Przejdź na stronę główną Interia.pl

Barcelona. Tropem Gaudiego

Staram się być ostrożny w nazywaniu miast "magicznymi", ale Barcelona bez wątpienia zasługuje na to słowo.

 Gdy Madryt próbuje odnaleźć swoje miejsce wśród europejskich stolic, Sewilla ma swoją bogatą historię, Barcelona emanuje szczególnym powabem, z jakim nie spotkałem się nigdy wcześniej. Czy to spontaniczna gra w piłkę nożną na uliczkach Dzielnicy Gotyckiej, czy poznawanie nowych ludzi w barze z pintxos, gdzie mnóstwo jest stałych klientów, czy podziwianie przygotowanego pod turystów przedstawienia "światło i woda" w Magicznej Fontannie, niedaleko Pałacu Narodowego - wspaniała specyfika Barcelony i jej charyzma sprawiają, że to idealne miejsce, do którego zajrzeć powinien każdy podróżnik.

Reklama

Wszystko czego potrzebujesz by poczuć się jak mieszkaniec Barcelony, wyjaśniła mi moja przyjaciółka Julia Miskevich, to "dobry wermut i pikle". I może jeszcze "może papieros oraz bardzo ochrypły głos".

W katalońskiej stolicy znalazłem wspaniałe jedzenie i trunki (choć pominąłem papierosy), ale skoncentrowałem się na twórczości modernistycznego architekta Antonio Gaudiego, między innymi na jego niesamowicie popularnym choć nieukończonym dziele, bazylice Sagrada Família.

I choć Barcelona nie jest tania, udało mi się sporo zaoszczędzić i po kilku dniach mój portfel nie zelżał zbytnio.

 Gaudi wyrósł w miejscowości Reus położonej około 96 km od Barcelony na wybrzeżu  Morza Balearskiego. Ale sławę zdobył w Barcelonie, gdzie przeprowadził się w 1868, by studiować architekturę. Do czasu ukończeniu studiów, jego kariera zawodowa już się rozwijała. I o ile początkowo hołdował wiktoriańskim tradycjom swoich czasów, wkrótce zaczął pracować w sposób bardziej innowacyjny i szokujący, eksperymentował z materiałami, kolorami i geometrią, włączając inspiracje płynące ze świata roślin i zwierząt.

Jego dzieła są teraz sporym źródłem dochodu dla Barcelony. Wejście do zaprojektowanych przez niego budynków nie jest tanie: nawet Park Güell wymaga biletów dla wstępu na niektóre obszary (7 euro). Istnieją zniżki, ale są ograniczone. Przez zarejestrowanie się i podanie danych osobowych oraz odcisków palców w jednym z biur Pomocy i Informacji, uzyskujemy bezpłatny wstęp do parku i zniżki do wielu muzeów w mieście, ale nie do innych miejsc związanych z Gaudim.

To oznacza, że trzeba się pogodzić z zapłaceniem 22 euro za wejście do Casa Milà - i to za bilet w wyznaczonej godzinie. By odwiedzić to miejsce w porze, która nam pasuje, trzeba kupić bilet za 29 euro.

 Niektóre fasady można zobaczyć za darmo. Z zewnątrz można obejrzeć na przykład Casa Milà, duży budynek na rogu ulic Carrer de Provença i Passeig de Gràcia, ukształtowany jak wielki morski stwór. Albo statek kosmiczny. Albo tajemniczy starożytny kamieniołom, jak na to wskazuje jego pseudonim Pedrera.

Zapłaciłem za wstęp i okazał się wart swojej ceny - wnętrze nie przypomina niczego, co widziałem do tej pory.

Zamówiony przez przemysłowca i zbudowany, gdy Gaudi był u szczytu sił twórczych, budynek został zaprojektowany jako apartamentowiec. Aspekty naturalnego i nienaturalnego koegzystują w symbiotycznym paradoksie: podczas gdy w jednych aspektach jest sztuczny i krzykliwy, to np. fasada przypomina koralowce wygładzone przez ocean, a zdobienia dachu przywodzące na myśl morskie stwory sprawiają, że czuję się jakbym był w akwarium. Wideo promocyjne sugeruje, że budynek nie był stworzony przez Gaudiego, ale przez samą naturę i trudno się z tym nie zgodzić. Nie zapomnij skorzystać z przewodnika audio, który jest w cenie biletu.

Inne dzieło Gaudiego, jakie odwiedziłem, Güell Palace, było stworzone o 20 lat wcześniej i to widać. Posiadłość, również zbudowana na zamówienie bogatego przemysłowca, nie ma kapryśnego i swawolnego charakteru jak późniejsze prace Gaudiego, część wydaje się nawet gotycka, a wręcz katedralna (kiedyś odprawiano tu zresztą msze). Wstęp jest tańszy niż do Casa Milà, wynosi 12 euro.  Na tej samej ulicy można zajrzeć do 365 Cafe na kawę (1,15 euro) i mini croissanta (35 centów).

Ale nie samą architekturą żyje człowiek. Znalezienie niedrogiego hotelu również jest wyzwaniem. Wśród krętych uliczek starego miasta przyzwoity nocleg kosztuje około 200 dolarów za noc. Zdecydowałem się zamienić wygodę przebywania w centrum, na nieco niższą cenę. Wybrałem Holiday Inn Express w dzielnicy Sant Martí za jedyne 129 dolarów za noc.

 W cenie jest smaczne śniadanie, a do Ciutadella Park jest zaledwie 25 minut spacerkiem. Dało mi to okazję do zwiedzania Barcelony tak, jak powinno się to robić - pieszo. Wciąż używałem wprawdzie karty miejskiej (14,5 euro za dwa dni korzystania z transportu miejskiego, 21,20 za trzy dni, 10% zniżki przy zakupie on-line), ale nie była ona tak użyteczna jak przypuszczałem. Stacja metra znajdująca się w pobliżu mojego hotelu nie oferowała wygodnych połączeń do większości miejsc, które chciałem odwiedzić. Autobusy okazały się lepszym rozwiązaniem, ale karta zawodziła mnie, kiedy najbardziej jej potrzebowałem - większość linii nocnych dojeżdżających do mojego hotelu, była obsługiwana przez prywatną firmę Tugsal, która nie honorowała tego biletu.

A co robiłem w mieście tak późno? Hulałem, chłonąłem Barcelonę, włócząc się bez celu ciemnymi brukowanymi uliczkami, zatrzymując się, by posłuchać ulicznych grajków czarujących przechodniów w pobliżu jednego ze starych kościołów, albo poobserwować dzieciaki odtwarzające wieczorny mecz Barcelona - Juventus. Wieczór można rozpocząć w Barze Brutal, miejscu z duszą, przemyślaną kuchnią i rozsądnymi cenami.

Dorsz serwowany pod niewiarygodnie lekką pierzynką z puszystych ziemniaków (10 euro) był niebiański i świetnie harmonizował z cytrusową oliwą, którą był skropiony. Talerz serów (11 euro) z krowim Comté, dwoma rodzajami serów kozich i niebieskim z mleka owczego doskonale smakował z kieliszkiem wytrawnego Saltamartí w przystępnej cenie. Uwielbiam te sery - powiedział mi przy barze Olivier. Wyjaśnił, że dobry talerz serów jest jak mapa - możesz spojrzeć i powiedzieć - ten ser jest z tego regionu, a tamten z innego.

Tapas są oczywiście obowiązkowe i nie ma lepszego miejsca, by je skosztować, niż Xarcuteria La Pineda, małe delikatesy z kilkoma stolikami. Wiele przekąsek oferowanych w La Pineda to pintxtos, baskijskie tapas nadziewane na patyczki. Ja uwielbiam pintxo Gilda (2,10 euro), kilka tłustych oliwek z sardelą i chili, a także nieco większe z ciasta ze szpinakiem, z karczochem i suszonymi pomidorami (2,25). Jeśli zamówić do tego butelkę piwa Estrella Galicia (1,6 euro), mamy idealny wieczorny posiłek.

To było oczywiście paliwo, by nabrać sił do dalszego poznawania dzieł Gaudiego.

Bazylika Sagrada Família, wyłaniająca się jak zamek na niebie, niemal oślepiła mnie swoją niezwykłością, gdy wyszedłem ze stacji metra. Co ciekawe Gaudi rozpoczął pracę na tym projektem na stosunkowo wczesnym etapie kariery, przejmując kontrolę na budową w 1883 i pracując nad nią przez cztery dekady aż do swojej śmierci. Zapierająca dech w piersiach bazylika konsekrowana przez papieża Benedykta XVI  w 2010 jest w nieustającej budowie i ma być ukończona w 2026 roku. Dzięki Wieży Jezusa Chrystusa wysokiej na 172 m będzie najwyższą katedrą w Europie.

A jak wygląda? Cudownie. Obco. Zupełnie inaczej niż jakikolwiek kościół, w którym byłem. (wstęp 15 euro, i dodatkowe 9 za zwiedzanie z przewodnikiem). Niesamowicie wysokie kolumny rozgałęziają się u sklepienia jak drzewa, prace kamieniarskie wykonane są z takim mistrzostwem, że wyglądają jakby były poskładane z papieru, witraże czarują barwami tęczy.

 Budynek budzi kontrowersje. George Orwell nazwał go "jednym z najszkaradniejszych budynków na świecie", Salvador Dali miał inną perspektywę: "Ci, którzy nie zasmakowali w jego znakomicie kreatywnym złym smaku, są zdrajcami."

Mniej znana jest Casa Batlló, zbudowana miedzy 1904 i 1906 rokiem - choć może to być najbardziej charakterystyczna praca Gaudiego. Pomysłowy, szelmowski budynek jest czymś przypominającym świat "Alicji w krainie czarów" lub fabrykę czekolady Willy’ego Wonka: feeria barw, swawolne kształty i połyskujące kawałki szkła podejmują spektakularny dialog ze zmysłowo krągłą stolarką w sposobie, w jaki łapią światło przenikające tu z ulicy Passeig de Gràcia. I tu szacunek Gaudiego dla natury jest oczywisty. Idąc przez poddasze z jego łukowym sklepieniem, czujemy się jak wśród żeber wieloryba.

Przewodnik audio (w cenie biletu, 23,50 euro) jest trochę przegadany, ale zwrócił mi uwagę na coś, co pogłębiło moje zrozumienie prac Gaudiego. Casa Batlló "jest budynkiem, który powinien być dotykany". Nagle ta ilość dekoracji i  krzywizn nabrała sensu.

 Zacząłem się koncentrować na ludzkim aspekcie budynku: jego cieple, materiałach, które zostały użyte. Kręte drewniane poręcze wydają się stworzone po to, by przesuwały się po nich ręce. Klamki wydawały mi się niezgrabne i cudaczne, dopóki nie chwyciłem jednej z nich. Wymodelowane do dłoni Gaudiego, do mojej również pasowały idealnie. To całkiem logiczne, że w jednym z najbardziej ekscytujących miast Europy, jego największy architekt skupił się na zmysłowości.

Lucas Peterson

Reklama

Najlepsze tematy

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje