Przejdź na stronę główną Interia.pl

Alpy francuskie: Pod nami góry

Słońce gwarantowane przez 300 dni w roku. Długość tras liczona w setkach kilometrów. Wśród atrakcji loty widokowe, dyskoteka na stoku, uciechy gastronomiczne i spojrzenie ze szczytu Pic Blanc na jedną piątą terytorium Francji. Tak kuszą stacje narciarskie Alpe d’Huez i Les 2 Alpes we francuskim departamencie Isère, zaliczane do dziesiątki najlepszych w kraju.

Kapitan Jack ma wygląd wilka morskiego. Wysoki, krzepki, z posiwiałymi skrońmi i ogorzałą twarzą. Ale Jack nie pływa, tylko lata. To on poprowadzi nasz samolocik o wdzięcznej nazwie Abeille, czyli Pszczoła.

Reklama

- Kurtki i plecaki zostawcie w biurze - radzi. Rzeczywiście, obok pilota z trudnością mieści się jedna osoba, a z tyłu na wcisk dwie. Komfort jak w małym fiacie, ale widoki (dosłownie) nieziemskie. Najpierw rozpędzamy się na półkilometrowym pasie startowym. Schodzi w dół, a ponieważ samolot ma płozy, czujemy się jak na trochę większych sankach. Rety, za chwilę przepaść! W ostatniej chwili Jack podrywa maszynę i wzbijamy się na wysokość alpejskich szczytów.

Śnieżne czapy lśnią w słońcu, a nasz pilot z filuternym uśmiechem "macha" skrzydłami samolotu. Na tyle mocno, że pokrzykujemy z emocji, ale na tyle pewnie, że nikt się tak naprawdę nie boi. Krótki lot kosztuje 50 euro, ale warto tę sumę wydać, bo wrażenia zostają na całe życie. A film wrzucony na Instagram bije rekordy "polubień".

Z okien samolociku widać też dokładnie, dlaczego stację narciarską Alpe d’Huez nazywają słoneczną wyspą. Położona na wysokości 1860 metrów, otoczona jest stokami na tyle "rozłożystymi", że nie mają jak rzucać cienia. W grudniu narciarze cieszą się słońcem przez 7,5 godziny w ciągu dnia. A słonecznie jest tu przez 300 dni w roku. Dziś też.

Jack pokazuje nam najwyższy szczyt w okolicy, Pic Blanc 3300 m n.p.m. Kiedy się na nim stoi (dojazd możliwy kolejką linową), widać w dali Mont Blanc i aż... jedną piątą obszaru Francji - od granicy z Włochami po Masyw Centralny.

Jack pokazuje nam trasę narciarską idącą ze szczytu Pic Blanc. - To Sarenne, najdłuższa czarna w Europie, ma 16 km. Na co dzień śmigają nią narciarze, ale raz do roku w kwietniu odbywa się tu szalony zjazd na rowerach górskich. Jack z wprawą ląduje na minilotnisku, a my ruszamy na stoki, które przed chwilą oglądaliśmy z powietrza. Co odważniejsi - na "Sarenkę", ostrożni - na łagodne, które zaczynają się tuż przy hotelach.

Wyciągów jest tu 76, więc kolejek zero. Nudy też zero, bo trasy mają w sumie 250 km. "Na wysokości organizm produkuje więcej czerwonych krwinek, zrobisz sobie zapas na kilka tygodni i będziesz czuła się lepiej" - mówi z uśmiechem Sébastien Lonchamp, instruktor narciarski, z którym jadę odkrywać trasy.

Najweselej jest na Farmie Marcela - idealnej dla dzieci i początkujących. Długa, łagodna, z atrakcjami po drodze - od widoku na spowite mgłami jezioro w dole po fikuśne slalomy, garby, tunele o nie mniej fikuśnych nazwach (np. Tina Turn). Niedaleko snowpark do bardziej zaawansowanych figli. Tuż obok przemyka psi zaprzęg husky.

Co jakiś czas mijamy osoby na handiski, czyli nartach dla niepełnosprawnych. Siedzą na specjalnych siodełkach na płozach, a instruktorzy jadący z tyłu kierują tymi "pojazdami". Czas coś zjeść.

Restauracja na stoku Signal 2108 chwali się tym, że prowadzi ją maître restaurateur, czyli mistrz restaurator. Aby zdobyć ten tytuł, musi spełniać 30 kryteriów. W każdym razie krem z dyni wybitny! Sébastien prowadzi mnie do groty lodowej. Co roku artyści rzeźbią w śniegu figury na zadany temat. Co roku oglądają to tysiące dzieciaków z rozdziawionymi gębami i co roku piękne dzieło topi się w wiosennym słońcu.

Po dwóch godzinach jazdy lądujemy w Folie Douce. Impreza trwa już na całego. Francuzi nazywają ten rodzaj przybytku restaurant-cabaret, ale to w zasadzie dyskoteka na świeżym powietrzu, tyle że położona wysoko na stoku i czynna przez dwie godziny popołudnia. Niektóre stroje tańczących rzeczywiście wydają się kabaretowe: grupka młodych ludzi obok ma kombinezony w krowi deseń, dalej stoi pan w zielonej tiulowej spódniczce nałożonej na narciarskie spodnie. Chyba świętuje urodziny albo coś na kształt wieczoru kawalerskiego.

Tutejszy szef kuchni może się pochwalić dwiema gwiazdkami Michelina. Didżej rozkręca tańce, ktoś gra na saksofonie, niektórzy narciarze wskakują na stoły i zrzucają kurtki, a bardziej rozbawieni nawet to, co po spodem. Wieczorem rozrywka w zupełnie innym nastroju. Centrum miasteczka Alpe d’Huez, kościół Notre-Dame des Neiges (czyli Matki Boskiej Śnieżnej). Nowoczesny, prosty, z betonu. Powstał w latach 60. XX wieku, a budowę rozpoczął holenderski duchowny, który w tym celu nawiązał współpracę z firmą Heineken.

Z każdej butelki piwa wypitej w tym regionie firma przekazywała jednego centyma - i kościół zbudowano w kilka lat! Dziś jego atrakcją są ogromne drewniane organy w kształcie dłoni. W każdy czwartek zimy (ale też latem) koncertują tu muzycy z całego świata.

Drugi dzień jazdy. Na przywitanie - zakwasy. Mięśnie są zdziwione, że ktoś pogonił je do pracy. Może by tak do spa? W hotelu Chamois d’Or kuszą zabiegi firmy Nuxe. Masaże, maseczki... Korci też pokój kąpielowy, w którym stoją dwie drewniane balie. Podgłówki umieszczono tak, aby obie korzystające osoby mogły na siebie patrzeć i rozmawiać. W wodzie pływają zioła, obsługa serwuje owocowy koktajl, a po zabiegach herbatę renomowanej marki Mariage Frères.

W tutejszej informacji turystycznej niespodzianka. Wita nas Ola Boruszewska, Polka, która kilka lat temu zakochała się w tym zakątku Alp i... została. Mieszka tu z mężem, też Polakiem. To od Oli dowiaduję się, że z historią stacji narciarskiej związany jest "nasz człowiek". Jean Pomagalski, obywatel polskiego pochodzenia z Grenoble, który w latach 30. zbudował tu wyciągi. Stacja najmocniej rozwijała się w latach 50. i 60. W 1968 r. w ramach olimpiady zimowej w Grenoble odbyły się tu zawody bobslejów. Mniej więcej wtedy otwarto pierwszy w tego typu kurortach basen na świeżym powietrzu.

Kolega idzie z niego skorzystać (szalony, przecież mamy zimę!), ja wolę sprawdzić, jak smakują ciasteczka w kultowej cukierni Jeannin z 30-letnią tradycją. Oj, smakują...

Dowiaduję się też, że w Alpe d’Huez od 20 lat, zawsze w trzecim tygodniu stycznia, odbywa się (jedyny we Francji) festiwal filmów komediowych, a wiosną zjeżdżają tu fani na festiwal komiksu. Miejscowość znana jest także z wyścigu Tour de France. To między Alpe d’Huez a pobliskim Le Bourg-d’Oisans odbywa się jeden z trudniejszych górskich etapów.

Wielka Pętla: 21 zakrętów na prawie 14 kilometrach stromej drogi. Każdy zakręt nosi imię jednego ze zwycięzców tego morderczego etapu. Ja mam łatwiej, do hotelu (pod górkę) wracam tutejszą komunikacją miejską - koszykami. To wyciągi z kabinami, w których podróżuje się na stojąco po kilka osób w jednej. Wszystko przemyślane, dla ludzi, wygodne. Nie dziwię się, że w ubiegłym roku ta stacja zajęła drugie miejsce w plebiscycie European Best Destination. Francuska prasa nazywa ten rodzaj kurortów tradi-chic. Chce się tu wracać.

Zwłaszcza że w okolicy, kilka kilometrów dalej, jest druga, również bardzo atrakcyjna stacja. To Les 2 Alpes, która chwali się tym, że ma największe różnice wysokości tras w Europie - na nartach można zjechać z 3600 do 1800 m n.p.m. Cyfry w ogóle robią tu wrażenie: 200 km tras, którymi codziennie jeździ ok. 10 tys. ludzi (w ogóle się tego tłumu nie czuje). Sama miejscowość ma 2000 mieszkańców, ale może gościć naraz 30 tys. turystów.

Co ciekawe, według wyliczeń tutejszego biura turystyki ok. 4 proc. stanowią Polacy. Les 2 Alpes zaliczane jest do Top 10 alpejskich stacji we Francji. Ale dość cyfr, czas na coś zmysłowego. Zanim ruszymy na stok, 2 posilamy się w najsłynniejszej tu naleśnikarni Crêpes à Gogo (czyli naleśniki do woli). Wystrój vintage, z kominka bije przyjemne ciepło. Obok grupka młodych Polaków, już druga napotkana w ciągu dnia (czyli z tymi 4 proc. to nie przesada).

Pokrzepieni? Ruszamy na lodowiec. To dzięki niemu w Les 2 Alpes da się jeździć na nartach nawet latem! Ciekawostka - na jednej z tras można się sfilmować. U szczytu włączasz przyciskiem kamerę, a pod koniec dnia film ze sobą w roli supernarciarza pobierasz ze strony informacji turystycznej. Z okien kolejki linowej obserwujemy słynne "oko" La Muzelle. To skały na zboczu góry, które uformowały się w taki sposób, że z daleka przypominają ludzkie oko.

U stóp La Muzelle leży zabytkowa wioseczka Venasc. Warto tam zajrzeć, żeby kupić sobie lokalne miody, pogapić się na średniowieczną wieżę kościółka i zastanowić, jak ludzie żyli tu przed laty bez internetu i łańcuchów na koła.

Powrót do XXI wieku - jesteśmy na świeżo wybudowanej (rok temu) kładce na lodowcu. Belvédère des ecrins wystaje poza zbocze, więc stojąc na niej, ma się wrażenie zawiśnięcia w powietrzu. Rozpościera się stąd panorama na całe Alpy! Niestety, dziś nie zobaczymy jej w pełni. Zadymka. Zapowiada się, że potrwa wieki, ale jak to w górach - pogoda zmienia się szybko. Słońce wychodzi akurat wtedy, kiedy siadamy w restauracji La Patache, która chwali się swoim terrasse panoramique.

Stek na stoku - pyszny pomysł. A tarta cytrynowa na deser dodaje energii do dalszej jazdy. To na wysokościach, bo w miasteczku warto zjeść kolację w restauracji Tribeca (ze zmyślnymi żyrandolami ze starych nart). W menu cocottes, czyli tradycyjne alpejskie danie jednogarnkowe. Kurczak z serem reblochon, lokalne kiełbaski diots, a może baranina w miodzie i tymianku? Z winem Côtes du Rhône wszystko smakuje wyśmienicie.

Wieczór w stacji Les 2 Alpes wielu kończy w barze Motown przy głównej ulicy Avenue de la Muzelle. Oko cieszy olsdkulowy wystrój, elektryczne gitary zawieszone u powały, okładki kultowych płyt i napis (po francusku): "Nie mamy wi-fi, za to możecie porozmawiać z przyjaciółmi jak w latach ’80-90". I to jest całkiem dobry program na après-ski!

Joanna Nojszewska

Twój STYL 12/2017

Reklama

Najlepsze tematy

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje