Przejdź na stronę główną Interia.pl

Beata Pawlikowska: Urugwaj nigdy specjalnie mnie nie pociągał

Zwiedziła całą Amerykę Południową i Środkową z wyjątkiem tego jednego kraju. Przyszła pora, żeby to zmienić. Beata Pawlikowska, która niedawno wydała książkę "Blondynka w Urugwaju" zdradza, co odkryła w czasie tej podróży, czy pracuje w czasie wakacji i co sądzi o legalizacji marihuany.

Magdalena Żelazowska, www.zgubsietam.pl: Jak to możliwe, że była pani kilkadziesiąt razy w Brazylii, ale nigdy w Urugwaju?

Reklama

Beata Pawlikowska: Kilka razy byłam blisko. Wystarczyło wsiąść na statek i popłynąć, ale Urugwaj po prostu nigdy specjalnie mnie nie pociągał. To jest zamożny, uporządkowany kraj, gdzie wszystko jest świetnie zorganizowane, a życie toczy się spokojnie. Nie ma tam miejsca na nieprzewidywalność, którą najbardziej lubię w podróży. W Urugwaju autobus międzymiastowy zaplanowany na godzinę 8:01 odjedzie o 8:01. Gdzie tu przygoda?

- Wolę Gwatemalę, gdzie w małych miasteczkach zamiast dworca jest duży plac z ubitej ziemi, z którego we właściwym sobie czasie odjeżdżają zatłoczone minibusy wypełnione do ostatniego centymetra miejscowymi Indianami, pękami ziół i workami z kukurydzą. Tak właśnie lubię podróżować. Pewnego dnia odkryłam, że Urugwaj jest ostatnim krajem w Ameryce Południowej, którego nie widziałam. Postanowiłam więc wyruszyć na wyprawę, a przy okazji odwiedzić dwa inne miejsca, które bardzo lubię: Paragwaj i wodospady Iguazú na granicy Argentyny i Brazylii.  

Czy w tym ugładzonym i przewidywalnym kraju coś jednak panią zaskoczyło?  

- Mnóstwo rzeczy! Odkryłam na przykład cudowne miejsce, o którym nie ma ani słowa w przewodnikach. Maleńką wioskę nad oceanem, na skrawku lądu na południowo-wschodnim wybrzeżu Urugwaju. Nie prowadzi do niej żadna droga. Żeby tam się dostać, trzeba jechać ciężarówkami przez pustynię. Dalej jest już tylko ocean, a gdzieś za nim - Europa.  

Jacy są Urugwajczycy?  

- To też jest zaskakujące. Ameryka Południowa kojarzy się z ciemnookimi, smagłymi Latynosami, tymczasem w Urugwaju 80% mieszkańców to biali potomkowie Europejczyków.  Jacy są na co dzień?  Myślę, że najlepiej opisuje ich hiszpańskie słowo suave, które znaczy "delikatny", "miękki", "łagodny". Są bardzo mili, życzliwi i sympatyczni.  

Tylko czemu tak późno wstają?  

- Rzeczywiście, zwłaszcza w większych miastach bogatych państw. Bo w niebogatych krajach jest zupełnie inaczej. Dzień zaczyna się bardzo wcześnie. Już o szóstej rano słychać jak ktoś rozstawia krzesła w barze, parzy kawę, wyprowadza na ulicę wózek z owocami, smaży placki. Ale w Urugwaju o szóstej rano jest cicho. O siódmej też. O ósmej wciąż cisza. O dziewiątej słychać pojedyncze skrzypnięcia drzwiami - może ktoś otworzy kawiarnię, a może nie. Kiedy jesteś zamożny, masz mniejszą motywację do działania. Tak samo było w stolicy Urugwaju. W piątek po południu, przy słonecznej pogodzie, kiedy każde inne miasto tętni życiem, centrum Montevideo było puste, tak jakby nikt tam nie mieszkał.  

W Urugwaju legalna jest marihuana i tamtejsze społeczeństwo funkcjonuje normalnie. Ale pani jest jej przeciwna.  

- W Urugwaju przeprowadzono pewien eksperyment. Legalizacja marihuany miała częściowo rozwiązać problem czarnego rynku narkotykowego. Ludziom pozwolono uprawiać po 6 krzewów na własny użytek. Nie zmienia to jednak faktu, że marihuana jest substancją psychoaktywną, która wywołuje uzależnienie. Organizm przyzwyczaja się do małych dawek i potrzebuje ich coraz więcej. Mam przyjaciela, który zaczynał od jednego skręta dziennie, a po kilku latach czasie potrzebował ich 25 każdego dnia, więc żeby zaspokoić swój głód marihuany wydawał na nią majątek. Jestem przeciwna wszystkim narkotykom, bo prowadzą do tego, że stajesz się niewolnikiem swojego uzależnienia. Dla mnie największą wartością jest wolność.   

Podczas podróży do Urugwaju spełniała pani swoje dawne życzenie: jako nastolatka chciała pani pojechać do Montevideo. Czy w dorosłym życiu warto wracać do marzeń z młodości?  

- Oczywiście! Marzenia są najważniejsze i nigdy nie przestają być aktualne. Spełnianie swoich marzeń daje ogromną radość. Szkoda, że ludzie o nich zapominają, bo pewnie kiedyś uznali, że są nierealne. Ja pamiętam o moich marzeniach. Wierzę w to, że w życiu wszystko jest możliwe.  

Z każdej podróży przywozi pani materiał na książkę. Dużo pani pracuje w będąc w drodze?  

- Robię dużo notatek. Zapisuję moje wrażenia, przemyślenia, wnioski. Różne rzeczy, które wydają mi się ważne. To nie są materiały do książki. To są moje prywatne notatki, opowieści, które nigdy nie zostały wydane. Pisanie książki to zupełnie inna sprawa. Piszę ją na spokojnie po powrocie, siedząc przed komputerem przy moim biurku.

Zwiedziła pani świat wzdłuż i wszerz. Czy nadal ma pani w sobie entuzjazm odkrywcy?  

- Oczywiście! Podczas każdej podróży odkrywam coś nowego, nawet w miejscach, gdzie byłam wiele razy wcześniej. Kraje Ameryki Środkowej niewiele się zmieniły. Gwatemala, Salwador, Honduras czy Nikaragua są tak samo przygodowe, nieprzewidywalne i niebezpieczne jak dwadzieścia pięć lat temu. Z wielką radością wróciłam do nich w tym roku podczas samotnej wyprawy między dwoma oceanami.  

Wydaje mi się jednak, że dziś, kiedy podróże są łatwiejsze w organizacji, mniej one dla nas znaczą.  

- To kwestia wyboru. Ja świadomie nie korzystam z wielu dostępnych obecnie narzędzi. Nie rezerwuję noclegów przez internet, nie kupuję zawczasu biletów na połączenia lokalne. Wolę wszystko znaleźć na miejscu, dać się zaskoczyć i móc w każdej chwili zmienić plany. Nie śpieszę się donikąd, nie interesują mnie zabytki, pomniki ani kurorty. Wolę spędzić noc w przypadkowym hotelu dla tubylców, zjeść proste śniadanie na targowisku, porozmawiać z ludźmi, popatrzeć na ich życie. I poczuć się tak, jakbym była jedną z nich.          


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje