Przejdź na stronę główną Interia.pl

Krewetki z krainy byków

Południe Półwyspu Iberyjskiego to tygiel kultur, smaków, zapachów i dźwięków. Nowożytna cywilizacja jest tu obecna dopiero od pięciu wieków. Andaluzja, choć opasana wstęgą autostrad, z setkami kurortów, centrów handlowych i pól golfowych, wciąż kusi turystów czarem Orientu.

"Skręć w prawo. Skręć w lewo. Zjechałeś z trasy..." - beznamiętny kobiecy głos z nawigacji samochodowej potwierdził tylko to, co już dobrze wiedziałem. Zamiast mknąć dwupasmówką do jednej z największych andaluzyjskich atrakcji, miasteczka Ronda, skręciłem w kierunku gór. A teraz, co minutę informowany, że się zgubiłem, jechałem wąską dróżką w stronę przycupniętej na szczycie wzgórza małej wioski z lśniącymi jak szkło białymi murami.

Reklama

W pewnym momencie asfalt przeszedł w granitową kostkę, a moja droga zakończyła się na okrągłym placyku. Zaparkowałem samochód dokładnie pomiędzy strzelistą wieżą kościoła a barem. Te dwa obiekty dzieliło nie więcej niż pięćdziesiąt kroków.

Wybrałem bar, ale usiadłem tak, by patrzeć na kościół. Czy to jednak na pewno był kościół? Gdyby nie krzyż na szczycie... minaretu, mógłbym przysiąc, że widzę meczet. Jednak to dość typowe dla Andaluzji. Zagubione w górach osady liczą sobie często kilka tysięcy lat.

Katoliccy władcy Hiszpanii zdobyli te tereny pod koniec XV wieku i pospiesznie chrystianizowali miejscową ludność, zamieniając meczety na kościoły. Ale rzadko była to pierwsza "podmianka". Siedem wieków wcześniej kalifowie Kordoby stawiali te meczety na miejscach ariańskich kościołów Wandalów (od tego germańskiego plemienia wzięła swoją nazwę Andaluzja).

Wandalowie z kolei na swoje kościoły zagarnęli stare świątynie rzymskie. Świątynie, które - to trzeba powiedzieć jasno - postawili tutaj wcześniej Grecy, niszcząc miejsca kultu fenickiego Baala. Bardzo prawdopodobne, że trzy tysiące lat temu na tym placyku składano ofiary bogowi burz czczonemu pod postacią byka.

Rozglądam się za kelnerem i mój wzrok zatrzymuje się na plakacie zapraszającym na korridę w Rondzie. Wystąpią znany torreador Manuel i plejada nie mniej słynnych byków. Cóż, zmieniają się religie, ale zwyczaje Andaluzyjczyków nie poddają się próbie czasu. Kelner okazał się starszym, dumnym Hiszpanem, który za punkt honoru postawił sobie, by nigdy nie wypowiedzieć słowa w języku okupantów odległego o 150 kilometrów Gibraltaru. Bardzo żałowałem, że nie ma przy mnie mojego poczciwego nauczyciela angielskiego z liceum, który z żarem zapewniał, że dzięki jego wykładom cały świat stanie przed nami otworem. Chciałbym zobaczyć, jak zamawia tu obiad.

Z menu wyławiam znajome słowa: café con leche - kawa z mlekiem, podawana tu w wąskich szklankach, café solo - znajome włoskie espresso, tapas - przystawki, kanapeczki z suszoną szynką jamón serrano albo dwa razy droższą jamón ibérico - szynką z czarnej, podobnej do dzika świni karmionej wyłącznie żołędziami. Na własne ryzyko wskazuję jeszcze na queso de cabra curado, co okazuje się pokrojonym na grube plastry kozim serem.

Kelner, pokazując na słońce, na migi namawia mnie na tinto de verano, czerwone wino z lodem, sprite'em i plasterkiem cytryny. Na pewno świetnie gasi pragnienie, ale nie do końca wierzę w zapewnienia, że to trunek idealny dla kierowców wybierających się na górskie serpentyny. Ruszam w dalszą drogę.

Powietrze drga od gorąca. Krajobraz przywodzi na myśl kadry z "Gladiatora" Ridleya Scotta. Zagubione wśród pól i pagórków, otoczone kamiennymi murami białe domki, a obok strzeliste cyprysy. GPS doprowadza mnie do bocznej dróżki prowadzącej do Rondy. Trudno w to uwierzyć, ale miasteczko tętni życiem, a na ulicach tłoczą się tysiące turystów. Jak oni się tu dostali?

Wraz z tłumem mijam stadion, na którym rozgrywane są walki byków (niestety najbliższa korrida dopiero we wrześniu) i dochodzę do XVIII-wiecznego mostu - największej atrakcji miasta. Spina ze sobą dwa brzegi głębokiego na 120 metrów kanionu. Wokół urwiska małe domki tłoczą się niczym kury na grzędzie.

Turyści na wysuniętych nad przepaścią tarasach restauracji sączą sangrię. W sklepiku przy moście kupuję pamiątki - kolorowe kafelki z literkami - dzieło miejscowych rzemieślników, a potem odjeżdżam w kierunku morza. Obiad chcę zjeść w restauracji na plaży i zależy mi, by dotrzeć na miejsce jak najszybciej, więc nie włączam nawigacji, tylko kieruję się ustawionymi przy drodze drogowskazami.

W Marbelli jestem po zaledwie 40 minutach. To miasto jest dla Costa del Sol tym, czym Sopot dla naszego Wybrzeża. Kurort oddalony jest zaledwie o 50 kilometrów od portowej Malagi. To tutaj kupują wille milionerzy, by korzystać z położonych wokół miasta pól golfowych, a także hollywoodzkie gwiazdy, np. Antonio Banderas. Rozglądam się uważnie, ale wokół widzę tylko zadowolonych z życia i pogody brytyjskich emerytów, którzy zajęli stoliki w trzech kolejnych plażowych restauracjach.

Znajduję wolne miejsce przy łódce wyciągniętej na brzeg i zamienionej w coś na kształt grilla. Na wolnym ogniu smażą się nadziane na patyk małe rybki. Zostaną za chwilę podane na talerzu jako pescaito frito, czyli tutejszy odpowiednik chipsów. Można je będzie chrupać na przystawkę.

Kelner w ramach "czekadełka" przynosi talerz krewetek na zimno i obiecuje, że specjalność zakładu - paella z owocami morza (czyli patelnia, a w niej smażony ryż, wielkie gambasy, ośmiorniczki, małże i co tam jeszcze wpadło rano rybakowi w sieci) - będzie gotowa za pół godziny. Za mało czasu, by zobaczyć główną promenadę Marbelli, przy której można znaleźć najelegantsze butiki i domy towarowe. Ale akurat tyle, by szybko wykąpać się w Morzu Śródziemnym i wypić szklaneczkę tinto de verano. Dla takich chwil warto było przejechać trzy i pół tysiąca kilometrów. Zwłaszcza że w perspektywie mam jeszcze wieczór w Maladze, gdzie życie zaczyna się po 22.

O tej porze wąskie uliczki starego miasta wypełnią się rozbawionym tłumem, a na każdym rogu będzie słychać flamenco. W tej muzyce, tak jak w architekturze, zwyczajach i sposobie bycia, można odnaleźć echo wszystkich kultur, które od wieków rozwijały się w Andaluzji. Spacer po pachnącej kwiatami bugenwilli Maladze to jak zanurzenie się w oceanie czasu.

Sergiusz Pinkwart

PANI 6/2011

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje