Przejdź na stronę główną Interia.pl

Biali wyjechali z miasta

Czarna Afryka, smak orientu i urok kolonialnych Indii w idealnych proporcjach. Ruszamy tropem Ryszarda Kapuścińskiego na rajską wyspę - Zanzibar.

Przypłynęliśmy porannym promem z Dar es-Salaam w Tanzanii zwabieni jednym zdaniem z "Hebanu" Ryszarda Kapuścińskiego: "Zanzibar: biała, kamienna, kunsztownie rzeźbiona brosza starego arabskiego miasta, a dalej lasy palmy kokosowej, olbrzymie rozgałęzione drzewa goździkowe i pola kukurydzy, pola kassawy, a to wszystko obramowane świecącym piaskiem plaż z wyżłobieniami seledynowych zatok, w których kołyszą się flotylle łódek rybackich". Legendarny polski reporter burzliwe lata 60. spędził w Afryce. Był jednym z nielicznych dziennikarzy, którzy dotarli na Zanzibar, gdy w styczniu 1964 roku wybuchła tu rewolucja. Czemu Kapuściński pisał o "starym arabskim mieście" tysiące kilometrów od Zatoki Perskiej? Spacer po Stone Town, historycznej dzielnicy Zanzibar City, to wycieczka w fascynującą przeszłość. Gęstwina zaułków i wąskich uliczek przywodzi na myśl mediny Marrakeszu. Arabowie i Persowie osiedlali się tu od X wieku. Cały XVI i XVII wiek panowali tu Portugalczycy, a później przez prawie 250 lat wyspa należała do sułtana Omanu - protegowanego Brytyjczyków. Mieszanka kultur sprawiła, że to miejsce zachwyca różnorodnością. Anglikańska katedra sąsiaduje z ozdobionym arabeskami meczetem. Drzwi do domostw obite są solidnymi ćwiekami - to pamiątka po Hindusach, którzy przybyli tu z Brytyjczykami, a mosiężne szpikulce, tak jak w Bombaju, miały odstraszać bojowe słonie. Najbardziej znanym Zanzibarczykiem był potomek irańskich zaratustrian - Frederic Bulsara, który po przyjeździe do Anglii założył zespół Queen i przybrał pseudonim Freddie Mercury. Pamiątki po zmarłym w 1991 roku na AIDS muzyku można obejrzeć w barze Mercury nieopodal portu.

Reklama

Błądziliśmy po mieście śladami Ryszarda Kapuścińskiego. W drzwiach mikroskopijnych sklepików siedzieli sprzedawcy, pijąc słodką jak ulepek kawę w małych szklaneczkach i paląc fajki wodne. Uliczkę wypełniał zapach jabłkowego tytoniu. Z obojętnością wodzili za nami wzrokiem, gdy w stężałym od upału mrocznym wnętrzu kramu dotykaliśmy dziwnych rytualnych masek, hebanowych figurek czy arabskich, rozpadających się ze starości ksiąg. Przeszliśmy przez plac, na którym odbywał się targ rybny. Ciemnoskórzy afrykańscy rybacy prezentowali dwumetrowe rekiny młoty pękate tuńczyki i galaretowate ośmiorniczki, które na sąsiednim straganie można było od razu usmażyć. Roznosił się słodki zapach pieczonej kassawy - bulwiastych warzyw przypominających w smaku kartofle.

Ryszard Kapuściński w 1964 roku przedarł się na opanowaną przez rebeliantów wyspę i zamieszkał w hotelu Zanzibar - najstarszym w mieście i jedynym, w którym pozwolono zatrzymywać się zagranicznym dziennikarzom. Odnaleźliśmy ten budynek. Kilka lat temu wykupiło go konsorcjum z RPA i odrestaurowało. Pięknie się prezentuje na tle bujnej tropikalnej zieleni, ale w wymuskanym nowoczesnym wnętrzu trudno byłoby mi sobie dziś wyobrazić reporterów relacjonujących rewolucję. W "Hebanie" czytamy, że w barze Zanzibar Hotel do Kapuścińskiego podeszła "rześka staruszka" i wyrecytowała mu poemat Leopolda Staffa. Helena Trembecka z Podola prowadziła nieopodal pensjonat Pigalle, w którym na darmowe piwo przychodzili przywódcy rebelii. Zaczęliśmy pytać o nią starszych sklepikarzy i wkrótce zaprowadzono nas do wiekowego Murzyna, który w latach 50. grał w hotelu Trembeckiej w zespole jazzowym. Tak, pamięta właścicielkę. Miła, biała pani. Polka? To słowo nic mu nie mówi, ale może nam pokazać, co zostało z pensjonatu Pigalle. Powiódł nas krętymi uliczkami do wielkiej willi, z której płatami odchodziła stara farba. Dziś Pigalle zamieniono na kino, ale seanse odbywają się zaledwie kilka razy w tygodniu. Nie ma ruchu. Co się stało ze starszą panią, która w dniach rewolucji deklamowała poezję Młodej Polski? Emerytowany jazzman rozłożył bezradnie ręce: "Nowe władze wszystko znacjonalizowały. Biali wyjechali z miasta". Wyjechaliśmy i my.

Na północny cypel wyspy dotarliśmy przewiewnym dalla-dalla - zardzewiałym busikiem, w którym na dwóch długich twardych ławkach podskakują na wybojach turyści, pachnące sandałowym olejkiem miejscowe kobiety jadące z targu i żołnierze z owiniętymi taśmą klejącą kałasznikowami. Droga wiodła skrajem bananowych gajów i plantacji przypraw, z których słynie Zanzibar. Dwie godziny później dotarliśmy do Nungwi, a przed nami był już tylko pistacjowy Ocean Indyjski. Wykąpaliśmy się w ciepłej jak zupa wodzie i ruszyliśmy na spacer po wiosce. Nungwi to osada rybacka. Poza kilkunastoma hotelami i bungalowami usytuowanymi w bezpośrednim sąsiedztwie plaży życie toczy się niezmiennym od wieków rytmem. Mężczyźni wypływają w nocy na połów, by o świcie sprzedać łup na targu. Kobiety przed domami gotują ugali samaki - rodzaj gulaszu z ryb i ubitej na papkę kassawy.

Udzielił nam się sielski nastrój. Resztę dnia spędziliśmy na plaży. Tu także, w barze, kilka metrów od huczącego przybojem oceanu, spotkaliśmy Matyldę - Polkę, która w Nungwi od kilku lat prowadzi pensjonat i szkołę nurkowania. Gdy zachwycaliśmy się spokojną atmosferą wioski, zmartwiona kręciła głową. "Mieliście szczęście", skwitowała. "Kilka dni temu ci mili wieśniacy w samo południe ukamienowali mężczyznę przejeżdżającego przez wioskę na rowerze. Wcześniej gruchnęła wieść, że w okolicy pojawił się Popobawa - krwiożerczy człowiek nietoperz, który nocą wysysa krew dzieci i sprowadza choroby. W obcym rowerzyście ktoś rozpoznał legendarną bestię. Policja przyjechała, gdy na placu pod szkołą dymiły już tylko zgliszcza po zatłuczonym i spalonym - wraz z rowerem - pechowcu". Milkniemy. Z baru dobiega skoczna muzyka, w której gorące afrykańskie rytmy krzyżują się z arabską śpiewną melodią. Na samym brzegu morza ktoś rozpala ognisko. Jakaś para w miłosnym uścisku odsuwa się z kręgu światła i znika w ciemności. Strzelający w górę, w stronę parasoli palm kokosowych, snop iskier oświetla przez ułamek sekundy grzywy fal. Kilkanaście metrów od brzegu, tuż nad białą pianą przyboju rozbijającego się o rafę koralową dostrzegam chybotliwy cień wielkiego nietoperza, który leci prosto na...

Sergiusz Pinkwart

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje