Przejdź na stronę główną Interia.pl

Naksos: Odczarowane greckie Cyklady

Zmierzchało, gdy szliśmy ścieżką wzdłuż strumienia łączącego Pano Potamia i Kato Potamia - dwie wioski położone na najżyźniejszej części greckiej wyspy Naksos. Większość pozostałych wysp archipelagu Cyklady jest wyschnięta na pieprz, ale Naksos cieszy oko zielonymi dolinami, górskimi wioskami i grupami białych domostw w brueglowskim krajobrazie.

Tamtego wieczora, latem ubiegłego roku, mieliśmy momenty paniki, kiedy szliśmy po śliskich kamieniach, z dzieckiem na ręku, w nieuchronnie zapadających ciemnościach. Udawaliśmy się do wyżej położonej Pano Potamia, gdzie biło źródło strumienia. Napotkaliśmy kraby rzeczne i łabędzie, minęliśmy kilka ruin, w tym niszczejącą wieżę, którą legenda wiąże z historią nieszczęśliwej miłości z XIII w.

Reklama

Na Naksos jeździmy co roku. Matka mojego półgreckiego męża, Voula, mieszka tam w małym gospodarstwie. Gdy dotarliśmy do wioski, zobaczyliśmy kościół, w którym siostrzeńcy męża zostali ochrzczeni, oraz Pigi -  tawernę, w której niemal 10 lat temu Voula wydała próbne przyjęcie dzień przed naszym grecko-żydowskim weselem. Serwowała kozinę z rożna, a dla wegetarian - kierując się własną logiką - koguty. To był rok 2004, Grecja gościła igrzyska olimpijskie i na wyspie panował optymizm. W Atenach mówiło się nawet o powrocie marmurów Elgina.

Z każdą wizytą odkrywam Naksos na nowo. Dowiaduję się o jakiejś wiosce lub o tym, że pośrodku wyspy są ruiny, których nigdy nie widziałam. Jestem Amerykanką nie mówiącą po grecku, i chociaż jestem osobą z zewnątrz, to przeżywam charakterystyczny dla obcokrajowca dreszcz emocji, gdy dowiaduję się o czymś, co może umknąć turystom.

Na przykład o tym, że wioska Melanes to najlepsze miejsce, by spróbować koguta w czerwonym sosie, albo że miejscowi, siedząc w kawiarniach, patrzą na ulicę, a nie na malowniczy port, bo chcą widzieć, kto i z kim idzie przez miasto. I mimo że nie jestem stąd, czuję silną więź z tą wyspą, po części dlatego, że miało tu miejsce wiele ważnych wydarzeń z mojego życia.

Po raz pierwszy wybrałam się na Naksos sama. Miałam 23 lata. Chodziłam do college'u z moim przyszłym mężem i to on powiedział mi, że ta wyspa jest "prawdziwa", w przeciwieństwie do bardzo turystycznych takich, jak Mykonos - z jego miejskim życiem nocnym i luksusowymi sklepami, lub Santorini, która roi się od turystów, których przyciągają nieziemskie krajobrazy.

Naksos, jak powiedział, ma najpiękniejsze plaże i samotne ruiny. A ponieważ jest rolniczo samowystarczalna, jest to jedno z niewielu miejsc w rejonie Morza Egejskiego, gdzie można zjeść posiłek w całości złożony z lokalnych produktów.

Podczas tej pierwszej wizyty posługiwałam się przewodnikiem. Zwiedzałam Castro, stare miasteczko okalające zamek z czasów weneckich. Byłam na Plaka, odległej hipisowskiej plaży, gdzie można było kupić jutowe bransoletki. W Grecji wciąż obowiązywały drachmy i wszystko było bardzo tanie. Jadłam baklawę w kawiarni w zatoce i wynajęłam skuter, który natychmiast rozbiłam.

Gdy poślubiłam chłopca z Naksos, jeszcze bardziej polubiłam tę wyspę. Kiedy pierwszy raz mnie tam zabrał, zawiózł mnie i Voulę do Apirantos, najwyżej na wyspie położonej wioski. Jego stary volkswagen ledwo dawał radę na serpentynach. W tamtejszej restauracji jedliśmy w cieniu orzechowców. Kiedy jęknęłam z zachwytu po kęsie tiropity, greckiej zapiekankiciasta filo z serem graviera, Voula trąciła moją rękę:

- Bądź cicho - powiedziała - pomyślą, że nie dajemy ci jeść.

Tamtego miejsca już nie ma, a z powodu kryzysu, jaki dotknął Grecję, podobny los spotkał wiele restauracji.  Także Anekammę - moją ulubioną piekarnię. Mimo że był to szczyt sezonu turystycznego, ceny towarów - od skórzanych sandałów po oliwkowe mydło - były obniżone. Na nieruchomościach, na całej wyspie, widniały tabliczki z napisem: "Na sprzedaż". A ponieważ mieszkańcy niechętnie pozbywają się ziemi, był to niezawodny znak, że czasy są trudne.

Axiotissa, restauracja niedaleko plaży Kastraki, do której chętnie chodzi Voula i inni miejscowi, wciąż tętni życiem. Różowe bugenwille wiją się przy obrośniętym winoroślą tarasie,  a w oddali, za ogrodem oliwnym, w którym pasą się kozy i kury oraz rosną krzaki rozmarynu i oregano, można  dostrzec morze.

Ubiegłego lata odkryłam tu dania, które różniły się od innych, takich, jakie jadałam na wyspie. Sałaty z serem mizithra i portulaką lub z rukolą i świeżymi ziołami. Grillowane bakłażany z miodem i migdałami, cukiniowe krokiety ze świeżym koperkiem i delikatny gotowany królik. Wszystko rzecz jasna było lokalne i ekologiczne.

Po lunchu sprawdziliśmy, czy nikt nie wypasa kóz na należących do Vouli nieużytkach położonych przy plaży. Dawniej najbardziej pożądane były żyzne ziemie w górach, w głębi lądu, gdzie jest nieco chłodniej. Tereny przy plaży były bezwartościowe, nic nie można było tam uprawiać.

Teraz działki blisko plaży mają większe wzięcie. Wzgórza wzdłuż wybrzeża usiane są  na wpół zbudowanymi domami - ekonomia się zmieniła i nikt nie może sobie pozwolić na ich ukończenie.

Z Kastraki pojechaliśmy na południe, do Alyko, odległej plaży otoczonej przez skały, las cedrowy i wydmy. Nad brzegiem znajduje się tu hotel, również na wpół ukończony. To ruina z lat 50., pozostałość po biznesie, który nie wypalił. Chociaż i po nim zostało coś dobrego: ze względu na hotel do  zatoki doprowadzono drogę.

Niedaleko znajduje się moja ulubiona plaża Parthena, lepiej nadająca się do surfingu i kitesurfingu niż do pływania. Ale w bezwietrzne dni - może trzy w ciągu lata - zatoczka idealna do nurkowania. Sprawia wrażenie dzikiej i opuszczonej, jakbyśmy to właśnie my ją odkryli...

Wzięłam ślub na Agios Prokopios. To olśniewający pas białego piasku rozciągający się wzdłuż zachodniego wybrzeża wyspy i przechodzący w końcu w Plakę. To już nie jest ta sama Plaka, jaką po raz pierwszy zobaczyłam 20 lat temu. Hipisi się wynieśli, a ich miejsce zajęły plażowe parasole i leżaki rozstawione przed hotelami i apartamentami ciągnącymi się wzdłuż plaży.

Wciąż jest tam sporo spokojnych miejsc, gdzie można rozłożyć ręcznik. Przy plaży znajdują się też liczne tawerny, w których można zjeść i wypić.

W ubiegłym roku wybraliśmy się do Meze2 na kalmary i sardynki, ale można też zjeść smażone stynki i napić się piwa Mythos w którejkolwiek tawernie przy plaży.

Wnętrze wyspy wciąż ma nieodparty urok. Według Vouli wszystko, co dobre i zdrowe - miód, wiejskie jajka, wiśnie - pochodzi właśnie stamtąd. W ubiegłym roku odwiedziliśmy Halki, wioskę, która ze względu na odległość od pirackich statków, była kiedyś stolicą Naksos.

Z głównej ulicy można skręcić w krótką brukowaną aleję, otoczoną oliwnymi drzewami, wiodącą do bizantyjskiego kościoła św. Jerzego. Tawerna Gianniego, położona na centralnym placu, jest znana z fasolki w pomidorowym sosie, grillowanej jagnięciny i souvlaki (greckich szaszłyków).

Kiedy mój mąż zabrał mnie tam po raz pierwszy, w tawernie było niewielu gości, a wioska była cicha. Przyszliśmy z pobliskiego kościoła Panagia Drosiani, jednego z najstarszych kościołów prawosławnych  na Bałkanach, w którym znajdują się rzadkie bizantyjskie freski. Dla zwiedzających jest otwarty rzadko, ale tamtego wieczora weszliśmy w jego progi.  Starsza kobieta powitała nas w małej kaplicy. Wnętrze było chłodne i zakurzone, a wyblakłe freski wydawały się tajemnicze i magiczne w wieczornym świetle.

Kiedy podczas mojej ostatniej wizyty wróciliśmy do Halki -  wraz z moją szwagierką jej mężem Vangelisem ich dziećmi i przyjacielem - wioska roiła się od turystów, a tawerna Gianniego była pełna. Także w słynnej destylarni Vallindras było mnóstwo turystów, czekających w kolejce, aby napić się kitronu, słodkiego likieru z owoców cedratu.

Chciałam, byśmy wrócili do miasta na grillowaną ośmiornicę i ouzo, które robi się mleczne po dodaniu lodu, ale Vangelis zaproponował inną tawernę w pobliskiej wiosce, Damarionas, miejscu, przez które nie raz przejeżdżaliśmy, ale nigdy nie zwracaliśmy na nie uwagi.

Miejscowi opisują ten lokal jako "pierwszy po lewej po wejściu do wioski" i ta niejasność będzie towarzyszyła całej naszej wizycie: nie ma tu menu i chociaż powiedziano nam, co możemy dostać, jak zwykle niczego nie zrozumiałam. Dzieci pobiegły bawić się z innymi dzieciakami obok oświetlonego tarasu.  Na Naksos dzieci bawią się na zewnątrz do 2, 3 w nocy, grając w piłkę lub uganiając się za kotami. Obok stało najstarsze drzewo oliwne, jakie widziałam. Jego pień był gruby jak pień dębu.

Kiedy czekaliśmy na posiłek, rozmowa zeszła jak zwykle na miejscowe plotki. Pedro opowiedział historię o restauracji w szczególnie pięknej części Plaki, gdzie na skutek  sąsiedzkiego sporu piękne drzewo zostało oblane kwasem i straciło wszystkie liście.

W końcu dostaliśmy posiłek: sałatka z pomidorów z serem feta, soczyste souvlaki i mnóstwo smażonych ziemniaków. Ziemniaki z Naksos - słodkie, smaczne i intensywnie żółte - są słynne w całej Grecji. Do tego podano najdelikatniejszą gotowaną kozinę, jaką ktokolwiek z nas jadł.

Tydzień później wybraliśmy się  do Pano Potamia. Już kiedy szliśmy do Pigi, czułam smak orzeźwiające tzatziki, którym za chwilę zostanie posmarowany wiejski chleb - przy wejściu  minęliśmy kranik. Mieszkańcy mówią, że woda jest tu najczystsza na całej wyspie. Patricia przyniosła nawet ze sobą dzbanek, aby zabrać nieco wody ze sobą.

Uklękłam przy źródle i nabrałam wody w dłonie. Kiedyś wierzyłam, że - według legendy - spróbowanie wody sprawi, że spełni się życzenie, co okazało się nieprawdą. Skosztowałam - woda była pyszna - a moje życzenie i tak się spełniło.

Jennifer Gilmore

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje