Przejdź na stronę główną Interia.pl

Monika Kuszyńska wspomina wypadek

Poranek był szary i mglisty. Padał deszcz, a wiatr przeszywał do żywego. Ciężkie, ołowiane chmury wisiały nisko nad ziemią. Jechaliśmy w milczeniu. I szybko - tak Monika Kuszyńska, była wokalistka Varius Manx wspomina dzień wypadku samochodowego, w wyniku którego do dziś porusza się na wózku inwalidzkim.


Przeczytaj fragment książki Moniki Kuszyńskiej i Katarzyny Przybyszewskiej "Drugie życie":

Reklama

Droga była wąska i kręta, po obu jej stronach stały drzewa. Odruchowo spojrzałam na licznik, wskazywał 140 kilometrów na godzinę.

- W tym aucie nie czuć tej prędkości - pomyślałam i postanowiłam powiedzieć to na głos. Chwilę później wpadliśmy w poślizg. Auto zaczęło tańczyć na drodze, obracać się w kółko w szaleńczym pędzie. Trwało to ułamki sekund. Dla mnie wieczność.

Zamknęłam oczy i wstrzymałam oddech. Pod powiekami tańczyły złowrogie cienie. Samochód przekoziołkował kilka razy i z ogromnym impetem uderzył w drzewo. Była niedziela, 28 maja 2006 roku. Ostatni dzień mojego życia. Tamtego życia.

Nie wierzyłam we znaki

Ludzie pytają mnie czasem czy miałam jakieś przeczucia, czy znikąd nie dostałam ostrzeżenia. Dziś trudno mi to stwierdzić. Gościł we mnie jakiś nieopisany niepokój, ale czy mogę nazwać go przeczuciem? Nigdy nie wierzyłam w "znaki", nie zadawałam pytań czy nasz los jest dziełem przypadku, czy przeznaczenia. Pewnie dlatego nie szukałam źródła lęku. Być może gdybym wsłuchiwała się w siebie, była bardziej czujna, mogłabym zinterpretować ów niepokój jako znak ostrzegawczy. Tylko przed czym? Czy byłabym w stanie przewidzieć taki scenariusz?

Dziś wiem, że niewiedza bywa błogosławieństwem. Bo czy umiałabym się zmierzyć ze swoim losem, gdybym wiedziała co mnie czeka? Czy dałabym radę go unieść?

W dniu poprzedzającym wypadek nie czułam się najlepiej. Wieczorem przyjechaliśmy na koncert do Milicza, niewielkiej miejscowości nieopodal Wrocławia. Senne miasteczko, jakich wiele w Polsce. Od ponad pięciu lat, jako wokalistka Varius Manx, wraz z chłopakami z zespołu przemierzyłam kraj wzdłuż i wszerz. Setki godzin w busach, tysiące przebytych kilometrów, dziesiątki hoteli. Stopniowo uczyłam się żyć na walizkach. Na początku nie mogłam spać poza domem. Po pewnym czasie jednak bezsenność wyparło zmęczenie. Zasypiałam niemal wszędzie, wystarczyło przyłożyć głowę do poduszki.

Tej nocy jednak nie mogłam zasnąć. Koncert kosztował mnie dużo wysiłku. Byłam zestresowana, zdenerwowana. - Czuję się, jakbym miała występować w Opolu - powiedziałam menadżerce tuż przed wyjściem na scenę.

Udział w opolskim festiwalu zawsze wywoływał we mnie monstrualny stres. Ale dlaczego nagle tu, w Miliczu, na zwykłym pikniku, jakich miałam za sobą setki, dopadła mnie aż taka trema? Co było tak niezwykłego w tym koncercie? Zupełnie jakby miał to być mój ostatni raz - przemknęło mi przez myśl. Ale szybko uleciało mi to z głowy. Mimo to, nie mogłam spać. Towarzyszył mi niepokój.

Negocjowaliśmy los

Wstaliśmy wcześnie, by nie tracić czasu i szybko dojechać do domu. Robert zapukał do mojego pokoju około siódmej. Otworzyłam mu nieco nieprzytomna po nieprzespanej nocy. Chwilę później zjedliśmy wspólnie jajecznicę w hotelowej restauracji.

Po ósmej byliśmy w aucie. Przez te wszystkie lata na koncerty jeździliśmy busem. Woziło nas na przemian kilku doświadczonych kierowców. Tylko w wyjątkowych przypadkach muzycy przyjeżdżali własnymi samochodami. Właśnie taka wyjątkowa sytuacja miała miejsce tym razem. Jeden z chłopaków musiał wracać wcześniej, ze względu na komunię dziecka. Potrzebowaliśmy więc dodatkowego samochodu. Na ochotnika zgłosił się Robert. To była nowość, bo choć miał prawo jazdy, nigdy wcześniej nie widziałam go za kierownicą. Przez cały okres naszej znajomości nie miał auta i nigdy nie prowadził. Sytuacja zmieniła się kilka tygodni wcześniej, kiedy to kupił sobie nowego Jeepa Cheeroke. Miałam dylemat czy wrócić w nocy busem, czy zabrać się z nim rano. O ironio, pomyślałam, że podróżowanie w nocy nie jest bezpieczne i lepiej będzie poczekać do rana. Zresztą nie jechaliśmy we dwoje. Byli z nami Michał, gitarzysta i Leszek, realizator dźwięku, najbliższa mi osoba w zespole. Negocjowaliśmy przez chwilę kto ma gdzie siedzieć. Zaproponowałam, by Leszek usiadł z przodu. Bałam się, że nie będę się czuła komfortowo, nie wiedziałam o czym miałabym rozmawiać z Robertem, a droga przed nami długa.

- Wy, faceci szybciej się dogadacie - przekonywałam Leszka, ale uparł się, że odstąpi mi wygodniejsze miejsce. Przecież miałam za sobą nieprzespaną noc. Leszek nieświadomie oddał mi nie tylko przedni fotel. Dziś wiem, że negocjowaliśmy znacznie więcej niż tylko miejsce. Negocjowaliśmy los.

Pogoda była paskudna. Zupełnie jak w listopadzie, choć był koniec maja. Wiatr i deszcz uderzały w boki samochodu, bujając nim jak łajbą. Nie musiałam wymyślać tematów rozmów. Nie ujechaliśmy daleko. Rozpędzony na wąskiej, śliskiej drodze jeep rozbił się zaraz za Miliczem.

Dziś nie umrę!

Cisza. Brzęcząca w uszach cisza. I przeszywający ból. Powoli odzyskiwałam świadomość. Co się stało? Co się do diabła stało!? Dlaczego nie mogę się ruszyć? Dlaczego nie mogę oddychać? W głowie próbowałam poskładać elementy układanki. Samochód, poślizg, drzewo... Z chaosu zaczął się wyłaniać rozmyty obraz. Boże, co teraz? Muszę zachować spokój. Oddychać, oddychać. Powoli. Przeżyć...

Skulona w nienaturalnej pozycji, wbita w podłogę, otoczona zewsząd pogiętą blachą, łapałam małe łyki powietrza. Klatkę piersiową rozpierał przeraźliwy ból. Zupełnie jakby tysiące igieł przebijało moją pierś. Tonęłam. Dosłownie.

Czy tak właśnie boli umieranie? - pomyślałam. Ale natychmiast pojawiła się odpowiedź. Pewność. Nie, dziś nie umrę! Dziś nie umrę. Przetrwam!

Odruchowo dotknęłam swoich nóg. Nie poczułam nic. Zupełnie jakby dolna część mojego ciała należała do kogoś innego. Jakby ktoś przeciął mnie na wysokości pasa. Kolejna natrętna myśl zamajaczyła w głowie: Boże, spraw żebym mogła mieć dzieci!

I strach. Czy będę mogła być matką? Nigdy wcześniej nie myślałam o dzieciach, nie byłam nawet na etapie ich planowania. Skąd więc ta myśl właśnie teraz? Skoro nie czuję połowy ciała, to przecież istnieje takie ryzyko. Niesamowite, dokąd podążają myśli człowieka będącego w szoku. Może to chwilowe - pomyślałam. Póki co, skup się na oddechu - powtarzałam w duchu. Oddychaj, oddychaj...

- K**wa, k**wa, nie chcę umierać! - przeraźliwy krzyk Roberta rozdarł ciszę. - Nie chcę umierać!. Wykrzykiwał to w otępieniu niczym mantrę. Chciałam się odezwać, powiedzieć: "Wszystko będzie dobrze, nie umrzemy!". Ale nic. Słowa uwięzły mi w gardle. Zamiast tego poczułam jeszcze większy ból. Spadałam w przepaść.

Czytaj dalej na następnej stronie >>

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje