Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wszystko swędzi, żeby grać

Gdybym spotkał siebie młodego? Doradziłbym: uciekaj od komedii jak najdalej! Mówi to człowiek, którego publiczność pokochała właśnie za bycie śmiesznym... Cezary Pazura skończył 55 lat. Tak, wie, że trzeba dbać o siebie, bo chce zatańczyć na weselach swoich dzieci, a one mają dopiero po kilka lat. Ale kręcą go też nowe role, więc zamiast zwalniać, przyspiesza. Właśnie zaczął karierę... youtubera

Twój STYL: Chciałam pogadać o komedii i złotych zębach, które pan nosi w nowym filmie Machulskiego Volta. Ale odkryłam, jak intensywnie pan teraz szaleje "w internetach". Jako Wujek Czarek został pan - chyba pierwszym w swoim zawodzie i grupie wiekowej - youtuberem. Jak to się stało?

Reklama

Cezary Pazura: - Niechcący. (uśmiech) Całe życie mam takie szczęście - a może pecha? - że robię coś pierwszy. W VI klasie mieliśmy eksperymentalny program z matematyki. W liceum też zrobili na nas eksperyment: zabrali angielski, a dorzucili rosyjski. Na studiach od naszego rocznika wszedł nowy zwyczaj: dziekan Jan Machulski postanowił, że duże role będziemy grać od pierwszego roku, co wcześniej było niedopuszczalne. Student jedynie markował małe scenki. A on zdecydował, że rzuci nas na głęboką wodę, bo wtedy szybciej się nauczymy.

 Potem w pracy też pan eksperymentował? 

- A 13 posterunek to nie była nowość? Pierwszy w Polsce sitcom, zresztą oryginalnie u nas napisany. To samo z Władkiem Pasikowskim: Kroll był pierwszym filmem nowej fali w polskim kinie. Tam też eksperymentowałem.

Jak?

- Transakcentacja - przeniesienie akcentu na ostatnią sylabę. Nie: uciEkaj, tylko uciekAj. Zastosowałem to u Pasikowskiego jako pierwszy. Dla mnie nowe rzeczy to nie nowość. (uśmiech)

Jak pan się zabrał do pierwszego nagrania na YouTubie?

- Chichot losu: zgłosiły się do mnie dryblasy, których znam z czasów, kiedy byli niemowlakami. Synowie mojego porucznika z wojska, Janusza Czerwińskiego. Powiedzieli, że trzeba zrobić porządek z moimi monologami powrzucanymi do sieci przez osoby trzecie w różnej jakości. Zaproponowali, że założą mi kanał. A jak już to zrobili, powiedzieli: "Trzeba pokazywać nowe nagrania. Pan zobaczy, jak robią to młodzi". I tak znalazłem się jako gość na kanale Blowka.

Idola nastolatków. Miliony wyświetleń. 

- Widzi pani! Kiedyś ludzie podchodzili po autograf i mówili z zachwytem: "Pan naprawdę zna Bogusława Lindę?". A dziś pytają: "Pan zna Blowka?". Byłem też gościem u Wardęgi, tego od psa-pająka. Ten to dopiero ma miliony wyświetleń.

Jak pan się czuł u młodziaków? 

- Jestem ich ciekaw. Mają inne spojrzenie na wiele spraw. Ale obserwuję też, że są wychowani na innych rzeczach. Mają luki tam, gdzie u nas to było nie do pomyślenia - znajomość literatury, sztuki. Za to w wielu dziedzinach nie mamy z nimi szans. Widzę, że są ciekawi świata, chcą się dowiadywać. Pytają mnie, jak zostać aktorem, jak jest na planie filmowym...

A znają pana dorobek?

- Najczęściej pytają o Kilera i 13 posterunek. To serial, który ogląda kolejne pokolenie. Jakoś ten rodzaj żartu się nie starzeje. Może dlatego, że myśmy to robili uczciwie, a uczciwość wobec widza się opłaca. Ciekawe, że nawet moje dzieci oglądają. Córeczka ma 8 lat, synek prawie 5 i czasem jak sobie "zapuszczą" odcinek, śmieją się i patrzą na mnie z zachwytem. "Tata, ale ty k i e d y ś śmieszny byłeś!". (uśmiech)

Mnie się podoba, że w nagraniach ma pan świetną dykcję. Wśród "jutuberów" to rzadkość.

- O języku polskim też im opowiadam. Poprawiam, kiedy robią błędy. Ktoś musi młodym ludziom mówić takie rzeczy. Na pewno nie można im nic narzucać, bo wtedy jest opór. Zamiast zakazywać, lepiej coś wykpić. Albo pokazać w zabawny sposób, wtedy chętnie to podchwycą. Pamiętam, jak nam w podstawówce profesor od chemii kazała biegać po klasie, trzymając się za ręce. Tak tłumaczyła, na czym polegają wiązania między cząsteczkami. Zapamiętałem na całe życie, dlaczego woda ma wzór H2O. Ale powiem pani, że ja też mam gen nauczyciela. Chociaż - uwaga - nie pedagoga.

A na czym polega różnica?

- Lubię się dzielić wiedzą, jeśli ktoś jest zainteresowany. Ale nie umiem narzucać uczniowi, co ma robić. Bo jak tego nie zrobi, będę przeżywał. Wiem, co mówię, pracowałem na jedną czwartą etatu w Szkole Filmowej jako wykładowca, asystent Jana Machulskiego. A swoje dawne profesorki z liceum kocham i zawsze, gdy je widzę, wołam: "Moje kochane ciało pedagogiczne zawsze młode". Chociaż niektóre do dziś śnią mi się po nocach, niestety...

Pan był wzorowym uczniem!

- Tak. Ale mam kilka takich dyżurnych snów... Oj, przepraszam, to jeszcze muszę dodać do książki. (Cezary Pazura wyjmuje telefon i nagrywa słowa: "dyżurny sen").

Do książki?

- Tak. Sam piszę. Anegdoty z życia, garść refleksji... Wyjdzie jesienią. Chyba. Ale więcej nie powiem, żeby nie zapeszyć. Dobrze, że się zgadaliśmy o tych snach. No więc pierwszy jest taki: mam dostać rolę, za chwilę podpisuję kontrakt i nagle pytają "Zaraz, a gdzie pański dyplom?". Ja przerażony, bo nie mam. A oni: "Teraz są matury, niech pan leci i zda". Ląduję w szkole na fizyce u pani Łobodeckiej, na drugim piętrze. Uczniowie się śmieją, a ja, kurde, nic z tej fizyki nie wiem! Myślę: nie zdam, nie pójdę na studia, nie zostanę aktorem, nie będę miał dyplomu. A w domu żona i dzieci. Jak nie zdam, leżymy!

A drugi dyżurny sen?

- Typowy dla aktora - wchodzę wyluzowany do teatru i nagle słyszę: "Szybko na scenę, wchodzisz! - Ale ja w tym nie gram. - Idź!" No to wchodzę, ale nie wiem, co to za spektakl i nie znam tekstu - tragedia! Trzeci sen wiąże się z jazdą samochodem. Ponieważ często występuję ze swoim kabaretem gościnnie w wielu miastach Polski, dużo czasu spędzam za kółkiem. Za dużo. Przypomina mi się teraz Zbyszek Wodecki, który też tyle jeździł. Mijaliśmy się, ciągle szybko, ciągle "wariat w oczach". Powiem pani, że po śmierci Zbyszka pomyślałem: trzeba zwolnić. Nie po to on umarł, żebyśmy my - ci wariaci, którzy robimy to samo - nie wyciągnęli lekcji. Ale wracając do snu: jadę autem, chce mi się spać, zasypiam za kierownicą, budzę się po długim czasie i okazuje się, że... nie miałem wypadku. Bo jadę w koleinach. Na jawie myślę: a co będzie, jak mi się to pomiesza z realem?

Musi pan zatrudnić szofera.

- I ochroniarza. Ludzie tak sobie wyobrażają życie artysty. (śmiech) Lepiej opowiem czwarty sen. Ktoś mnie goni. Uciekam. Jedne drzwi, drugie. Coraz mniejsze i węższe. W końcu się klinuję i robię tak: aaa! (Cezary Pazura mocno wciąga powietrze) I wtedy się budzę. Ale tu wytłumaczenie jest proste. Astma, duszności. Nerwicowe pewnie. Jestem nerwicowcem jak wszyscy aktorzy.

Nie trzeba wielkiej wiedzy, żeby dostrzec, że te sny wskazują na jedno: proszę zwolnić.

- Ale ja zwalniam od 30 lat! Tylko wie pani, na czym polega moje zwalnianie? Na przyspieszeniu. Nie umiem inaczej. (uśmiech)

À propos lat. Dziś mówi się, że pięćdziesiątka to nowa trzydziestka. Czy jako 55-latek może pan to skomentować?

- Moja mamusia przyjaźniła się na osiedlu z panią Bernasiową. Ja z mamusią wszędzie chodziłem, bo byłem straszny "mamicycek". Zresztą tak jak teraz mój synek Antoś - cały świat może nie istnieć, wystarczy, że jest mamunia! No i siedzimy u tej pani Bernasiowej, ja, 8-latek, bawię się żołnierzykami, a ona mówi do mojej mamy: "Tak się martwię o mojego syna. 30 lat i jeszcze nie ma żony...". Pamiętam, że pomyślałem: "No to już śmierć! Nic innego tego Stasia nie czeka. Taki stary. Nic dziwnego, że żadna nie chce za niego wyjść". Bo jako ministrant nieraz słyszałem zapowiedzi: "panna z Wolborza, lat 18, i kawaler z Budziszewic, lat 19". Albo "panna lat 19, a kawaler 21", bo już z wojska wrócił. Wtedy w tym wieku zakładało się rodzinę. A dziś 30-latki mówią: co, ja? Chociaż ja poznałem moją żonę Edytę w wieku 44 lat. I uważam, że dla mnie to był pierwszy moment, kiedy powinienem zacząć rozglądać się za dziewczynami.

Aż tak?

- Dziś mam wrażenie, że to "pierwsze życie" - małżeństwo, rodzina - było dla mnie za wcześnie. (Cezary Pazura wziął pierwszy ślub w wieku 27 lat, z tego związku ma 27-letnią dziś córkę Anastazję, którą przez długi czas sam wychowywał - red.) Byłem niedojrzały. Zresztą, czy aktorzy w ogóle dojrzewają? No, może niektórzy. Ale wracając do pytania. Nie powiedziałbym, że pięćdziesiątka to nowa trzydziestka, ale czterdziestka na pewno. Mam dowody. Sam za nie zapłaciłem. Na mojej siłowni jest taka maszyna - stoisz boso, trzymasz za pałączki i ona zlicza, ile masz tłuszczu, ile wody, jaka jest struktura mięśni, jaki stosunek tłuszczu do masy mięśniowej. No i tak zwany wiek metaboliczny. Koledzy będą się śmiali, że się przechwalam, ale mnie wyliczyła, że mam... 39 lat.

Pięknie! Dużo pan ćwiczy?

- Jak Bóg da. Może nie tyle dużo, co staram się regularnie. Dbam o siebie. Odstawiłem gluten, laktozę. Jak mam się przytruć, wolę się napić odrobinę alkoholu.

 Aż tak pana męczył męczył ten gluten?

- Miałem dwie operacje na zatoki - nic nie pomagało. Dopiero jedna pani doktor postanowiła wyeliminować gluten i laktozę. Tzw. dieta eliminacyjna. Pomogło. Po roku dzwonię: "Pani doktor, czy mogę zjeść moje ukochane bułeczki? - No... niech pan spróbuje". Myślałem, że umrę! Tak się źle czułem. Rozmawiałem o tym niedawno z Anią Lewandowską. Ona mówi: "Cezary, co miałeś z chemii? - Piątkę. - Zobacz: gluten to łańcuch chemiczny, który nie jest w całości trawiony przez organizm. Musi się odkładać". Podobnie laktoza: gdy odstawiliśmy dzieciom mleko, przestały nam chorować.

Obiecał pan sobie być w formie do czasu, aż dzieci będą dorosłe.

- Tak. Bo chcę zatańczyć na ich weselach, chcę kiedyś przytulić ich dzieci. Ale ja w ogóle muszę być w formie, inaczej nie mógłbym wykonywać zawodu. A on jest piekielnie ciężki. Poza tym lubię ten przypływ endorfin po wysiłku.

A pan w ogóle jest raczej optymistą? Jaka myśl towarzyszy panu po przebudzeniu: "to będzie piękny dzień" czy "znowu ten znój"?

- Kiedy mamy wielki problem, w ogóle nie chcę się budzić. Ale jest też tak, że otwieram oczy, patrzę na ukochaną i myślę: ale mi się udało. Wpadają dzieci, ja mówię: Myjemy zęby. A one: Znowu? Wczoraj myliśmy. (śmiech)

Których poranków jest więcej?

- Tych szczęśliwych. Ale oczywiście mieliśmy z Edytką w życiu zakręty. I gdyby nie ona... Nie wiem, co by było. Bo ja nie jestem wytrzymały psychicznie. Wydawało mi się, że jestem twardzielem, ale z biegiem lat wytrzymałość na życiowe trudności u mnie się zmniejsza.

Co pana wytrąca z równowagi?

- Kiedy ktoś świadomie wyrządza mi krzywdę. Ostatnio Olaf Lubaszenko przypomniał wypowiedź Adama Hanuszkiewicza, która pasuje i do mnie. "Nie potrzebuję krytyków, bo dobrze wiem, co zrobiłem źle. Potrzebuję pochlebców, żeby mi poprawili samopoczucie".

Dobre.

- Gdybyśmy wszyscy tak do siebie się odnosili... A mnie się zdarzają takie przypadki: po czasie dowiaduję się, że chciano mnie zaprosić do filmu, ale ktoś "życzliwy" poinformował, że jestem zajęty. A ja wtedy miałem wolne terminy! Albo podchodzi producent i mówi: "Jak ty się mogłeś tak zachować, tyle pieniędzy zażądałeś!". A mnie nikt o gażę nawet nie pytał.

Środowiskowa zazdrość?

- Ale o co? Ja od ponad 10 lat nie zagrałem znaczącej roli w żadnym porządnym filmie.

A chciał pan?

- Pewnie, że się tęskni za robotą. Kiedyś pracowałem po 320 dni w roku. Charakteryzacja, kostium, jedna próba, jedna scena, druga... To był mój świat, do tego czułem się urodzony. Nagle buch, cięcie, i nie ma tego. A tu wszystko swędzi, żeby grać. Patrzę na Johnny’ego Deppa czy Brada Pitta - moi rówieśnicy. I grają! Myślę: kurde, w najlepszym okresie życia nie mam roboty? Co jest? Staram się jednak mieć dystans. I mówię czasem, że moja sytuacja to dowód na to, że Pan Bóg słucha naszych próśb. Bo gdy tak dużo pracowałem, to na planie - zmachany, złachany, brudny - modliłem się, żeby nic nie robić. Odpocząć. I zostałem wysłuchany. (uśmiech) Teraz mówię: Panie Boże, przecież ja wtedy tylko żartowałem!

Jak pan sobie oswaja w głowie brak propozycji? 

- Ale propozycje są! Tylko banalne, niestety, nie do wzięcia. Dowcipnie skomentował to Czarek Żak - razem siedzimy w garderobie w teatrze: "Z jakiej racji masz znowu grać? Przecież swoje już zagrałeś!". (uśmiech) A serio: docierały do mnie informacje, że jak robię kabaret, to dla aktorskiego wizerunku źle. Zaszkodziła mi też wojna z tabloidami. Błąd, z koniem nie ma co się kopać. Kolejna rzecz: parę razy odmówiłem udziału w filmie czy serialu. A gdy się wypada z karuzeli, trudno na nią wskoczyć, bo rozpędzona. Rzeczywiście było tak, że kiedy się Amelka urodziła, zrobiłem sobie trochę wolnego. Ale nie żałuję.

Patrzę na pana i przypomina mi się gładko zaczesany Czarek z Pogranicza w ogniu. Początek kariery. Gdyby tak cofnąć się w czasie i samemu sobie udzielić rad, to...

- Cezary, po pierwsze nie bierz wszystkiego, odrzucaj. Przyjdą do ciebie, nie martw się. Bierz propozycje tylko od najważniejszych. I broń Boże, nie idź w komedię!

Jak to?

- Niech pani zwróci uwagę: na czerwonych dywanach po Oscara rzadko idą aktorzy komediowi. Komedia jest "w głębokim poważaniu" u wszystkich, którzy decydują o tym, co jest ważne. Ja wcale nie byłem aktorem skazanym na komedię. W szkole grałem w Hamlecie. Jako debiut: Raskolnikowa w Zbrodni i karze. W Teatrze Ochoty Natana w Sędziach Wyspiańskiego. Muszę jednak uczciwie przyznać, że nie słuchałem mądrzejszych od siebie. Na przykład Andrzeja Wajdy, który mówił: "Niech pan nie gra byle czego, byle dużo. Będzie pan miał propozycje, tylko niech pan będzie cierpliwy". A mnie tej cierpliwości brakowało. Świętej pamięci Andrzej Konic, reżyser Pogranicza..., radził: "Nie pchaj się, powoli". A ja chciałem już, szybko, brałem wszystko. Bogusław Linda mówił: "Nie rób tak". Miał rację, bo czasem dawali byle co. Był taki festiwal w Gdyni, że grałem epizody w 11 filmach. Nawet pana Henryka Bistę przebiłem wtedy, bo on w 10. A dawali mi byle jakie epizody, bo mówili: Pazura jest zdolny, on coś z tego wyciśnie, uklei, obroni.

Lubię pana poważne role, np. Sznajdera w Oficerach, ale też trudno sobie wyobrazić bez pana Kilera i kilka innych komedii.

- Ale ja nie deprecjonuję Kilera. Tylko gdybym mógł radzić tamtemu Czarkowi, tobym powiedział: graj poważne role, a czasem wyskocz w stronę komedii. Gościnnie. Żeby powiedzieli: kurczę, on to też potrafi! Ale nie chcę, żeby wyszło tu jakieś narzekactwo. Zwłaszcza że właśnie zaczyna się coś fajnego: gram mocną rolę w nowym serialu HBO. "Ślepnąc od świateł" wg książki Jakuba Żulczyka w reż. Krzysztofa Skoniecznego. Podobno już 30 krajów to kupiło.

A co by jeszcze musiało nastąpić, żeby był pan w pełni szczęśliwym i spełnionym człowiekiem?

- Musiałbym przestać się bać. To coś, co najbardziej mi w życiu przeszkadza. Nie bez powodu papież mówił: nie lękajcie się, a dalajlama zapytany, co to nirwana, odparł: brak lęku. Martwię się o bliskich. Ogólnie jestem martwiący się. To po matce, ona do dziś się o mnie martwi, że sobie nie dam rady. Ale czuję też lęk ogólny przed tym, co się dzieje na świecie. Jako dzieci żyliśmy w strachu przed bombą atomową. Bo NATO jest takie straszne i napadnie na Układ Warszawski. Były alarmy, w maskach zbiegało się do piwnicy. Dziś też, jak włączy pani wiadomości, co chwilę słyszy się o zamachach.

Tchnijmy trochę nadziei: pan chętnie opowiada o swojej wierze, co w show-biznesie nie jest częste.

- Jakoś nie mam z tym kłopotu. Kiedy jedziemy na występy busem pełnym kabareciarzy, mogę wyjąć różaniec i się pomodlić. Nie wstydzę się. Uwielbiam też tak zwane akty strzeliste, czyli że sobie idziesz i nagle bum, wzięło cię, żeby się pomodlić, bo jest fajnie. Dziękuję Panu Bogu za wszystko, co mam. Że wróciłem do domu, że zjadłem coś dobrego. Zanim wejdę na scenę, koncentruję się i proszę, żeby ten talent, który mam od Niego, mógł się dzisiaj ludziom w pełni objawić. A jak schodzę ze sceny i mi się udało, mówię "dziękuję". To są podstawowe rzeczy. Dziękuję i proszę o łaskę zrozumienia, po co tu jestem i jakie jest moje zadanie. À propos sceny, będę musiał biec, za pół godziny spektakl! (Cezary Pazura w teatrze 6. piętro gra Żewakina w "Ożenku").

Rety! Przecież nie pogadaliśmy o pana udziale w Volcie.

- Dla mnie wartością było, że mogłem spotkać się na planie ze wspaniałymi ludźmi: Andrzejem Zielińskim, Tomkiem Kotem. Przed swoimi scenami miałem dużą tremę. Normalnie, żeby wejść w rolę, trzeba 2-3 dni. Tu miałem epizod, gdzie trzeba dać ognia jednego dnia. Pomogła charakteryzacja. "Na Popka", rapera i kulturystę. Według jego zdjęcia miałem zrobioną skaryfikację, czyli blizny na twarzy. Do tego soczewki, tzw. tygrysie oko. No i złota szczęka, którą dostałem na pamiątkę i teraz straszę nią w domu dzieci. (śmiech) Miałem mieć górną i dolną szczękę, ale sepleniłem. W końcu graliśmy "bez dołu".

Epizod jest niedługi, ale nawiązuje do pana najlepszych momentów w kinie. Gangstersko-ironiczny. Niewątpliwie komediowy.

- Widzi pani. Od tej gęby już chyba nie ucieknę.

Może nie warto?

- Nie wiem. Wiem, że warto grać uczciwie. Wchodzę za chwilę na plan u Marka Koterskiego, będę miał dzień zdjęciowy. Marek rozdał nam kartki ze zdaniem: "Graj na swoim poziomie, widz to zauważy". Wierzę. Bo widz już tyle widział, że naprawdę rozumie niuanse i nie trzeba mu wykładać treści łopatą. "Graj na swoim poziomie i przede wszystkim bądź sobą" - tego staram się trzymać całe życie. No i uczę się być cierpliwy. Tłumaczę sobie, że jeszcze wiele przede mną. Mam wrażenie, że robię w życiu drugie kółko. Pracuję i wierzę, że jak ktoś sieje, to musi zebrać. A ja mam poczucie, że w tej chwili znowu sieję.

Rozmawiała Joanna Nojszewska

Twój STYL 8/2017

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje