Przejdź na stronę główną Interia.pl

Monastery Kosowa

Na głównej ulicy w Gracanicy, wiosce na przedmieściach Pristiny, stolicy Kosowa, szereg piekarni i sklepów ustępuje miejsca wysokiej kamiennej ścianie. Przejdź na drugą stronę muru, a szum Volkswagenów i Skód zniknie niemal całkowicie. Po środku ogromnego trawnika stoi Monaster Gracanica, arcydzieło późno bizantyńskiej architektury eklezjastycznej, a jego różowe kopuły przypominające kamienie w strumieniu, pociągają wzrok i ducha w kierunku nieba.

 

Reklama

Gracanica była ostatnim z monasterów zbudowanych na początku XIV wieku, przez Serbskiego króla Stefana Milutina, który przysiągł bogu, że wybuduje kościół za każdy rok z 40 lat panowania. Wewnątrz nawy  spod setek fresków pokrywających ściany  widać ledwie kilka centymetrów kamienia.

Nie trzeba być osobą wierzącą, by zamilknąć, pogrążając się w kontemplacji kolorów - błękity dna morskiego, bogate szkarłaty i złote aureole świętych patronów cerkwi prawosławnej, których twarze pociemniały nieco przez stulecia.

Kiedy pod koniec maja odwiedziłam Gracanicę, znajdującą się na liście światowego dziedzictwa UNESCO,  Trojan Parlic, przewodnik o lekko siwiejących lokach i sztruksowej kurtce objaśniał mi w nawie kościoła przedstawienia szesnastu gałęzi średniowiecznej dynastii rządzącej.

Jezus Władca Wszechświata (Pantocrator) unosił się opiekuńczo  na szczycie. Parlic powiedział mi, że całe wnętrze było ukończone w ciągu trzech lat, od 1318 do 1321, przez dwóch artystów z Salonik.

 - Więc artyści byli Grekami ? - zapytałam.

Parlic wzruszył ramionami.

- Nie wiem, czy byli Grekami, czy Serbami. To nie ma znaczenia..

A jednak ma. Kosowo przez długi czas było nazywane serbską Jerozolimą z powodu ważnych średniowiecznych monasterów, jak Gracanica, mieszczących się w jego granicach.  Również tu w roku 1389 miała miejsce bitwa na Kosowym Polu, która stała się kluczowym wydarzeniem w powstaniu mitu serbskiej cywilizacji.

Na Kosowym polu, kotlinie, która otwiera się na północny Zachód od  Gracanicy, chrześcijańscy Serbowie byli, według tego mitu,  pokonani przez muzułmańskich Turków, w wyniku czego cierpieli 500 lat dominacji pod rządami Ottomanów. W latach poprzedzających rozpad Jugosławii, serbska poezja idealizowała wydarzenia z 1389 roku, co tchnęło życie w nacjonalistyczną ideologię, która uważa Kosowo za serbską ojczyznę "stworzoną z nieba i ziemi".

Te mity mogą być i były zdekonstruowane, ale to nie zapobiegło użyciu ich w propagandzie  serbskiego prezydenta Slobodana Milosevica w kampanii systematycznej przemocy skierowanej  przeciwko Albańczykom z Kosowa w latach 90.  Interwencja NATO w 1999 roku pomogła powstrzymać przemoc, a w 2008 z poparciem USA, Kosowo zadeklarowało niepodległość od Serbii i proklamowało nowe państwo z większością albańską.

W Gracanicy, stałam obok Parlica przed postacią Jana Chrzciciela zmywającego ciemność z Jezusa, gdy tuż nad nimi żołnierze z rzymskiego batalionu czekali, by zostać ochrzczonymi.  To pierwszy przykład, jak powiedział mi Parlic, średniowiecznej ikonografii przedstawiającej pogan chcących zostać Chrześcijanami.

Parlic pochylił się ku mnie: - Czy jest pani bardzo religijna? - spytał.

 Wzięłam  to za sygnał do odwrotu i ruszyłam przez czysty trawnik. Stąd miałam siedem  minut spaceru do mojego hotelu. Otynkowane na różowo domy rozpadały się wzdłuż wiejskiej drogi a,  kurniki  stały tuż  za świeżo położonym chodnikiem.

Za rogiem położony jest Hotel Gracanica, pierwszy i jedyny hotel butikowy w Kosowie. Kąty proste  i czyste linie białego lastriko oraz austriackiej sosny sprawiają, że hotel ma w sobie monastyczny klimat. Został otwarty trzy lata temu przez Andreasa Wormsera, szwajcarskiego attaché, który po wojnie pracował w sekcji dla uchodźców w szwajcarskiej ambasadzie w Kosowie.

Wrócił do Szwajcarii do Berna w 2004, ale biurokracja zaczęła go w końcu nudzić i znowu przyjechał do Kosowa, tym razem,  by zainwestować. Wormser znalazł miejscowych partnerów w osobach Hisena Gashnjani, który pracował jako  tłumacz w ambasadzie oraz Atlana Gidjica, którego spotkał na koncercie. Wkrótce zostali przyjaciółmi.

Partnerzy mieli nadzieję na wiejską lokalizację, ale dwa lata po przeszukiwaniu zdradzieckiego rynku i trudności z zezwoleniem  (" tu nigdy nie jest nudno" - powiedział mi Wormser) poszli na kompromis umiejscawiając hotel na skraju miasteczka.  W budynku w kształcie litery L mieści się 15 pokoi, każdy ze ścianą z grubego szkła i widokiem na ciche wzgórza obsadzone kukurydz ą, za nimi majaczy niebieskawy zarys większego łańcucha Gór Północnoalbańskich (Przeklętych).

Przestrzenny spokój budynku, który został otwarty w 2013 roku, przypomina Balkan Grand Budapest Hotel, z jego z trudem zdobytą odpornością na zawirowania polityczne wokół.

Może być w to trudno uwierzyć, ale Hotel Gracanica jest także jednym z niewielu multietnicznych biznesów w Kosowie, gdzie Albańskie i serbskie społeczności pozostają  de facto rozdzielone. I jest to prawdopodobnie jedyny hotel na świecie,  gdzie większość menedżmentu to Romowie.

 W sobotni wieczór pod koniec maja, zdecydowałam się na kolację w hotelowej restauracji.  Sosnowe stoły nakryte były obrusami w jaskrawe geometryczne wzory. Szybko miałam przed sobą talerz przystawek w kosowskim stylu, które przypominają tureckie, ale są charakterystyczne dla Bałkanów: mielony kurczak i kofta z wołowiny, grzyby nadziewane marchewką i śmietaną, pikantne papryki gotowane w jogurcie, w towarzystwie chlebków przypominających pitę, ale bardziej miękkich w środku. I choć wyglądało to jak wiele dań, to bez trudu wszystko zjadłam. Ajwar, rodzaj dżemu ze słodkiej papryki, dodał wszystkiemu blasku.

Nie zdziwiłam się, kiedy dowiedziałam się, że hotel nie przynosi jeszcze dochodów. Spełnia rolę centrum społecznego, goszcząc występy miejscowych artystów i muzyków, w weekendy przyciągając na brunch ekspatów z Pristiny, oddalonej o 15 minut jazdy autobusem.

 

Można powiedzieć, że w Pristinie są zaczątki branży turystycznej bez turystów.  Niedawno odnowione lotnisko budzi duże nadzieje, ale panuje na nim niewielki ruch, odzwierciedlając fakt, że euforia, która towarzyszyła powstaniu kraju 8 lat temu, przerodziła się we frustrację.

W mieście zapanował rodzaj powojennego boomu,  luksusowe wieżowce zaczęły wyrastać tu i tam, dźwigi upstrzyły linię horyzontu.  Wydaje się, że wszyscy wiedzą, co jest motorem tego boomu, ale nikt nie chce tego powiedzieć na głos. Kosowo jest jednym z najbiedniejszych państw w Europie i korupcja pomaga utrzymać je w tym stanie.

Wciąż 70 proc. populacji jest poniżej 35 roku życia i wiele części Pristiny tętni energią. W czasie weekendu, wieczorem, przed  Dit e Nat, księgarnią ze ścianami z gołej cegły i drewnianymi podłogami, która jest także kawiarnią i miejscem wydarzeń artystycznych, 30-latkowie stoją na żwirowej ścieżce sącząc Birra Pristina i paląc, podczas gdy romska grupa rockowa daje występ. Mężczyzna w paskach bretońskich przedstawił mi się jako anarchista, pomimo, a może właśnie dlatego, że jest zatrudniony przez ministerstwo spraw wewnętrznych. Kobieta w batyście i jaskrawej szmince  przegląda półkę, na której stoją "Szatańskie wersety" Salmana Rushdi’ego po albańsku, ktoś podaje mi mały plastikowy kubek wypełniony śliwkową raki, miejscową brandy, którą piję, krztusząc się.

W hotelu Gracanica pomagają mi załatwić serbskiego kierowcę, który odbierze mnie o 6 rano  w niedzielę. Pojedziemy przez Kosowe Pole  do monasteru Visoki Decani, ponoć jednego z najpiękniejszych miejsc na  zachodnich Bałkanach.

 

Monastery były widziane jako symbol serbskiej opresji w czasie napięć i były również celem protestów. Za miastem jedziemy slalomem między żłobionymi przeszkodami na drodze, które prowadzą nas do posterunku, gdzie włoscy marines, pozostałości sił NATO z czasów wojny, fotografują naszą przepustkę, zanim wpuszczą nas na teren posiadłości.

Teren monasteru wycięty jest na zboczu pokrytym zagajnikiem kasztanowców. Oprócz śpiewu ptaków, zdumiewająca cisza otacza kościół, jego fasady z lawendowego marmuru i słomkowego onyksu, zmieniającego się  w słońcu w oślepiającą biel. Decani, który został ukończony około 1335  roku, jest żywszym monasterem niż Gracanica, a tutejsi mnisi są znani ze swojej  gościnności i umiejętności posługiwania się mediami społecznościowymi, nieustannie uzupełniają fanpage na Facebooku nowymi zdjęciami oraz informacjami o organizowanych koncertach.

Mnisi z Decani są także znani z ich wspaniałego śpiewu. W niedzielne poranki nawy kościoła, chłodnie, wilgotne i pachnące kadzidłem, wypełniają się  czystą harmonią ich głosów w czasie trwającej godzinę liturgii.

Wśród setek pociemniałych fresków, snopy światła z wysoko umieszczonych okien opromieniają  twarz Madonny, jej mistyczne spojrzenie zapraszające wiernych do zawierzenia, że to, co jest niepoznawalne dla ludzkiego umysłu, może być doświadczone poprzez ekstazę ducha.

Później, gdy zwiedzający sączą raki, rozmawiam z ojcem Savą Janjicem, opatem Decani. Ojciec Sava jest znany ze swoich humanistycznych poglądów - był krytykowany przez serbskich nacjonalistów za pomaganie Albańczykom w czasie wojny i przez albańskich nacjonalistów za jego niezłomną postawę w ochranianiu Decani i innych prawosławnych miejsc kultu. Jest także znany z tego, że dzieli się swoimi poglądami na Twitterze, dzięki czemu przylgnęło do niego określenie "cyber mnich". Poczęstował mnie słodkim sokiem jabłkowym z klasztornego sadu.

- Jesteśmy nieco inni, co nie pasuje do reprezentowanych przez niektórych politycznych i historycznych narracji - powiedział mi ojciec Sava, a jego twarz obramowana była przez aureolę kędzierzawych jasnych włosów. Mówił miękko z wyjątkiem chwil, gdy trafiał na szczególnie naglącą myśl. Dzień wcześniej monaster wygrał szesnastą sprawę dotyczącą własności nieruchomości.

- Niestety są ludzie, którzy uważają, że muszą zmienić historię i wszystko inne w procesie budowania narodu - mówi, - ale ja zawsze mówię, że tożsamość tych  miejsc może być zrozumiana tylko warstwami.

 Wracając do Hotelu Gracanica, mijałam plac budowy obiecujący "luksusowe życie" w czymś nazwanym Diamentową Rezydencją i salon BMW, który powstał obok wysypiska. Wydaje się, że kraj spieszy się,  by pokryć stare warstwy nowymi. A może to nie jest jedyna droga.

Elisabeth Zerofsky

fot. Danielle Villasana

 tłum. I.Grelowska


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje