Przejdź na stronę główną Interia.pl

Rozmus, Rubik i Czejarek: Ojcostwo 45+

Wszystko już sobie poukładali. Mieli sukces, finansowy spokój, czas na hobby i dalekie podróże. I nagle taka wiadomość! Robert Rozmus, Roman Czejarek i Piotr Rubik ojcami zostali późno. Jak przeszli rodzinną rewolucję? Czy radzą sobie z obowiązkami i z myślą, że mają mniej czasu na miłość i wychowanie? Opowiadają o zadaniu, które dogoniło ich w drugiej połowie życia.

Robert Rozmus - 53 lata, aktor, artysta estradowy, partner Ani. Ma 15-miesięczną córkę Tosię

Byłem bardzo zajętym człowiekiem - Mamma Mia! w Teatrze Roma, spektakle w teatrze Komedia, kolejna premiera. Wyjazdy w Polskę z przedstawieniem Siostrunie i Robert Rozmus Show. Miałem swój styl życia i przyzwyczajenia, które u mężczyzny z górą 50-letniego są ugruntowane. Nagle taka wiadomość. Pamiętam, jechałem samochodem, Ania zadzwoniła i zaczęła pochlipywać. "Rozi, wiesz co? Nie wiem, jak ci to powiedzieć. Bo ja... jestem w ciąży!". Zatrzymałem auto, wziąłem oddech i przyjąłem informację z godnością i spokojem. Powiedziałem: "Kochana, strasznie się cieszę". A Ania rozpłakała się jeszcze bardziej. Długie lata myślałem, że ojcem już nie zostanę. Deklarowałem, że lubię dzieci, ale wiadomo - co innego lubić cudze, a co innego zdecydować się na swoje. A jednak los postawił przede mną takie wyzwanie. 

Bez lukru

Reklama

Zmienić życie w tym wieku? Bałem się, nie ukrywam. Trzymałem się optymistycznych zapewnień: wszystko da się pogodzić, spokojnie. Ale szybko się przekonałem, że owo "pogodzenie" to legenda. Miałem niepełne informacje o wysiłku, który mnie czeka. Okazało się, że ojcostwo to nie tylko uniesienia. Chciałem być pomocny, zdjąć z mojej partnerki część obowiązków. Ania studiuje na ostatnim roku dziennikarstwa, czasem ma zajęcia od rana do wieczora. Od razu ustaliliśmy, że będziemy się dzielić nocnym i porannym wstawaniem. I co? Przekonałem się, co to znaczy być naprawdę zmęczonym. Mówi się, że im człowiek starszy, tym mniej snu potrzebuje, a ja akurat jestem zaprzeczeniem tej tezy. Moment, kiedy trzeba natychmiast wstać, bo o 4.30 Tośka już chce się bawić... "Dlaczego mi to robisz?", zaciskam zęby. Zwlekam się, walczę: wstanę, jak doliczę do trzech. OK, jeszcze raz do trzech. Potem jest już kawa, zabawa piłką, którą Tosia uwielbia, poranek rusza. Jesteśmy tylko dla siebie, pojawia się radość. Oczywiście potem przez cały dzień funkcjonuję jak zombie, poszukując chwili, kiedy mógłbym się odrobinę zdrzemnąć. 

Zamach stanu

Przemeblowanie życia oznaczało także częściową rezygnację z... siebie. Ktoś stał się ważniejszy. Każdy aktor ma dość rozdmuchane ego. Ja też. Byłem skupiony na własnych potrzebach, czułem się wolny. Moje pasje, czyli tenis i golf, to złodzieje czasu. Kilka lat temu pojawił się jeszcze triathlon. Miałem na to wszystko miejsce. Żyłem spontanicznie. Po koncercie nad morzem zostać tam o dzień dłużej? Czemu nie? Teraz dzwonię z drogi i melduję, o której wrócę. Początkowo się buntowałem: to co, Ania mi zrobi awanturę, że byłem za długo na siłowni? Potem zacząłem sobie tłumaczyć: stary, masz teraz dziecko, a ty przecież nosisz spodnie, ogarniaj. Coś za coś - to musiałem zaakceptować. Teraz trenuję krócej, zacząłem zapisywać terminy. Sam się dziwię, ale ten rodzaj dyscypliny mi odpowiada. Dorośleję. Oczywiście, że czasami coś zaboli mocniej. Na przykład to, że ucierpiało życie towarzyskie. Umawiam się i przekładam spotkanie: sorry, dziś jednak nie, Tośka podziębiona, może w weekend? Mam wolną chwilę, więc wolę ugotować małej rosół, niż napić się wina z kolegami. I trochę tracę z nimi kontakt. Ale mówię Ani: jeszcze chwila, Tosia podrośnie, będzie inaczej. Na razie cieszymy się z krótkich chwil wolności. Mamy nianię, panią Beatę. Kilka dni temu przyszła, a my śmignęliśmy do kina. Zobaczyliśmy Wołyń i Ostatnią rodzinę na przedpołudniowych sensach. Kupiliśmy pakę popcornu i było pięknie. 

Emocje dobre i złe

Mogę o sobie powiedzieć, że jestem młodym ojcem. Wszystkiego dopiero się uczę. Czasem podpytuję koleżanki przed spektaklem: "dziewczyny, jak to jest z ząbkowaniem?". Jeśli Tośka budzi się dziesięć razy w nocy, może coś jest nie tak? Ale okazuje się, że wszystko w porządku, po prostu każde dziecko ma inaczej. Przecież przyszedł na świat nowiuteńki człowiek, cudny, odrębny byt. Ona ma już swoje przyzwyczajenia, potrafi się zaperzyć, robi minki. Od przedwczoraj daje buzi. Rozmiękczyła mnie zupełnie. Serducho mam teraz na wierzchu. Czasami w towarzystwie muszę się hamować. Witam się i od razu opowiadam o córeczce, mówię o niej Promyczek, Pączuś. Wyciągam komórkę i pokazuję zdjęcia. "Nie, to niemęskie", myślę. Ale Tosia zaczęła rządzić moimi emocjami. Choć jeśli o tym mowa, jest i "ciemna strona mocy". Dwa, może trzy razy zdarzyła mi się chwila bezsilności. Jak uspokoić dziecko, rozładować irytację? Dać klapsa? - przeleciało mi przez głowę. Na szczęście potrafię się opanować. Karcę się w duchu: idioto, przecież dziecko nie jest winne. To ty jesteś zmęczony, puszczają ci nerwy. Idź pobiegać, siadaj na rower, wypoć złość. Od kiedy mam Tośkę, odkrywam, gdzie są moje granice cierpliwości, samokontroli, jak mogę je przesuwać, bo wciąż mi się to udaje. No więc daleko mi do ideału, ale chcę być coraz lepszym tatą. 

Gdyby jej nie było...

Czasem myślę o sobie sprzed półtora roku. To był czas, kiedy zaczęła się pojawiać delikatna smuga cienia. Myślałem: wiele w życiu mam, radzę sobie, osiągnąłem sukces. Mogę powiedzieć, że jestem spełnionym człowiekiem. Czego chcieć więcej? Młodszy nie będę, choć mentalnie mam pewnie dwadzieścia lat mniej niż w metryce. Na korcie nie zagram już jak Federer, a jeszcze niedawno miałem takie aspiracje. Z racji wieku raczej nie osadzą mnie w Hamlecie. Na horyzoncie pojawiała się pustka, obawa, że droga zaczyna się zwężać... Kiedy na świat przyszła Tosia, to myślenie się zmieniło. Nagle znalazła się przy mnie istota, która daje bodziec do działania, wskazuje azymut. Uspokoiłem się - już nie muszę brać udziału we wszystkich wyścigach. Teraz mam moje dziewczyny, żyję dla nich. To rodzaj dopełnienia. Czasem podpieram się nosem, ale to nic. Dziś nie wyobrażam sobie, żeby Tośki nie było. Zacząłem inaczej patrzeć na ludzi. Widzę kobietę albo faceta i od razu się zastanawiam: ciekawe, czy ma dziecko? A jeśli się dowiaduję, że ktoś nie ma, myślę: jak można nie mieć dzieci?! Taki ze mnie neofita. 

Piotr Rubik - 48 lat Kompozytor. Mąż Agaty, ojciec siedmioletniej Heleny i trzyletniej Alicji.

Kiedy rodziła się Helenka, byłem przy żonie. Zdenerwowany, trochę zdezorientowany - przecież to pierwsze dziecko, a ja, choć mam ponad czterdzieści lat, nic nie wiem o dzieciach! Żeby się uspokoić, wypiłem trochę koniaku. I już chodziło tylko o to, by wszystko poszło dobrze, córeczka miała dziesięć punktów w skali Apgar, a jej mamie nic się nie stało. Kiedy przywieźliśmy Helenkę do domu, czekałem na "katorgę", o której trochę czytałem w poradnikach. Ale mała spała, jadła. Wtedy pierwszy raz pomyślałem: może ludzie przesadzają, ostrzegając, że ojcostwo będzie takie trudne? Nie wyobrażałem sobie, żebym nie pomagał Agacie w opiece. Przewijanie, karminie, kąpanie - wszystkiego uczyłem się instynktownie. Prawdopodobnie u mnie również nastąpił wybuch "hormonu rodzicielstwa" i pierwszy okres po pojawieniu się Heli na świecie zniosłem w miarę spokojnie. Choć była jedna rzecz, której bardzo się bałem - że przypadkiem zrobię jej krzywdę. To mnie przerastało. Taka mała, krucha istota, jak jej nie uszkodzić? Wielokrotnie musiałem się przełamywać, by umiejętnie założyć jej "body". 

Akurat teraz?

Narodziny Helenki przypadły na czas, kiedy byłem bardzo aktywny zawodowo, dużo koncertowałem, nagrywałem. Zastanawiałem się: zostać ojcem w takim momencie? Czy pogodzę karierę i sprawy rodzinne? Podstawową kwestią stało się przeorganizowanie czasu. W tym momencie przydało się to, że mam już stabilną pozycję, stać mnie by dyktować warunki innym. Nauczyłem się efektywnie wykorzystywać każdą godzinę. Choć oczywiście bywam zmęczony, czasem bardzo. Wolny zawód nie oznacza łatwiejszej pracy. A tę trzeba pogodzić z opieką nad dziećmi. Gdy czuję, że padam, powtarzam sobie jak mantrę: "Przypomnij sobie, ile masz dobrego...". Wymieniam w myślach: rodzina, dom, zdrowie... To mnie stawia do pionu. Staram się nie ulec zniechęceniu. A do tego muszę czuć, że nie poświęcam rodzinie wszystkiego. Mam pracę, pasje, znajomych, sport. Gry komputerowe, które uwielbiam. Uciekam czasem w swój świat. Agata to rozumie.

Dużo dobrego

Gdyby nie dzieci, nie zrobiłbym kroków, na które jako facet bezdzietny pewnie bym nie wpadł. Nie powstałoby np. moje przedszkole muzyczne. Patrzyłem na Helenkę, która "chwytała" dźwięki od początku, i przyszło mi do głowy, że fajnie byłoby stworzyć miejsce dla maluchów, gdzie mogłyby obcować z muzyką na dobrym poziomie. I się udało. Jeszcze coś - kiedy Hela była mała, wymyślałem dla niej historyjki z nią w roli głównej. Z tych opowieści powstała książka Bajki z zielonego lasu. Nigdy nie przypuszczałem, że stanę się autorem książeczki dla dzieci. Zaskoczenia są miłe. Dobrze, że stało się tak, jak się stało. Mam dzieci, które kocham, z osobą - mam pewność - właściwą. Jestem na tyle dojrzały, że radzę sobie z wychowaniem. Nie jestem ojcem mentorem. Reaguję w konkretnych sytuacjach. Jeśli dziecko nie wie, jak rozpakować płytę albo włączyć odtwarzacz, pokazuję. Ale nie sadzam naprzeciwko siebie na krześle, żeby zrobić wykład. Wychowuję w miarę potrzeb. I staram się zachować rozsądne granice. Nie rozpieścić, ale też nie być zbyt ostry. 

Pieniądze nie najważniejsze, ale...

Jest jeszcze jeden bonus tego, że zostałem ojcem na tym etapie. Było mnie stać, żeby zapewnić dziecku odpowiednie utrzymanie. Przy Helence nie ustrzegłem się paru szaleństw, ale szybko się przekonałem, że superciuszki czy buciki, które ekscytują tatusiów, dzieciom są obojętne. Kiedy więc urodziła się Ala, kupowałem rzeczy ku radości córeczki, nie własnej. Zresztą rzeczy nie mają znaczenia. Ważne jest to, że nasze dzieci mieszkają w uporządkowanym, bezpiecznym domu. Gdybym był młodszy, pewnie nie mógłbym im takiego zapewnić. Stać nas także na nianię. Choć znalezienie odpowiedniej było bardzo trudne. Niania się przydaje, kiedy dwie pary rąk przestają wystarczać. Albo gdy trzeba zapanować nad sytuacją, bo rodzic staje się kłębkiem nerwów. Mnie to dopada, gdy córki chorują. Zdarzało się, że trzeba było jechać do szpitala na ostry dyżur. Teraz, gdy są większe, lepiej radzę sobie z takim stresem. Wcześniej traciłem kontrolę nad emocjami: co będzie, jak mogę pomóc? A przecież nie powinienem panikować. Jestem poważnym mężczyzną. 

Ładny tata

Całe życie walczę z nadwagą. Jako dziecko byłem dosyć gruby i tendencja do tycia została. Dlatego staram się regularnie ćwiczyć. Dodatkowy trening wytrzymałościowy mam na koncertach. Utrzymuję się w formie, więc wysiłek fizyczny, który czekał mnie - czterdziestoletniego ojca, nie wydawał się straszny. Problemem okazał się deficyt snu. Ale co zrobić? Starałem się przyjąć to wyzwanie ze spokojem. A kiedy Hela się urodziła i to ja miałem przy niej nocny dyżur, starałem się wziąć zadanie sposobem. Perswadowałem sobie: jak wstaniesz, to przekonasz się, co jest w kolejnym rozdziale kryminału, który cię wczoraj tak wciągnął. Brałem dziecko na rękę, starałem się czytać. Czasem się udawało. Dziś wspominam to z uśmiechem. Przetrwałem w dobrej kondycji. Oczywiście lata lecą i od czasu do czasu przychodzi myśl, że nie mogę wyglądać jak dziadek! I nie zamierzam. A mówiąc poważnie - w pewnym momencie pojawiła się refleksja, że w porównaniu z innymi ojcami ja ze swoimi dziećmi będę krócej. Widocznie tak miało być. Jestem dla moich córek tak intensywnie, jak tylko się da. Mamy wspólne zabawy, spacery, układanie puzzli, wieczorne opowiadanie bajek. Okazuję im miłość na każdym kroku. Łatwo się wzruszam, a przyjście na świat dzieci wydobyło ze mnie jeszcze więcej emocji. I wcale się tego nie wstydzę. 

Roman Czejarek - 50 lat Ojciec sześcioletniego Maćka i trzyletniego Mikołaja, mąż Sylwii.

Dziennikarz, prezenter, autor książek Ożeniłem się późno, miałem 42 lata. Ksiądz zażartował, że biorę ślub, żeby być może ostatni raz usłyszeć o sobie "pan młody". Dwa lata później urodził się Maciek. Zabrzmi to ryzykownie, ale w pewnym sensie w zostaniu ojcem pomogła mi polityka. W roku 2006, kiedy zmieniła się władza, musiałem zrobić przerwę w pracy i na trzy lata rozstałem się z Latem z Radiem, audycją, która wypełniała cały mój czas. Gdyby nie okoliczności, być może do teraz tkwiłbym w tym po uszy i przegapił szansę na zostanie ojcem. Byłem przy obu porodach. W tym sensie jestem ojcem nowoczesnym. Gdy pierwszy syn przychodził na świat, bałem się, ale nie tego, co mnie spotka w szpitalu, tylko że nie zdążę. Był 15 lipca, rocznica bitwy pod Grunwaldem. Zakuty w zbroję, prowadziłem Pytanie na śniadanie właśnie stamtąd. Niewiele wcześniej zawiozłem żonę do szpitala. W tym stroju, w upale, wyczekiwałem informacji, że się zaczęło. Na szczęście byłem w Warszawie na czas. A potem musiałem zmierzyć się z obietnicą: "Przetrwasz trzy pierwsze miesiące i wszystko wróci do normy". Wciąż się zastanawiam, kto mi to powiedział. Chyba ktoś, kto nie ma dzieci. 

Depresja męska

Zmieniło się wszystko. Najpierw musiałem przeorganizować pracę. Prócz tego, że prowadzę programy w radiu i wiele imprez, dużo piszę, wydaję książki. Kiedy nie było dzieci, pisałem popołudniami. Teraz siadam do biurka dopiero po położeniu synów, pracuję czasem do czwartej nad ranem. Czasem próbuję coś zrobić w dzień, ale zawsze któryś z chłopaków chce jeść, o coś zapytać, a kiedy jest chory, trzeba odrywać się i zaglądać, czy ma gorączkę. Od początku starałem się widzieć w tej sytuacji pozytywy - przecież mam dzieci i to jest najfajniejsze. Chyba najgorsze, co można sobie zafundować, to wpaść w "depresję poporodową" - faceci przeżywają coś podobnego jak kobiety. Ja się o nią otarłem. Myślałem: nie daję rady z godzeniem obowiązków, nie sprawdzam się. Musiałem się ogarnąć: "Stary, to nie ty jesteś beznadziejny, tylko życie się zmieniło". Nauczyłem się odkładać pracę na inną porę, żeby unikać frustracji własnych i dzieci. Nauczyłem się też, co to jest siatka centylowa i jakie są rozmiary pampersów. Podczas wypadu do Kampinosu zmieniałem synowi pieluszki w paśniku, a w trakcie pokazów wojskowych na lotnisku w Mirosławcu - tuż pod przelatującym nad nami odrzutowcem. Moja żona chyba ma ze mnie pożytek. 

Tylko spokojnie

Jestem ojcem specyficznym. Wychowywała mnie mama, tato był daleko. To spowodowało, że dla swoich dzieci jestem "naddobry". Dużo im wybaczam, choć czasem mnie ponosi. Kiedyś zostawiłem na biurku ważną umowę. Zastałem ją... całą pomazaną długopisem. No i wściekłość. Ale co, na dziecko? Przecież to ja zostawiłem dokumenty na wierzchu, moja głupota. Zanim przyjdzie otrzeźwienie, jest chwila złości, wewnętrzna agresja. Trzeba nauczyć się z tym walczyć. Nie zawsze jest różowo. Dziecko naświntuszyło w samochodzie, a przecież to nowa tapicerka! Stop. To się zdarza. W aucie mam teraz jak w chlewiku - trzeba było przywyknąć, choć lubię porządek. W kryzysowych momentach pocieszam się: synek przyjaciół zrobił niezmywalnym flamastrem rysunek na ekranie nowego, drogiego telewizora. Oni tego nie zmyją, a ja fotele wyczyszczę. Trzeba poszerzać granice rodzicielskiej wytrzymałości. Choć czasem zdarzają się sytuacje ekstremalne. Kiedyś byłem z synem w salonie samochodowym, na piętrze stał nowy model. Mały wsiadł do środka i udało mu się uruchomić auto. Rzuciłem się na ratunek, wóz zatrzymał się pół metra od barierki, którą na pewno by staranował, dziecko spadłoby w samochodzie na dół. To są chwile grozy. Jak nie wybuchnąć? No jakoś. Chyba im człowiek starszy, tym łatwiej mu powstrzymać złość. 

Ostatnia chwila

Czasem w szkole czy przedszkolu synów widzę starszych rodziców, byłem już świadkiem sytuacji, kiedy ktoś do tatusia powiedział: "Ach, przyszedł pan z wnuczkiem". W najbliższym otoczeniu też mam mocno dojrzałych ojców małych dzieci. Słyszę opinie w stylu: będzie dobrze, szczęśliwy ojciec to szczęśliwe dziecko, nieważne, ile ten ojciec ma lat. Że on jest szczęśliwy, okej, jestem w stanie uwierzyć. Ale dziecko rośnie i w pewnym momencie wyczuje, że coś jest nie tak. Zaczną się pytania: dlaczego tata nie gra ze mną w piłkę, nie jeździ na rowerze? Bo nie ma siły. Uważam więc, że "czterdziestka plus" to ostatni dzwonek. I jak u kobiet biologia decyduje, że "albo teraz, albo już nigdy", tak u mężczyzn powinien decydować rozum. Ja jeszcze - odpukać - mam dużą szansę, że pójdę z synami na piwo. Mając dwadzieścia lat mniej, w ogóle bym się nad tym nie zastanawiał. Dojrzali ojcowie chyba więcej myślą o życiu, jego wartości. A mówiąc po ludzku - człowiek staje na rzęsach, żeby dociągnąć do kolejnego etapu. Czytałem statystyki, że późni rodzice żyją dłużej. Moim zdaniem oni po prostu wiedzą, że muszą o siebie dbać także dla dzieci. Prawdopodobnie częściej robią badania profilaktycznie, uważają na to, co jedzą. Ja też o siebie dbam, stałem się ostrożniejszy. Dużo podróżuję, ale kiedyś jeździłem jak wariat i chwaliłem się kolegom, że zrobiłem trasę z miasta A do B szybciej niż oni, a dzisiaj nie ryzykuję. Jestem bardziej odpowiedzialny. 

Skoro jestem taki mądry...

Oczywiście, dojrzały ojciec ma większą wiedzę i doświadczenie. Ale czy to pomaga, czy przeszkadza? Z jednej strony potrafię przewidzieć rzeczy, których jako dwudziestoparoletni tata nie przewidziałbym na pewno. Niebezpieczeństwo w podróży, trujące jedzenie w szkole, nie taki nauczyciel języka - pewnie kiedyś machnąłbym na to ręką. Ale może rodzice po czterdziestce za bardzo kalkulują? Pewnie jako młody tata nie zastanawiałbym się, czy mamy odpowiednie mieszkanie, oddzielny pokój dla dziecka? No przecież możemy pomęczyć się w jednym. Pewnie popełniałbym więcej błędów, ale chyba jako młodszy, nie zwracałbym na nie uwagi. Z drugiej strony mam - przypisaną wiekowi - dobrze rozumianą pewność siebie, dzięki której nie waham się interweniować w sprawach dziecka. My mamy fajną szkołę, ale gdyby zdarzyło się coś niedobrego, wiedziałbym, do kogo pójść, czego wymagać. Obserwuję młodych rodziców. Oni walczą o sto innych rzeczy, o swoją stabilizację, więc nie będą wchodzili w konflikt ze szkołą. Jestem w stanie wyobrazić sobie, że młodszy ojciec o pewne rzeczy dla swojego dziecka nie zawalczy. Jest jeszcze jeden plus z posiadania "życiowej mądrości". Na razie jestem dla synów autorytetem. Ale rozumiem, że oni kiedyś poszukają własnego pomysłu na siebie. A ja już wiem, że nie powinienem obiecywać sobie po dzieciach za dużo. Nie chcę ich "hodować". Jeśli chłopcy będą chcieli pójść drogą, która mnie nie pasuje - trudno, trzeba będzie zacisnąć zęby i jakoś z tym żyć.

Agnieszka Litorowicz-Siegert

Twój STYL 12/2016

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje