Przejdź na stronę główną Interia.pl

​Kurs na Komodo

O plusach i minusach pracy w jednym z najpiękniejszych i najciekawszych przyrodniczo miejsc na świecie opowiada Ola Liana, właścicielka biura Aridive i autorka bloga ola-liana.blogspot.com.

Magdalena Żelazowska, www.zgubsietam.pl: Pracowałaś jako divemaster w Meksyku, na Malediwach, a obecnie w Indonezji. Ciepłe kraje to twój pomysł na życie?

Reklama

Ola Liana: W każde z tych miejsc trafiłam spontanicznie, w konsekwencji jakichś wcześniejszych zdarzeń i decyzji. Nie planowałam wyjazdów z palcem na mapie. Do Meksyku pojechałam po tym, jak w trakcie stypendium Sokrates-Erasmus we Włoszech poznałam grupę Meksykanów. Brat jednego z nich był nurkiem na wyspie Cozumel. Z kolei do Indonezji trafiłam zupełnie przypadkiem, w drodze na wyspy Tonga na Pacyfiku, do których ostatecznie nigdy nie dotarłam.

Decyzja o zamieszkaniu w odległym kraju na dłużej sama w sobie jest odważna. Ty podjęłaś ją co najmniej kilka razy. Jak to się robi?

- Postanowienie, żeby zostać gdzieś na zawsze i nie wracać, brzmi mocno i straszy konsekwencjami. Lepiej po prostu spróbować i dać sobie prawo do tego, że można wrócić. Mnie na pewno pomogło to, że byłam młoda. W Polsce jeszcze nie zaczęłam pracować, nie dorobiłam się żądnej pozycji, czułam się więc wolna. Nie musiałam też od niczego uciekać, na przykład od korporacji. Wierzę, że trzeba mieć po prostu trochę odwagi i konsekwencji w podejmowanych działaniach. Oraz, paradoksalnie, przyzwolenie na odpuszczenie sobie, kiedy trzeba.

Dlaczego właśnie na wyspie Flores postanowiłaś zostać na dłużej?

- Przyjechałam tu dwanaście lat temu i nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Myślę, że intuicja pomogła mi wyczuć nieodkryty potencjał tego zakątka. Na Flores panuje obecnie zjawisko "ziemi obiecanej" - przyjeżdża tu coraz więcej bule, czyli ludzi Zachodu. Mam satysfakcję, że należę do pionierów, pierwszych bule, którzy zamieszkali tu na stałe jeszcze przed obecnym boomem. Oczywiście cały region jest zachwycający. Wszystko, czego nie zepsuli ludzie przez ostatnie dwadzieścia lat, jest wspaniałe, przede wszystkim niezwykle różnorodna przyroda - od suchej sawanny na Komodo - domu warana - do lasów deszczowych na Flores.

W Labuan Bajo na Flores założyłaś firmę, która organizuje wyprawy nurkowe i rejsy na Komodo (www.aridive.com). Opowiedz o jej początkach.

- Nie było łatwo. Rozważałam założenie małego centrum nurkowego na wyspach Tonga, ale zmieniłam plany na Indonezję. Razem z moim wspólnikiem postanowiliśmy kupić ziemię na Flores. Zaczęliśmy od kupna łodzi, żeby móc dopływać na wyspę. Z działki na wyspie ostatecznie nic nie wyszło, ale łódź została. Przerobiliśmy ją na Ari Jayę, naszą pierwszą łódź safari, która do dzisiaj wozi klientów. Zakładając firmę poznawałam (i nie poznałam nigdy do końca) zawiłości indonezyjskiego prawa oraz język indonezyjski. Po drodze nie uniknęłam kłopotów: z policją, z konkurencją, z pracownikami. Na szczęście miałam dużą zdolność do przystosowania się do nowego otoczenia i odporność na różne nieprzewidziane sytuacje. Ale widziałam wielu, którzy nie wytrzymali.

Prowadzenie firmy w kraju o zupełnie innej kulturze, religii i klimacie to pewnie spore wyzwanie.

- Rzeczywiście, bywa trudno, począwszy od wymagającego klimatu po wielość lokalnych religii.  Największym wyzwaniem jest jednak odmienna mentalność, która daje o sobie znać w relacjach biznesowych, na przykład na poziomie pracodawca - pracownik. Podobno inaczej jest w stolicy, ale ja pracuję we wschodniej Indonezji, z osobami bez wykształcenia, którzy uczyli się tylko w "szkole życia". A oni zupełnie inaczej niż ja rozumieją odpowiedzialność za swoją pracę. Indonezyjskie załogi mogą się nauczyć punktualności i czystości, ale już nie są w stanie zrozumieć, że muszą ponieść konsekwencje swoich błędów i niedopatrzeń. Nie wyciągają wniosków na przyszłość, dlatego muszę mieć oczy dookoła głowy i przewidywać różne scenariusze zdarzeń. Potrzeba dużo cierpliwości i samozaparcia, żeby temu podołać.


Co sprawia, że dobrze czujesz się w indonezyjskiej codzienności?

- Przede wszystkim większa bezpośredniość w kontaktach z ludźmi: w Indonezji z każdym można swobodnie porozmawiać, bez specjalnego powodu czy wstępu. Ogólnie rzecz biorąc żyje się tu spokojniej, na większym luzie. Podoba mi się też to, że ten kraj jest tak niejednoznaczny i pełen paradoksów. W zasadzie wciąż go do końca nie rozumiem.

A co jest trudne do przyjęcia?

- Niefrasobliwe podejście do zwierząt, natury i zanieczyszczania środowiska. Uważam, że w tych sprawach nie trzeba Indonezyjczyków ciągle usprawiedliwiać. We własnym interesie powinni zrozumieć, że dochodzą do kresu, że dalej się tak nie da. Lasy deszczowe są stale wycinane, orangutany lada chwila znikną, a rafy koralowe mogą obumrzeć. Indonezyjczycy chcą się dorabiać, jak najszybciej dojść do zachodniego poziomu życia. Wszyscy mają już smartfony i wszelkie możliwe aplikacje, ale za postępem technicznym nie idzie odpowiedzialność za to, co naprawdę ważne. Mówią, że my na Zachodzie już mieliśmy swój czas, więc teraz oni nie zamierzają się ograniczać. Niestety, odbywa się to kosztem natury, którą niszczy się bez żadnych skrupułów.

Spotkałam się z porównaniem, że łagodny azjatycki uśmiech to maska, pod którą kryje się nieprzyjazny grymas. Też masz takie wrażenie?

- Aż tak bym nie generalizowała. W Azji tak jak wszędzie są różne sytuacje, różni ludzie. Myślę, że kluczem do uniknięcia rozczarowania jest po prostu realne nastawienie do tego, co spotykamy. Indonezyjczycy są przyjaźni w powierzchownych sytuacjach, co jest bardzo miłe. Z obcymi ludźmi da się pośmiać, pogadać, jest wesoło. Ale naiwnością byłoby oczekiwać takiej atmosfery w każdej sytuacji, np. biznesowej.

- Pamiętajmy, że panuje tu inna mentalność i inny sposób myślenia. Korupcja, także wśród liczącej na mniejsze lub większe zyski policji, jest tu na porządku dziennym. Mnie samą zaskoczyły nieraz gwałtowne, nieadekwatne do sytuacji reakcje Indonezyjczyków - w moim przypadku groźba spalenia łodzi przy drobnym nieporozumieniu lub przysłanie kogoś do postraszenia. Zwykli ludzie z Europy, niezwiązani ze światem przestępczym, mogą być takimi zachowaniami zdziwieni.

Bali, gdzie mieszkasz na stałe, ma opinię raju na ziemi: łagodni ludzie, wspaniała przyroda, atmosfera duchowości. Idealne miejsce, żeby się zregenerować i odzyskać wewnętrzną równowagę. To prawda czy mit?

- Jeżeli ktoś przyjeżdża nastawiony na regenerację, zapewne znajdzie to, czego szuka. Bali ma wspaniałą przyrodę, Balijczycy w powierzchownych kontaktach są mili i otwarci. Atmosferę duchowości też da się odnaleźć - zwłaszcza tę przejawiającą się w atrybutach zewnętrznych, ale dla niektórych są one wystarczające. Wiele osób pisze tu książki o swoich przeżyciach, zmienia diety, oczyszcza organizm, medytuje. Do tego stopnia, że duchowość w balijskim wydaniu staje się po prostu intratnym biznesem. Ale jeśli ktoś chce tu zostać na dłużej, szybko zmierzy się z indonezyjską rzeczywistością - problemami z wizami, korupcją, straszną służbą zdrowia. To szybkie zejście z poziomu duchowego na ziemię. Jak wszędzie na świecie. Osobiście uważam, że po prawdziwe wyciszenie nie trzeba jechać tak daleko.

W Indonezji wychowuje się twoje dziecko. Czym jego świat różni się od świata dzieci w Polsce?

- Na pewno będzie mieć więcej wspomnień z plaży - z maską i rurką i swobodną zabawą. Dzieci w Polsce te rzeczy mają tylko na wakacjach. A wakacyjne wspomnienia mojego syna to polskie lasy, góry i narty, czyli to, co ja miałam w dzieciństwie na co dzień.

- Najważniejsza różnica to jednak różnorodność - mój syn spotyka dzieci z każdego kraju, wszystkich kolorów skóry, języków i religii. Nasze załogi z Flores mają zupełnie inne doświadczenia życiowe niż Europejczycy i mu o nich opowiadają. Dzięki temu nic nie będzie dla niego dziwne i inne, co w kontekście monolitu polskiego społeczeństwa traktuję jako wielką zaletę. Coraz rzadziej myślę o moim synu jako o Polaku, a częściej jak o obywatelu świata.  Być może spędzi życie właśnie tutaj, w rejonie Azji i Pacyfiku.

Dokonałaś zmiany, o której marzy wielu, ale tylko nieliczni mają odwagę ją zrealizować. Jak teraz wygląda twój zwykły dzień?

- Kiedy jestem na łodzi na Komodo, wstaję w okolicach wschodu słońca i robię mu tysięczne zdjęcie. Budzę załogę (zastanawiając się równocześnie, jak się budzą, kiedy mnie tam nie ma). Później wstają turyści. Chwilę później jesteśmy już pod wodą, wśród wielkich ryb albo małych stworzeń, w prądzie lub spokojnej wodzie. Czas mija szybko - kolejne zejścia pod wodę, posiłki, rozmowy, spacery po plażach i wzgórzach bezludnych wysp, wreszcie wieczorna whisky. A jednocześnie każdy dzień jest inny, dlatego nigdy się nie nudzi.

Zobacz także:

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje