Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wojciech Malajkat: Uczę się od życia

Zbyszek Zamachowski jest niski i charakterystyczny, Piotr Polk jest przystojny, a ja jestem mądry. Ten podział bardzo dawno wykonałem i na szczęście dla nas jakoś się sprawdza - mówi Wojciech Malajkat opowiadając o kulisach zawodu aktora.

Przeczytaj fragment książki Katarzyny Suchcickiej "O gust walczę" - wywiadu-rzeki z Wojciechem Malajkatem:

Reklama

Katarzyna Suchcicka: W szkole pan siedział w ławce ze swoją przyszłą żoną i ją rozśmieszał, a ona wylatywała z klasy zamiast pana.

Wojciech Malajkat: - To było tak: ona ma mniejsze zdolności, jeśli chodzi o podział uwagi, a mi z kolei lepiej idzie w tej sprawie, i wiedziałem, co się dzieje w trakcie wykładu, a druga część mnie załatwiała różne rzeczy w czasie lekcji. A to się nauczyliśmy alfabetu Morse’a i wysyłaliśmy sobie listy, a to jakieś głupoty opowiadałem i ona chichotała, a zapytana o to, o co chodzi na lekcji, nie umiała odpowiedzieć i cierpiała z tego powodu. Z tym wyrzucaniem z klasy to już jest przesada, może z raz się zdarzyło...

Ale tak zwanych kawałów pan nie opowiadał?

- Nie, one najmniej mnie śmieszą, w ogóle nie lubię opowiadać dowcipów. To jakby proteza. Kiedy ludziom brakuje tematu do rozmowy, sięgają po dowcipy, żeby sztucznie napędzić wesołość.

- Anegdota to co innego, ale dowcipy takie: kawał-kawał - to obca mi rzecz, mnie nigdy nie brały. Jak się natomiast spotykamy z kolegami, na przykład w garderobie, to wolę milczeć. Naprawdę sobie świetnie radzę, jak się nikt nie odzywa, niektórzy natomiast wyczuwają w tej ciszy pewien rodzaj presji i zaczynają sztucznie tę atmosferę...

...podgrzewać...

- ...podgrzewać, zupełnie nie wiem po co. Takie żarty mnie zupełnie nie śmieszą.

W szkole był pan twórcą dowcipów?

- Tak, uważam, że warto żyć również z tego powodu, że można stwarzać rzeczywistość anegdotyczną.

A recytować pan lubił?

- Do dzisiaj nie lubię.

Ani uczyć się na pamięć?

- Tak, to jest moja wielka bolączka, pięta Achillesa, nienawidzę tej części mojego zawodu - uczenia się na pamięć. Nienawidzę. I to z roku na rok przybiera coraz większe rozmiary, ta nienawiść, jest z tym coraz gorzej. To jest dla mnie żmudna, ciężka, uporczywa, nudna jak piekło praca. Tak że podziwiam i zazdroszczę ludziom, którzy umieją ten etap przejść szybko. Patrzą, czytają pięć razy i już umieją.

Ale nadchodzi rok 1982 i pan musi się nauczyć na pamięć.

- Właśnie o to chodzi, że się nie douczyłem. Już wtedy byłem zły w tej robocie, bo przyjechałem na egzamin wstępny niedouczony. A jeszcze nerwy doszły. Właściwie nie mówiłem z pamięci. Tym sobie też zjednałem świętej pamięci Bogusława Sochnackiego, wspaniałego aktora, który siedział w komisji. Oczywiście udawałem, że umiem, ale szybko się zorientowali, i to właściwie był powód, żeby komuś takiemu podziękować, skreślić go, bo to jest rodzaj niekompetencji i takiego braku...

...odpowiedzialności.

- Tak. Orientacji w tym, co to ma być za zawód. I pamiętam, że kiedy docierałem do miejsca, gdzie nie wiedziałem, co jest dalej, znacząco unosiłem brwi w jego kierunku, bo on miał przed sobą te moje teksty, i wtedy łaskawie mi podpowiadał. Właściwie zdaliśmy ten egzamin we dwóch. To było straszne. Po tym incydencie wziąłem torbę, poszedłem i powiedziałem, że już nie zdaję dalej. Tylko Ania pobiegła za mną i siłą mnie powstrzymała, a potem - też świętej pamięci Jan Machulski - zobaczył mnie z tą torbą i spytał: a ty gdzie się wybierasz? Powiedziałem, że wiem, jak zdaję, to znaczy niekompetentnie i źle, i że wyjeżdżam. On na to: zostać masz, bo nam się podobasz.

Czyli wielka ulga.

- Tak, ale do dziś pamiętam, że to było jakieś dramatyczne zdawanie. Teraz to wygląda jak w anegdocie: stałem, popatrywałem na tego Sochnackiego, on mi podpowiadał, a wszyscy się śmiali. No, śmiali się, a ja stałem jak zdrętwiały.

- Ale ja przecież przyjechałem z małego miasta, jak ich zobaczyłem, to zobaczyłem wreszcie moich bogów, tych, których znałem z telewizji. Ugięły się pode mną kolana. Może trochę umiałem, może nie, ale zapomniałem z wrażenia. To było dla mnie coś niezwykłego. Przeżycie takiego chłopaka w okularach, w butach traperskich - bo jeszcze nie miałem czasu się przebrać, pociąg się spóźnił, wszedłem na salę egzaminacyjną w jakimś golfie powyciąganym i w takich butach turystycznych.

Może dobrze.

- Teraz mnie pytają, jakie są recepty, żeby zdać do szkoły. Trzeba być sobą, to jest jedyna moja odpowiedź. Wtedy wszedłem, taki prawdziwek z Mazur, i powiedziałem to, co umiałem i czego nie umiałem. Na egzaminach wstępnych można być tylko sobą. I trzeba.

I jak by pan ocenił, ze swojej obecnej pozycji profesora, siebie tamtego na egzaminach? Co było źle? Dykcja?

- A cholera wie. Bo ja mało pamiętam z tego, z tych nerwów. Poza tym egzamin wstępny to nie jest egzamin z wiedzy, tylko z pewnych umiejętności. Egzamin do szkoły teatralnej, jak to dzisiaj traktuję, przyjmując z kolei przyszłych studentów, ma być egzaminem z osobowości. Szkoła jest od tego, żeby nauczyć dykcji, sprawności, warsztatu, czyli umiejętności przebywania na scenie, ale nie nauczymy talentu, osobowości, nie ma w ogóle takiej możliwości. Tego się nie da nauczyć, to trzeba mieć. Zdałem więc egzamin z bycia sobą.

- Gdybym siebie miał dzisiaj przyjąć do szkoły, to nie wiem, chyba bym nie przyjął. Oczywiście, nie można mieć wrodzonej wady wymowy i jednej ręki nie mieć. Ale jak się mówi mało sprawnie, to się da wykształtować w czasie studiów. Takiego przyjmuje się właśnie, nie takiego, który ma idealną dykcję, jest piękny jak Adonis czy jak piękna Helena trojańska, a nic w sobie nie ma, jest pusty jak bęben. Przyjmiemy takiego, który mówi mało wyraźnie, ale jest żywym srebrem, przebija innych temperamentem i poczuciem humoru, wrażliwością.(...)

Czytaj więcej na następnej stronie >>

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje