z pozyskiwaniem puchu z dzikich gęsi. Mieszkańcy dbają o komfort ptaków, opiekują się ich miejscami lęgowymi i chronią na wszelkie sposoby. A gęsi, po odchowaniu piskląt, co roku wracają i odwdzięczają się najwspanialszym puchem na świecie.

Jego cena po starannym ręcznym czyszczeniu sięga kilku tysięcy euro za kilogram! Wzdłuż całego wybrzeża Helgelandu wciąż dość popularnym zajęciem jest połów krabów. A jeśli ktoś nabierze ochoty, by spróbować norweskiego łososia prosto z farmy, to mniej więcej co 5 km można zobaczyć okrągłe "zagrody" na morzu.

Tam hoduje się znanego na całym świecie łososia. Nie na każdą farmę da się wejść. Do zwiedzania przeznaczone jest np. nowoczesne centrum koło Bronnoysund. W odróżnieniu od innych krajów, gdzie powstały łososiowe farmy, choćby Chile czy Kanady, w Norwegii dba się o czystość chowu tych ryb.

Dlatego właśnie utrzymywana jest odległość 5 km - dzięki temu nie przeniosą się choroby, a wody dookoła jest wystarczająco dużo, aby odfiltrować nieczystości i resztki pokarmu. To jedna z tajemnic smaku norweskich łososi, które tutaj, na miejscu, smakują najlepiej.

Dariusz Raczko

Świat i Ludzie

Dowiedz się więcej na temat: Norwegia | podróże

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje