Przejdź na stronę główną Interia.pl

Gorączka złota powraca

Włochy nie są pierwszym miejscem, jakie przychodzi do głowy, kiedy słyszymy o gorączce złota. Ale od tysięcy lat przesmyk w północnym Piemoncie, który bywa nazywany włoskim Klondike, przyciągał poszukiwaczy liczących na złoto płynące w dół rzeki Elvro ze złóż pozostawionych całą wieczność temu przez cofające się alpejskie lodowce.


Reklama

Gorączka złota pojawiała się i ustępowała w ciągu stuleci, ale w ostatnich, naznaczonych recesją latach, znów wzbiera. Coraz większa liczba ludzi kontaktuje się z miejscowymi stowarzyszeniami poszukiwaczy, w nadziei, że szybko się wzbogacą.

W pewien czerwcowy weekend poszukiwacze złota z całego świata zgromadzili się na Włoskich Mistrzostwach w Poszukiwaniu Złota. Pod palącym słońcem stali po kolana w mętnej wodzie, przepłukując piasek i żwir na płaskich naczyniach w poszukiwaniu samorodków.

- Niektórzy myślą, że idziesz i wyciągasz złoto, jak pieniądze z bankomatu - mówi Arturo Ramella, jeden z założycieli liczącej sobie 30 lat Biella Goldpanning Association, która zorganizowała zawody. Ale we Włoszech większość samorodków, jakie można znaleźć, jest wielkości okruszków chleba.

- Wiemy, że nie można z tego żyć, więc staramy się zniechęcić ludzi - mówi Ramella. - Są emeryci, którzy przychodzą codziennie i jeśli znajdą okruszek lub dwa, może to pomóc, ale to nie zastąpi wypłaty. Nie we Włoszech.

To wskazuje, że mamy do czynienia z czymś więcej niż stan podgorączkowy, "ponieważ zawsze jest możliwość znalezienia tu złota - jest to bardzo atrakcyjny potok".

Elvro płynie wzdłuż rezerwatu Bessa, dawnej kopalni złota, która przez około 100 lat pomiędzy drugim i pierwszym stuleciem przed naszą erą była "największym pokładem złota w antycznym świecie", mówi Aldo Rocchetti, Dyrektor Muzeum Złota.

Jeśli Rzymianie byli zdolni podbić takie obszary w tak krótkim czasie, jak to zrobili w czasach Republiki, to w znacznym stopniu dzięki temu złotu, "którym opłacano żołnierzy i najemników" - dodaje.

Miejsce, w którym odbywają się zawody zostało nazwane Victimula, na cześć ludności, która została podbita przez Rzymian i prawdopodobnie stanowiła siłę roboczą kopalni.

Pierwsze zawody odbyły się w Finlandii w 1978 roku. Mistrzostwa świata odbędą się w tym roku w Szkocji w sierpniu.

 Zawody są nie tylko świetną okazją, by zmierzyć się z innymi, ale też pokazują ile złota znajdującego się w strumieniu nie znajdujemy.

- To kwestia doświadczenia - mówi Ramella, który przewodniczy World Goldpanning Association.

  Zawodnicy przynoszą swoje własne miski do płukania złota, które mogą się różnić wielkością, ciężarem i liczbą rowków, ale muszą odpowiadać wymaganiom stowarzyszenia. Miski drewniane i stalowe zostały w większości zastąpione przez plastikowe. Popularne lekkie i płaskie modele nazywane są "Ferrari".

- Tak naprawdę nazywamy je Aston Martin - mówi James Linnett, Brytyjczyk, który poszukiwaczem jest od niedawna, ale zdążył już zdobyć kilka medali i samorodków różnej wielkości, które z dumą prezentuje innym uczestnikom. Część złota ma zamiar przetopić na obrączkę, ponieważ w przyszłym roku bierze ślub.

Linnett narzeka na programy typu reality-show emitowane w Stanach i Wielkiej Brytanii, które idealizują poszukiwania i powodują, że "ludzie myślą, że można wyciągnąć kilogramy złota z rzek", a rzeczywistość jest taka, że poszukiwanie złota to ciężka praca wymagająca dużej cierpliwości. - Jeden lub dwa małe kawałki to dobry dzień  - dodaje.

Dzisiaj poszukiwanie złota to przeważnie hobby, ale dla mas przymusowo zatrudnionych górników, którzy przez wieki pracowali w pobliskich bogatych w złoto alpejskich dolinach, było to o wiele mniej zabawne.

Podziemne kopalnie w dolinie Anzasca, były czynne do połowy XX wieku. Przez wieki przyciągały tysiące robotników z całych Włoch.

- To była nie tyle gorączka złota, co ruszenie za chlebem - mówi Gloria Casella, żona właściciela kopalni Guia, jedynej jaką można zwiedzić. Była to szkodliwa dla zdrowia i niebezpieczna praca, ponieważ używano w niej najpierw ołowiu a następnie cyjanku.

- Musieli pracować jak zwierzęta - mówi jej mąż Riccardo Bossone. - I wielu zmarło z powodu chorób płuc. To miejsce było znane jako dolina wdów i sierot - dodaje.

- Najgorsze jest to, że wiedzieli, że umrą młodo - mówi. - Tragedia.

Wszystkie kopalnie złota w okolicy zostały w końcu zamknięte, ponieważ koszty pracy przekraczały zyski z wydobycia.

- Pod Monte Rosa jest więcej złota niż w Afryce, ale z powodu kosztów i prawa chroniącego środowisko, nie jest wydobywane - mówi Rocchetti o najpotężniejszym masywie w Alpach Pennińskich.

Dzisiaj we Włoszech złota poszukuje się głównie w strumieniach i rzekach Piemontu, Lombardii i dolinie Aosty.

Regionalne przepisy ograniczają ilość, jaką można wydobyć dziennie, do 5 gram.

- Chciałbym! Nigdy nie znajdzie się więcej niż kilka gram dziennie - mówi Giuseppe Pipino, człowiek, który sprowadził do Włoch zawody poszukiwaczy, choć sam już w nich nie uczestniczy.

- To bardziej nauczanie o poszukiwaniu złota - mówi Pipino, którego stowarzyszenie działa w dolinie Orby, nad innym złotonośnym strumieniem.

 Jak inni poszukiwacze nie widzi potrzeby używania wykrywaczy metali. Kawałki złota we włoskich strumieniach są często zbyt małe by wykryć je elektronicznie, "a sygnał byłby nieustanny z powodu wszystkich kapsli od butelek".

  Jeden Włoch chwalił się samorodkiem ważącym 49,7 grama, który ma być największym znalezionym na tych terenach od 1200 lat, nie chciał jednak zdradzić, gdzie dokładnie go znalazł, by nie nastąpiła tam inwazja poszukiwaczy.

Przepisy regionalne regulują sposoby poszukiwań. W Piemoncie użycie maszyn jest zakazane, złoto trzeba wypłukiwać za pomocą misek.

- Ale kiedy jest mgła, niektórzy ludzie drążą głębokie dziury w strumieniach. To źle wpływa na środowisko. I przedstawia wszystkich poszukiwaczy w złym świetle - mówi Ramella. - My uczyliśmy  się od starych mistrzów, którzy postępowali  zgodnie z zasadami.

Giorgio Bogni, poszukiwacz złota i geolog z Sesto Calende, spędza w strumieniach tak wiele czasu, jak tylko może. - Poszukiwanie złota jest świetne, to hobby, ale to też forma medytacji, kontaktu z przyrodą, kiedy otaczają cię dźwięki rzeki - mówi.

To zwykle ciężki dzień pracy - dodaje. - I przychodzisz do domu, a twoja żona patrzy na dwa atomy, które przyniosłeś i pyta: "to wszystko?", ale ja jestem szczęśliwy.

Elisabetta Povoledo

fot. Gianni Cipriano

tłum. I.Grelowska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje