Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dalej niż Północ

Po co tysiące turystów jeżdżą dziś za koło podbiegunowe? Aby "polować na zorzę polarną". To jedna z głównych zimowych atrakcji Tromsø, najbardziej wysuniętego na północ miasta Norwegii. Amatorów aurora borealis nie zrażają ani 30-stopniowe mrozy, ani ciemności, które panują tu zimą 23 godziny na dobę. W "polowaniu na zorzę" wzięła udział nasza dziennikarka, Anna Jasińska. Podczas polarnej nocy ścigała się też w psich zaprzęgach, łowiła dorsze na rybackim kutrze i korzystała z jacuzzi pod gołym niebem...


Reklama

Koniec stycznia. Zbliża się północ. Razem z grupką turystów z Japonii i Wielkiej Brytanii stoję po kolana w śniegu na pustkowiu, jakieś 50 km od norweskiego miasteczka Tromsø. Nazwano je "bramą Arktyki", bo to ostatnia większa osada przed Svalbardem, krainą wiecznego śniegu, gdzie białych niedźwiedzi jest więcej niż ludzi. Stoimy tu od godziny i zastanawiamy się, jak wytrzymamy pół nocy na mrozie - temperatura zbliża się do -16°C, a polowanie na zorzę polarną (tak mówi się w lokalnym slangu o tych wyprawach) ma trwać do czwartej nad ranem.

Aby tu być, pokonałam cztery tysiące kilometrów. Stojąca obok mnie para z Tokio - pięć razy więcej. W ich kraju uważa się, że dziecko poczęte przez rodziców, którzy wspólnie widzieli zorzę, będzie bardzo inteligentne. Dlatego Tromsø, jedno z najlepszych na Ziemi miejsc do obserwowania aurora borealis (łacińska nazwa zorzy polarnej), jest celem pielgrzymek młodych Japończyków.

Przewodnik tłumaczy, co właściwie zobaczymy: "Każdego dnia na Słońcu dochodzi do potężnych wybuchów. Tony gorącej plazmy wystrzeliwują w kosmos. Gdy docierają do Ziemi, jej pole magnetyczne sprawia, że kumulują się na biegunach, tworząc na niebie świetlne spektakle...".

Wykład przerywa pojawienie się białej smugi nad horyzontem. Gęstnieje na naszych oczach i po chwili przypomina ogromną trójpalczastą dłoń. Znad ciemnego masywu płyną następne fale słonecznej plazmy i przybierają nieprawdopodobne kształty. W aparatach zorza ma kolor fosforyzującej zieleni, na niebie jest kłębiącą się bielą. W przeszłości uważano, że tworzą ją wędrujące dusze zmarłych. Nie wolno było ich pozdrawiać, bo - jak wierzono - zmarli mogli to uznać za prośbę, by zabrać nas w zaświaty.

Na wszelki wypadek nie machamy w stronę nieba, słychać za to okrzyki zachwytu i klikanie migawek.

W pewnej chwili zorza staje się tak intensywna, że... przestajemy robić zdjęcia. Nastrój euforii udziela się wszystkim. Gdy przewodnik przynosi nam gorącą herbatę z tutejszym specyfikiem - sokiem z moroszki (malina arktyczna), międzynarodowe towarzystwo wznosi toast "za zorzę". Pierwszy raz od początku spektaklu spoglądamy na zegarki: dobiega czwarta, a my zapomnieliśmy o mrozie! Przewodnik, który od listopada do kwietnia niemal co noc przyjeżdża tu z turystami, mówi, że mieliśmy szczęście: "Zorza była wspaniała. Osiem punktów w dziesięciopunktowej skali".

Para z Japonii skacze z radości. Anglicy częstują wszystkich whisky. Nie chce się wracać, bo po niebie wciąż ślizgają się nowe świetliste smugi. Może należało wykupić opcję "max", czyli całonocne polowanie na zorzę? Rozbija się wtedy specjalny namiot, w którym płonie ognisko, a zmarznięci amatorzy aurory karmieni są gorącą gęstą zupą rybną (na dorszach ze świeżego połowu). Tyle że zamiast 700 norweskich koron trzeba wówczas zapłacić minimum 1200. A okoliczne atrakcje wcale nie kończą się na zorzy...

Trochę surwiwalu

Następnego dnia o dziewiątej rano jestem umówiona z kapitanem małego kutra rybackiego. Gdy wchodzę na pokład, wokół panują ciemności. Styczeń w Tromsø to środek zimy polarnej: słońce wzejdzie dziś o 11.19, zajdzie o 12.20. Dzień potrwa równo jedną godzinę i jedną minutę.

Przygodę na kutrze zaczynam od uścisku dłoni kapitana. Mierzy jakieś dwa metry, ma sporą brodę, pali fajkę i nosi wielki gruby sweter z wełny reniferów.

- Spędzicie tu kawał dnia - obwieszcza tubalnym głosem, patrząc surowo na piątkę turystów. - Jeśli ktoś się jeszcze nie zorientował, to przypomnę, że jesteście na rejsie surwiwalowym. Zasady są proste: żeby żyć, trzeba jeść, a je tylko ten, kto coś złowi.

Chwilę później wręcza każdemu długą wędkę i ruszamy na pokład. Wieje spory wiatr, fale kołyszą łajbą, trzeba być czujnym, by nie stracić równowagi. Pod okiem kapitana ćwiczymy nakładanie przynęty i specjalny sposób poruszania wędką, który ma skutecznie wabić ryby.

- Haczyk nie może leżeć na dnie, bo się przyczepi i zerwiecie linkę. Ma się po nim ślizgać! - poucza kapitan, sprawdzając, jak wprowadzamy teorię w życie. Klimat morskiej przygody udziela się wszystkim. Pięć minut później na pokładzie ktoś skacze z radości. Nic dziwnego: czterokilowy dorsz! Kapitan patrzy na szczęśliwca z uznaniem. - Brać się do roboty - krzyczy na resztę. - Jak nic nie złowicie, obiad będzie tylko dla jednej osoby!

Pół godziny później to ja wrzeszczę z radości na cały statek. Jednak kapitan podejrzanie długo ogląda moją zdobycz... W końcu podaje mi rybę i mówi: - Całuj!

Nie rozumiem. Okazuje się, że okazy poniżej półtora kilograma, czyli takie jak mój, wrzuca się do morza. Obyczaj nakazuje jednak pocałować złowioną rybę przed wysłaniem jej w podróż powrotną. Całuję. "Właściwą" rybę wyciągam z morza kilka minut później. Teraz mogę zejść z pokładu i ogrzać się w "kajucie dla gości". Kapitan zaczyna akurat swój gawędziarski popis: opowiada o ojcu rybaku, który złowił tu kiedyś rekordowej wielkości halibuta (60 kg!), o białych niedźwiedziach, które, jak zapewnia, naprawdę chodziły kiedyś po Tromsø, i o rybach z zimnych mórz, które "mają najlepszy na świecie smak" ("te z ciepłych mało się ruszają i są rozlazłe").

Na poparcie jego słów na stół wjeżdżają wielkie półmiski ze złowionymi przez nas dorszami, przyrządzonymi przez bosmana w prowizorycznej kuchni na kutrze. A do nich wielki gar smażonych ziemniaków.

Rozgrzani "surwiwalowym" obiadem (do ryby dostajemy kawę z brandy), patrzymy na ośnieżone fiordy i dziewicze zatoczki. Nie widać zabudowań, bo gęstość zaludnienia na tych terenach nie przekracza dwóch osób na kilometr. W końcu kapitan wyciąga gitarę i daje koncert pieśni żeglarskich po norwesku. Po kolejnej kawie z brandy wszyscy są zachwyceni. 

Nocny wyścig i wszystkie skarby Wikingów - czytaj na następnej stronie.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje